cypisek blog

Twój nowy blog

Wodnie

3 komentarzy

Początek wakacji był piękny i upalny jak dawno nie, więc czym prędzej korzystaliśmy z wody. 4 x basen i raz rzeka, mnóstwo razy nasza ogrodowa biedronka i ekstra bonus, zraszacz na uroczym grillu wielodzietnych, choć okrojonych, bo 2 najstarszych z dziewiątki naszych dzieci było wyjechanych na obóz.

Franio to istna ryba obecnie, śmiga w górę i w dół, nurkuje, staje na rękach, robi fikołki. Juliinka z kółkiem lub rękawkami, ale poczyna sobie też craz śmielej i stała się fanką zjeżdżalni.
Dwa razy byiiśmy rodzinnie, a dwa razy z babcią T. i kuzynostwem.

Nad rzeką oczywiście budowanie tamy, skoki do wody, masaże wodospadem.

Cudownie.

Szym

Brak komentarzy

Szymcio lubi przydreptać do kanapy, na której siedzi Osoba
Aktualnie Wybrana i się do niej dosiąść. Wspina się, obraca, mości krągły
tyłeczek i posapując prostuje pulchne nóżki. Wreszcie wydaje z siebie
westchnienie zadowolenia i wtula się z boku, taka mała puchata kulka.

Niezależnie jaka jest pogoda, zdrowy czy chory, Szymcio
pragnie na pole. Przynosi buty, klepie się po łepetynie, aby nałożyć mu czapkę,
dobiera obuwie dla mnie, wreszcie wyciąga łapkę po klucz do garażu, niesie do z
pietyzmem pod drzwi do tegoż, wręcza osobie dorosłej towarzyszącej i czeka. Gdy
otworzymy drzwi, tupta z sił wszystkich do środka i stara się wywlec swój
rowek. Gdy podstawowa potrzeba – rowerka na polu, czyli sygnału, że Szymcio
jest tu – jest już zaspokojona, maluch zwraca się ku psu. Jeśli pies jest na
wolności, to się od niego ogania. Ale jeśli jest zamknięty, żąda wypuszczenia
Ba.

Skończyliśmy rok szkolno-przedszkolny. Julcinek dostała dyplomie
z angielskiego oraz pochwały pań – w końcu grała w tym roku dwie duże role w
przedstawieniach, w makulaturze zdobyła III miejsce (i natychmiast skarciła nas
za zbyt słaby wynik), w tańcach (o czym napiszę jeszcze) też była zadowolona.
Franciszek skończył I klasę summa cum
wszystkie możliwe laude
. W ostatnich dniach nie nadążałam, co przynosił –
obrazki za wygraną w konkursie na religii, książkę za wygraną w konkursie ekologicznym
na świetlicy, dyplom ze świetlicy, nagroda za Wyprawę po Skarb, a na koniec
dyplom wzorowego ucznia, świadectwo z samymi superlatywami. Rodzice też się
załapali – dostaliśmy list gratulacyjny, że mamy takiego Frania (pani była
szczerze wzruszona, powiedziała, że nie dają go często). Ogólnie Frańcio był
jednym z dwojga celujących dzieci w klasach I. Wręczała kwiaty pani swojej i
pani dyr.  i ku zgorszeniu jednej z mam
nie przećwiczyłam z nim żadnego na ten cel tekstu, przypomniałam tylko, że od
klasy. Dał sobie radę. Cały tydzień wręczaliśmy dziękowaliśmy. Pani G. z zajęć
plastycznych bardzo go zapraszała, panie ze świetlicy powiedziały mu, że
świetnie się z nim pracuje (role w dwóch przedstawieniach, a jakże). Ale
najfajniejsze było, że w piątek poszliśmy na mszę przed zakończeniem pieszo, bo
sobie wymyślił, że zbierze i da pani kwiatki polne, kolorowy bukiet. Tak też zrobił
i chociaż bukiet trochę od upału ucierpiał, to Pani była uradowana – Cały Franio, prosto z serca.

My oczywiście byliśmy szczęśliwi i puchliśmy z dumy, chociaż
mi także oczywiście towarzyszyły mieszane uczucia – już po I klasie? A dopiero…

Potem jeszcze dwie rundy na rowerze do przedszkola – pokazać
obu paniom świadectwo oraz za drugim razem zawieźć resztę kwiatów od Lu i ją
odebrać i już już mogliśmy zacząć wakacje. Lody uczczeniowe przełożyliśmy na
niedzielę i padliśmy na moment, by od soboty zacząć zupełnie inny tryb. O czym
będzie oczywiście zaraz zaraz.

 

Ja wiem, że były dawno, ale nie chcę niektórych rzeczy
pogubić, a napisane miałam, tylko wkleić zapominałam.

Niestety świątecznie chorował Franio, więc nie mógł
uczestniczyć w Triduum, ale Julcia była z nami w Wielki Piętek, a wszyscy w
sobotę na święceniu. Każdy miał swój koszyczek, Szymuś nawet tylko raz wywalił
baranka, a tak to żadnych katastrof. W domu natomiast przygotowania były w
pełni. Cały Wielki Post chodzili na Drogę Krzyżową, robili dobre uczynki,
przygotowali piękne dekoracje, potem pomogli nam posprzątać (oczywiście
wychowawcze sprzątanie trwa dużo dłużej, więc żebyśmy nie pozostali z obszarami
szczotką nie tkniętymi, to Ł. dwie nocki zarwał i sprzątnął). No na końcu
wybrali wypieki, zrobiliśmy i  sami pokroili
sałatkę. Normalnie uwielbiam to wszytko, tę wspólną pracę, choć ten rok
obfituje w spory i kłótnie rodzeństwa, ale jednak jednak.

 

A ten wygląd, taki klasyczny totalnie, zachwycił Prabacię Joasię.

10 lat

2 komentarzy

10 lat temu. Tak, złote obrączki, spokojny głos Ł. wypowiadający Wszystkie Wazne Słowa.

Trójka
Dom
Praca.
Doktorat

To wszystko nie byłoby moźliwe, gdyby nie tamten 6 lipca. Też było słonecznie i upalnie. Sukienka wirowała, welon owijał się wokół mnie.
Miłość inna, a wciąz ta sama. Zaufanie. Zrozumienie. Wspólnota.

Rodzina.

My.

Pani Boże dziękuję. Dbaj o nas dale, proszę.

Boże Ciało

1 komentarz

Modlitwa mojej córki w trzecim dniu ulew, 2 dni przed B.C. – zawsze modlitwach
typu Ojcze Nasz pytam, kto chce coś jeszcze Panu Bogu powiedzieć.

I wtedy Julcia:
DZIĘKUJĘ Panie Boże że JUTRO będzie już ładna pogoda.

Dziś przestało padać, po południu już było słońce.

Dzielnie sypała kwiatami, a Franio dorzucał dziewczynkom do koszyków. Potem w oktawie udało się nam w piątek (niesamowite jechać kompletnie pustymi i cichymi uliczkami na rowerze – mecz otwarcia, ksiądz aż podziękował tym, co dotarli), w sobotę, poniedziałek i czwartek. We wtorek lało, w środę byliśmy na występach w Franiowej szkole. W czwartek wróciłam z Krakowa, bolała mnie głowa, lało. Skończyło o 17 i miałam taaakiego lenia. Ale jednak poszliśmy i tak mi było z tym dobrze, że jednak.

Euro Euro

1 komentarz

Na mojej kanapie siedzi 3 chłopców w wieku 7,5-8 lat, moja córka i Najmłodszy. I mój mąż.

Wszyscy pomalowali – oprócz męża, w papierowych czapeczkach – też mąż zrezygnował.

Julia pomalowała nawet nogi.

Skaczą i krzyczą wszyscy, nawet Najmłodszy podskakuje.

Podałam paluszki i ogromne ilości wody z sokiem, a po przerwie obiecałam kanapki (Syn zamówił biało-czerwone).

Fajni są .

Franio zamówił kanapki biało-czerwone…

****

A tak w ogóle to… padam padam. Ł. rozwalił nogę na siatkówce, trzeci tydzień gips…

Dziękuję Wam wszystkim.

Byłam sobie w Niemczech, znowu w moim kochanym Darmstadt.
Fajna grupa studentów (ukraińskich), świetnie pracowali. Ciekawy projekt.
Fantastyczna kolacja pożegnalna w Bayerischer Biergarten – klimat idealnie
bawarski i przypomniało mi się moje fantastyczne stypendium i monachijskie
lato. A wraz z nim Nyphenburg, Englischer Garten czy bajkowy Neuschwanstein i
Alpy.

A w Darmstadt siedziałam jak zawsze w mojej ulubionej
kafejce, piłam kawę, patrzyłam na ludzi. Najbardziej lubię tam to uśmiechanie
się. Gdzie bym nie szła, uśmiechają się do mnie.

A tu z maila do koleżanki:

„Najgorszym wydarzeniem tygodnia weekendowego była niestety
śmierć Prababci.  Od 6 lat miała dializy
i powaliła ją właśnie ta krążąca ostatnio jelitówka.  Zmarła jak byłam jeszcze w Niemczech, więc
powiedziałam Ł. że ja powiem dzieciom, niech choć tego na siebie nie bierze,
skoro jemu ni miałam jak pomóc na odległość. Julcia przyjęła dziecięco, ale
Franiowi było ciężko i smutno. Dzieci siostry Ł. – Emilka zrobiła otwieraną
trumnę z babcią w środku, a Tomek precyzyjnie ustalił, że babcia umarła jakby
ciut nielegalnie, bo pradziadek jest starszy (tak tak, ma listę całej rodziny
wg
wieku) (tata teściowej, babcia to mama teścia). Nie przyjmujemy opcji, że pradziadek
żyje nielegalnie:).  Na pogrzebie Franio wypłakał paczkę chusteczek, ale
na spokojnie, stał ze mną, trzymał mnie za rękę i łzy mu ciekły po buzi. Mogłam
tylko z nim być, nic mu ująć nie mogłam. Generalnie Ci powiem, że pogrzeb był
smutny, ale pogodny, taki wiesz, z nadzieją. I tylu ludzi było. I tak dobrze ją
wspominali. A sama babcia miała do końca jasność umysłu, ale tylko ok. pół h
wiedzieli już i ona i inni, że to koniec. A obaj synowie z nią byli. Dużo łaski
więc, jak widać. Julcia przybyła potem na stypę i orzekła, że ustaliły z Sonią
(w średniakach w przedszkolu), że w niebie też żyją. I tego się trzymajmy.
Dalej jest nam smutno, ale spokojnie smutno – myślę, że rozumiesz, co mam na
myśli. Kontynuując złote myśli mojej córki – babcia teraz lata po niebie i
patrzy na nas.”

A na koniec weekendu, w niedzielę, przed pogrzebem, poszliśmy
znowu w góry. Tym razem na Czantorię.

Dziś w nocy zmarła babcia Ł., prababcia moich dzieci, miała
82 lata. Od tygodnia była w szpitalu, złapała jelitówkę, że od kilku lat była
dializowana, przechodziła ciężko. Wczoraj Ł. tam jeszcze był, całe szczęście,
bo choć była kiepska, to jednak nie całkiem się tego spodziewaliśmy. Niestety
dzieci już nie mogły być, w niedzielę przekazywały babci, żeby wracała, bo chcą
ją odwiedzić. Już się nie uda. Dodatkowo jestem na 4 dni w Niemczech, do jutra.
Wykład przy okazji projektu. Nic nie mogę im pomóc. Zaproponowałam tylko Ł., że
może im jeszcze nie mówić, powiemy im razem lub ja to zrobię. Tylko jak mówić dzieciom,
że już nie mają prababci na ziemi? Tu śliczna pogoda, miły pobyt, ale łzy płyną
po policzkach. Franio, Julcia i Szymcio byli szczęściarzami, mieli kilka lat
prababcię. I to taką, która się nimi żywo interesowała, podobnie jak i
pozostałą dwójką prawnuków. Mam wyrzuty sumienia, od dłuższego czasu regularnie
wywoływałam jej porcjami nasze aktualne zdjęcia, w tym roku było mi tak ciężko,
zaniedbałam to, wciąż chciałam zrobić. Też już się nie uda.

Obiecane jest ważne, czyż nie? A więc skoro obiecałam
dzieciakom wycieczkę w góry, skoro wybrały cel (Klimczok, przez wyjazd kolejką
na Szyndzielnię), skoro były nastawione entuzjastycznie, skoro wreszcie (po 4
tygodniach, chorobie Frania, Ł., Szymcia, Julci, jelitówce Frania, Szymcia i
mojej) wszyscy wyglądali na zdrowych, to fakt, że tatuś się zepsuł, a dokładnie
zafundował sobie ropę pod zębem, antybiotyk i fatalne samopoczucie, nie mógł
nam przeszkodzić. Poszliśmy, wspięliśmy się i wróciliśmy. Na prośbę Frania
obliczono – zrobiliśmy 7 km. Ja i dzieci. Teraz się tym bezwstydnie chwalę, zbieram
uznanie, że sama, że poszliśmy, że daliśmy radę. Na szlaku też na nas patrzono.
Ale tak naprawdę to z taką ekipą mogę wszędzie. Franio niósł plecak, Julcia
mały plecaczek (z winogronami), Szymcio sam był plecakiem. Pogoda była cudna,
szlak na jego możliwości bardzo niezaludniony, nigdzie kolejek. Nawet rany
(Julcia się wywróciła i stłukła trochę kolano, Franio pojechał na błocie i
odrapał nogę) oraz śnieg zalegający na sporej części szlaku nam w niczym nie przeszkodziły.
Było cudnie. Byłam padnięta, a równocześnie tak świetnie wypoczęta. Miśki,
które oczywista to oczywistość ledwo się do auta już czołgały w domu zaczęły
radośnie hasać po ogrodzie, z rowerem, hulajnogą , piłką.

 

A jeszcze poprzedniego wieczoru szłam spać tak zmęczona, że
POMYLIŁAM dzieci. Julcia przez kilka nocy wpadała w spiralę kaszel – płacz –
większy kaszel – większy płacz – ciągły kaszel, Szymcio też źle spał. No i w
nocy słyszę coś, wdrukowałam sobie, że Julcia i proszę ‘Ale nie płacz, będziesz
gorzej kaszleć, już spokojnie”. A tu nic – tylko płacz coraz większy. Aż Ł. się
zbudził, posłuchał, i mnie obudził: To Szymcio przecież. Ano ano.

Szyndzielnia

Widok w drodze na Kilmczok

Miejsce historyczne, 1,5 roczna Julcia robiłą tu aferę, że chce iść gdzien indzie j niż my – w końcu obrażona poszław  borówki na pienie. Tu na pięnku stoi, ale jak stwierdził Franio: „przecież nie chciałaś mieć pieńka na zdjęciu” (????)

Pod schroniskiem (Magura)

Droga powrotna

I śnieg


  • RSS