cypisek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2007

Jak to jest

2 komentarzy

Uff – 5 h wykładu za mną. To nie do konca chodzi o ilość, ale gdy są one dla jednego zestawu ludzi, to jest trudniej. Drugi zestaw za tydzień. A w poniedziałek tylko 4. Ale pracuję tylko po 15 października.

***
A bunty i awantury u nas to:
Najpierw był bunt 1,5 roczniaka. bo bunty po pierwsze się zmieniają, po drugie zasadniczo są koniunkturalne. Jest czasem czas na bunty i wtedy jak letnie burze – jest ich sporo.
Ale – 1,5 roczniak czasem ryczał. Z rzadka było wiadomo dlaczego AKURAT w danym momencie. Tak wprawka. Bo to była najprostsza wersja.

Dwulatek. O, to było coś. Już wiedziałam czemu – bo coś chciał / nie chciał. A że nad emocjami nie panował to od razu się nakręcał. Faza najgorsza trwała chyba jakiś miesiąc. Najdłuższa afera – 40 min. Bo ja staram się (choć to staranie uch ciężkie jest), że sprawa musi się zakończyć. A więc trzeba przeprosić i omówić problem. A jak coś się w złości miotało wkoło to trzeba posprzątać. Więc Siajowi czasem więcej schodziło;).

2,5 do teraz-latek – awanturki są znacznie konkretniejsze. Czasem po prostu się kłóci – że nie i nie, nie zrobi tego. Albo bo ja tat bardzo, tat bardzo chciałem!!!. Z rzadka wchodzi na wyższy poziom i dostaje histerii, z bardzo rzadka, bo teraz znacznie łatwiej przerwać.
Czasem działa przypomnienie planu lub umowy (bo Siajo bardzo lubi plany. I umowy).
Czasem głuchnięcie, jak zaczyna próbować wywalczyć coś krzykiem. Lub rzuceniem się na podłogę.
Czasem działa szczegółowe wyliczenie powodów, dla których to coś jest niedobre. Z pokazywaniem na paluszkach.
Czasem nic nie działa i trzeba mu dać czas na uspokojenie się i przemyślenie problemu. I podjęcie decyzji, że chce przeprosić. Bo często najpierw nie chce. Czasem zaś od razu leci z przepraszaniem, żeby coś go nie ominęło.
Najgorsze jest, jak widzi, że coś przez awanturę traci. Ostatnio np. poszłam sama wypuścić psa. Z karmieniem już na niego poczekałam, bo już szedł w kierunku przemyślenia. Ale – mimo że mi przykro – czasem musi taką konsekwencję swojego zachowania poczuć na swojej skórce. Że np. jak z nieznanego nam powodu nie będzie w tej chwili jadł, bo postanowił się złościć, a dziadek zaraz musi jechać, to nie poczeka na niego. Itp.

Ostatni tydzień to była koniunktura na zwiększone bunty. Ale chyba znowu mija. Oby:). Bo taka duuuuża aferka to ciężkie przeżycie też dla mnie. Psychicznie i fizycznie.

To że mija, nie znaczy, że nie będzie się kłócił. Będzie, bo na potęgę w tej chwili widać, jak sprawdza ile może i chce być samodzielny. Ale jak o tym wiemy, to staramy się mu dać szansę – np. czas, żeby sam też zdecydował. Czyli ustalamy – jest umowa, po 2 uszatkach / 2 bajeczkach / 4 polaniach ręki mamusi w wodą z konewki w wannie / 5 zjazdów na zjeżdżalni itp. coś będzie. I zazwyczaj nie ma sprawy. To znaczy Siajo się targuje, ale ustępuje. My czasem też (djugi ostatni jaz mamusiuuu). Lub baaardzo pracowicie (orka na ugorze no) tłumaczę, czemu coś jest ważne / konieczne itd. I tak 4236 razy:).
Nie zawsze nam wychodzi. Czasem ja mam za mało cierpliwości niestety. Ale żadne z nas nie jest aniołem;). I nawet nie mamy złudzeń co do tego.
Ale staramy się:)). Siajo też się stara.
Do buntu nastolatka jakoś powinniśmy dotrwać.
A potem się zobaczy.

zjedzalnia1.jpg

Czw

7 komentarzy

31tyg.jpg

Niespodziewanie zrobił się czwartek. Tydzień generalnie dość ciężki, aczkolwiek poniedziałku nic już nie przebiło, na szczęście.

Bo trzeba było napisać artykuł, a mój mózg jakoś nie bardzo.

A jeszcze jutro mam 5 h zajęć z jednego przedmiotu i też trzeba się było przygotować.
Niby nic, ale mówić 5 h naraz z jednego tematu, to tak sobie.

Siajo dziś miał dzień na awantury – była i ranna i popołudniowa.

A wieczorem SAM narysował rysunek (dotychczas albo były to tylko mazy, albo oczekiwał współpracy, czyli on mówi co, a my rysujemy). A tu narysował i OBJAŚNIŁ. Było to morze i piasek. resztę rekwizytów z plaży już tata dorysował.

A potem siadł na kanapie i woła mnie:
Mamusiu choć tu, ja Cię tat mocno przytulę. :)))
Bo Siajo przytulny jest. I nie lubi jak się smucę:). Standardowo pyta wtedy:
Mamusiu ciemu jesteś smutna?
Nie majtw się, zajas coś pojadzimy…
.

Byłam na kontroli. Z duszą na ramieniu, bo gdzieś tak właśnie z Franiem musiałam przejść na leżący tryb życia.
Ale Felusia grzeczna dziewczynka póki co i nie obniża się.
Nawet przeciwnie jakby – pani doktor stwierdziła, że tylko ciut ciut do żeber zostało. Nic więc dziwnego, że zasapuję się nawet jak czytam tylko bajeczkę Siajowi.
[Także w tym kontekście jutrzejsze 5 h wykładu jakby mnie niepokoi...].

I jeszcze Felusia – 31 tygodni.

Pon

7 komentarzy

Ja się już bardzo staram nie uprzedzać do tych poniedziałków, ale ona są uprzedzone do mnie.
Dzisiejszy był straszny.
Całe śniadanie Frania wróciło na mnie i dywan. Niestety także syropy, które dałam mu na kaszel :(. Musiałam go nieść do i z wanny i to właściwie mnie tu najbardziej zmartwiło, bo reszta szybko opanowana.

Koleżanka świadomie lub mnie wbiła mi szpilę związaną z pracą, ale chyba jednak przypadkiem.

To były jednakowóż drobiazgi.
To co spowodowało, że dzień stał się straszny, to krótki spacer z butelkami do pojemników segregacyjnych.
Franio jest nauczony, że jak coś jedzie to na bok. I stosuje się do tego, nawet w takim stopniu, że czasem spoooro czekamy.
I dziś też stanął z boku.
Tylko potem postanowił chyba, że bok z drugiej strony jest szerszy, albo co.
I wyskoczył na uliczkę tuż pod koła.
Na szczęście jadący maluchem nasz majster nie pędził i zahamował.
Nic się nie stało.
Ale mogło.
Pilnuję, pilnuję, ale zawsze może :(.
Sąsiadka wszystko w domu rzuciła i wyleciała nas pocieszać, bo ja mam dobrych sąsiadów.
Franio nie bał się, bo niestety werbalna informacja o niebezpieczeństwie średnio działa.
Ale wystraszył się, że ja płaczę. Omówiliśmy, ile się dało. Ustaliliśmy kolejną regułę. Czy mogę coś więcej?

Niedziela

1 komentarz

Piknik lotniczy:

piknik1.jpgpiknik4.jpgpiknik3.jpgpiknik2.jpgPyszne jedzionko mamusiu – choć mina nie całkiem wskazuje, ale poszłooo.
Niestety z powodu „kultury masowej” siedzieliśmy na trawie. Bo stały przeznaczone do jedzenia przy nich są po prostu zajmowane na całe godziny, część odchodzi, ale reszta im pracowicie zajmuje. Nikt nie był tak miły, żeby się posunąć.
Ale z trawy za to mieliśmy lepszy widok na loty:).

No i jak lotniczo to lotniczo:
piknik5.jpg

Lubimy pikniki :))).

Sobota

Brak komentarzy

Pobudka o 4 rano z racji Niespodziewanego Nadejścia Kaszlu + parę buntów o różne sprawy zakończyły się padnięciem samoistnym.
Na ogół nie występuje w domu, może być w samochodzie :).

22wrzesniea.jpg

Felusia i ja

4 komentarzy

Za nami 30 tygodni już, normalnie nie do wiary. Rzadko piszę o Moim Drugim Dziecku, ale to raczej na razie tylko, bo po prostu wciąż muszę coś o Siaju notować.

Co nie znaczy, że Felusia jest bardzo na drugim planie u nas. Co prawda to fakt, że druga ciąża to inaczej. Bo jak Franio woła, to lecę i wtedy zawsze tak jakoś bardziej on jest. Ale Felusia jest wymodlona, wyproszona i czekamy na nią z niecierpliwością. Mimo pojawiających się obaw p.t. „Jak to będzie?”

Bo czasem myślę, że zbyt idyllicznie się nastawiam.
Ale po co mam snuć czarne wizje?

Bo czasem niektórzy nieco straszą.
Lub wyrażają dziwne wątpliwości. O, jak sekretarka wczoraj, że jest pod wrażeniem, że się na drugie zdecydowałam. Ale cóż tu takiego wstrząsającego (pomijając to moje miejsce pracy, gdzie kolejne dzieci no trochę budzą u niektórych zdziwienie. jedno to owszem jeszcze).

Bo nie wiem, jak i czy potem praca?
Ale jakoś przecież będzie, w końcu mogę wymyślić inną. Zasadniczo mam jednak pracę dobrą przy dzieciach. Tylko trzeba się siłą wieczorem do kompa zaganiać ;).

Bo jak Franio przyjmie dzidziusia?
Ale w końcu parę osób (w tym ja) już miało rodzeństwo i żyje. I j.w. po co teraz czarne wizje.

Więc jesteśmy sobie z Felusią, wymyślamy imię, śmiejemy się, gdy się rusza.
Lubi wciskać mi nóżki pod żebra i odginać. Uff.
Coraz trudniej się śpi.
Coraz częściej brzuch się buntuje i stawia.
Ale wciąż biegamy, więc jestem wdzięczna, że na razie ok.

Martwię się czasem porodem.
Fakt, że jeden za mną, jakoś mnie NIE uspokaja. Choć nie mam jakiś strasznych wspomnień, nie.
Ale najchętniej bym to na Ł. teraz przerzuciła.
Taka opcja – parzyste dzieci rodzi mąż. ja bym trzymała za rękę i pomagała jak się da. Bo przy Franiu Ł. był niesamowicie pomocny, nie ukrywam.

Ciąża rzuca mi się na mózg i zręczność.
Ciągle mi coś wypada z rąk. Dziś jedząc jedną małą gruszkę, dwa razy ją łapałam.
Wczoraj zapłaciłam za koszulkę i poszłam sobie od kasy, zostawiając ją. Mili ludzie za mną zawołali.
Chyba Cię to nie dziwi? – pytam Ł. Nie dziwi go.

Wciąż jakoś nie mogę zebrać rzeczy, które mam i kupić brakujących.
Ale Siajo ma listę w głowie (tak z nim dywagowaliśmy) i recytuje mi: buteeeltę, smoczet, czapeeecztę, koszuuuulti, spodenti, czapeeeecztę [zawsze dwa razy, bo cienka i ciepła;)], pieluuuuszti, jatąś drzechottę i to wsistto. :)))

Budowa w toku, nie wiem, gdzie w końcu będziemy z Maluszką.

Ale jest ok:)). Tylko niech wszystko będzie dobrze. Niech będzie zdrowa i z nami.

Wieczorem

4 komentarzy

Przygotowuję piżamkę, odkładam ubranka, podnoszę kamień i wynoszę…
Franio jest fanem kamyków, wyciągałam je już z pralki (mój błąd, nie sprawdziłam kieszeni), z moich kieszeni, torebki, butów, nawet czapeczki…

Kolejny raz w przedszkolu był już całkiem fajny.
Co prawda zaczęło się nie tak całkiem…:
[Idziemy ścieżką do budynku]
-Mamusiu ja najpierw będę płatał za tobą.
-A nie możesz potem płakać, w domu, na przykład
.

Nie, Siajo nie zgadza się na przeniesienie płaczu;).
Ale w szatni najpierw negocjuje tamtą saję, bo tam są zabawki,a w tej nie ma ziadnej zabawti, mamusiu, ciałtiem puśta jest.
W tej chwili pani niesie siatkę z zabawkami. Niestety widzę to ja, syn nie, więc nie chce się dać przekonać.
Ale ostatecznie podchodzimy – sprawdzić.
I jeeeest – piłka, czyli naj, naj, najukochańsza zabawka.
Siajo wchodzi i jest OK już, całkiem.

Jeśli chodzi o rodziców, to sytuacja się normuje i uspokaja, więc to też ułatwia.
Tylko „negocjujący” Igorek dalej walczy. Tym razem z babcią dociera też mama. Obie próbują go przekonać, czyli – podstawa – najpierw pozwalają zjeść ciasteczko (takie niby kanapka). Igorek się absolutnie nie zgadza, spędza godzinę w szatni. Potem wydaje się, ze sukces – mama go ogłasza – bo owszem idzie do sali – na drugie śniadanie. Po śniadaniu rozpłakał się, wyszedł i w końcu opuścili przedszkole. Żal go, bo widać, jak jest coraz bardziej zbuntowany i zagubiony, sam już nie wie. Pierwsze dwa razy jeszcze się bawił, jakoś szło, bo wiedział, że ma tam wejść. Teraz, gdy wszystko stało się jego decyzją, wygląda, ze już nie wie, co robić. Babcia twierdzi, że lubi się bawić z dziećmi.

Siajo musiał się natomiast dobrze bawić, bo nie powiedział, ze chce siusiu (zdarza się właśnie, gdy jest tak fajnie, że żal mu przerywać). Dobrze, że zawsze biorę na zmianę;).

W środę

2 komentarzy

Najpierw o wtorku:

***
Mój brat został mgr inż!!!!

***
Przedszkole po raz drugi
No więc, co było dość do przewidzenia, druga wizyta nie była tak ekscytująca, więc Siajo miał już swoją wizję. Że mianowicie ja zostanę z nim w sali. bo z dziećmi to chciał się bawić, owszem. No i jak wyszłam, to zaczął płakać. Nie tylko on, bo to zaraźliwe, nie;)? Stanęłam na moment zupełnie bezradna, część babć i mam skoczyło do sali, ja nie wiedziałam, co zrobić. Jak nie dam szansy paniom, żeby go wciągnęły, to będziemy wchodzić x razy. Felusia „pomogła”, kopnęła tak, że przypomniałam sobie, że zamierzałam lecieć do toalety. Więc poleciałam.
[W szatni był jeszcze mój tata, więc jakby Siajo wyszedł, to był na miejscu...]

Jak wracałam, to płacz Frania był już „teatralny” (wszyscy, co mają 2-3 latki wiedzą:)) i za moment – cisza, spokój. Jak szedł na przerwę śniadaniową, to był już w szampańskim humorze. I znowu na koniec czule żegnał się z paniami.
Pani mnie podbudowała – dokładnie, właśnie, jak się nie udało wymusić, to wrócił do zasadniczej koncepcji Siajo jedzie bawić s dziećmi. Pani stwierdziła, że dobrze znam swoje dziecko :). Miło tak coś usłyszeć, bo nie ukrywam, ciężko mi w takich akcjach, odruchowo to bym poleciała.
Dodatkowo rozpoznał koleżankę Ziuzię, mamusiu, była u nas na glilu – córką kolegi Ł. z pracy.
Po zajęciach opowiedział, ze trochę płakał za mną.
Ale byłam na zewnątrz, prawda?
Tat, byłaś. I Siajo się bawił.

Ciekawe, co będzie jutro?

I tylko jedno – dwie babcie i mama wymusiły przebywanie z dziećmi w sali. I jak ja mam tłumaczyć Franiowi, że tu jest sala dla dzieci, skoro część się nie stosuje? Mi też jest ciężko, jak płacze, ale nie każdy płacz jest taki sam. Jedyny ojciec owszem najpierw wziął córkę, ale jak się zorientował, ze awanturka się rozkręca i mała na maxa żądała,żeby wszedł, pocałował, postawił i też wyszedł. Mała potem prowadziła pociąg. To tak chyba lepiej nie?

Z tych babć, to już kolejny raz jedna z wnuczkiem szybko skończyli zajęcia. Wnuczek wyszedł z nią, powiedział: Nie udało się dziś, idziemy babciu. Zjedli bułę (babcia negocjuje przy jedzeniu) i poszli.

***
A dziś robiliśmy ludziti z tasztanów. Ten istny E.T. go home z prawej, to prawie prawie Siajo sam zrobił. Znaczy wykonał wszystkie czynności, a ja je tylko poprawiałam:).

13wrzesnia6.jpg

I jeszcze ciasto, bo tak ponuro za oknem. Siajo układał śliwki, a potem też trochę kratkę turlał.

13wrzesnia5.jpg

Ponieważ dobrze się nam w kuchni siedziało, hurtem zjedliśmy drugie śniadanie, obrałam ziemniaki, które Franio podawał i poszatkowałam kapustę do obiadu.
Jat ciasto jobisz mamusiu?
[Bo przepis mojej mamy zakłada, ze poszatkowaną, z cebulą i solą się trochę gniecie i zostawia. I robiłam to na blacie, jak ciasto, faktycznie.]

Niby już tak nie leje, ale codziennie pada i tak jest jakoś mało miło. Spanie jest nawet mile widzianą opcją. Oczywiście po spełnieniu podstawowych warunków: coś do brzuszka i płyta – ostatnio „Gąska Balbinka”. Dziś dodatkowo zażyczył sobie Franina.
No i Franin z Balbiną go wykończyli:

spanie10wrzesnia.jpg

Jutro drugi raz idziemy do miniprzedszkola. Zapisaliśmy go na takie zajęcia 2x w tygodniu po 3 h. Bo moim zdaniem nie jest jeszcze gotowy na całe przedszkole, socjalizacji wystarczy na start. Jakby bardzo pragnął to potem coś zmienimy.

Miałam ofkors stresa. Siajo to generalnie taka mamina przylepa, lubi się bawić z dziećmi, ale mieć nas w zasięgu. Ale ostatnio bardzo przeżywał każdy koniec wizyty i znajomych dzieci, więc z drugiej strony…

Poszło bardzo fajnie – obrócił się co prawda i stał, ten nasz Gapcio (mi oczywiście – dodatkowo w końcu hormony ciążowe – aż łzy stanęły w oczach), ale zapewniłam, ze siedzę w sali obok i było dobrze. Wręcz chyba mu trochę przeszkadzało, jak przy wyjściach do drugiej sali czy łazienki widział mnie.
Panie orzekły, że indywidualista;) i że go wciągają, bo ma swoje wizje.
A jakże:) – dzieci wychodziły z sali takim „pociągiem”: jedno trzyma drugie. Siajo za każdym razem ostatni, co chwila coś pokazywał, skręcał, wybierał inną drogę:)).

Hitem są mamy. Nie kryję – bywam bardzo nadopiekuńcza, ale Ł. mnie ustawił i twardo siedziałam skoro Siajo nie płakał i nie wychodził. Natomiast zachowania, które mnie przyprawiały o atak śmiechu i przekonanie, że powinna być trzecia opiekunka (dla nas):

-rzut na dzieci, gdy szły do łazienki – mimo próśb pań, jedna babcia stanowczo stwierdziła, że ona tam musi z Natalką i już,

-zaglądanie do sali, bo „może płacze” (mimo że panie wynosiły lub wyprowadzały dzieci, które koniecznie chciały do mamy/babci) lub „chcę wiedzieć, co oni robią” (to jeden chłopczyk całkiem przestał cokolwiek i stał pod drzwiami i czekał na kolejne zajrzenie),

-jedna mama wymusiła swój pobyt w sali, bo mały nie chciał bez. Ale potem, jak poszli tańczyć, to już bez oporów poleciał sam. No więc ona: „muszę tam znowu wejść, bo one (panie) już się przyzwyczaiły (!), że jestem, nie dopilnują go i wyjdzie gdzieś (???),

-gdy inna mama wyczaiła, że tamta jest w środku, stwierdziła: „Oooo, to ja też idę.” Za chwilę jej synek zrezygnował już z zabawy i poszli do domu. Mama była zadowolona, bo „była pewna, że on tyle nie wytrzyma”,

-babcia z wnuczką w zimowej kurtce (!). Babcia tez cały czas twierdziła, że konieczne będzie wyjście wcześniej. No i Natalka wyszła, bo płakała, więc usatysfakcjonowana babcia ubrała ją i posłała pomachać paniom – to mała wróciła, ze też chce malować…:). Chwała babci – puściła ją z powrotem.

Ja to rozumiem – też się boję, czy Ktoś Inny dobrze się zajmie moim dzieckiem. Ale przecież trzeba dać szansę:))nie?

I tfurczość nr 1:

przedszkole.jpg


  • RSS