cypisek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2008

… TOTEŻ zrobiłam pączki (Calendula, ja pamiętam i mam nadzieję, ze w końcu kiedyś na pączki wpadniesz;)). Tak mi jakoś ciasto szybko urosło (zarobiłam o 7.30 i zakładałam że ok. 13 zrobię), że o 10 były gotowe. Wykorzystałam, że Siajo udał się do przedszkola a Lu chwilowo spała. Potem ach potem…
Udałyśmy się z dziadkiem W. i babcią T. (czyli moim tatą i mamą Ł.) do przedszkola na przedstawienie z okazji Dnia Babci i Dziadka. Spóźnione, bo były ferie.
Siajo miał wierszyk do powiedzenia SAM. Umieć to on to umiał, plus wszystkie zbiorowe, ale nie miałam przekonania, czy wystąpi. Pani też (potem przyznała się, że on na próbach ani razu nie powiedział, ale stwierdziła, że się zobaczy. Normalnie uwielbiam tę kobietę – nie naciska, ale też nie daje mu siąść w kąciku – Pani wie, ze on jest indywidualistą i ja wiem. Dajemy mu szansę, ale nie ciągniemy na siłę).
Ale wystąpił!!!! Powiedział. I w ogóle te maluchy były takie… Aż się popłakałam, zresztą równocześnie polewając ze śmiechu (jedna dziewczynka po każdym kawałku informowała „Możecie klaskać”). Co chwilę któregoś z aktorów ogarniała przemożna chęć poganiania po scenie, której to chęci się raczej nie opierali. Po prsotu trudno mi uwierzyć, mój mały synek. Rany rany.

A w sobotę dostałam od syna biżuterię.
Mozes go cały czas nosic. Wieczorem tes. Mozees nawet w nim spać!
Ogólnie w sobotę odstawiał Mężczyznę Idealnego. Po zakupach (bierzemy go ze sobą, bo to sama przyjemność, waży, szuka, wskazuje, a nie ma zwyczaju nudzić o coś, no poza żółtym serem, znaczeni gorzej jest na ubraniowych, bo zwiewa w przymierzalni :)), poszliśmy do kwiacierni obok kupić świeczki na stół na obiad po chrzcinach. No i:
-twiatet dla babci tupimy mamusiu.
-butiet twiatów dla mamusi
-i to sejduszko czejwone.

Poprzestaliśmy na „twiatku dla babci” – hiacynt w doniczce malutki.

Mój synek – kilometrowe rzęsy, wielkie brązowe oczy, pyzate policzki. Dziki upór. Choleryk jak mamusia. Marzyciel, na wszystko ma czas. Zgrzyam zębami, gdy chciałabym ciut szybciej.
Odkurzają z Ł. w sobotę. Siajo oznajmia, ze jest zmęczony, ale nie chce, żeby tata kontynuował bez niego.
Nie ma czasu Siaju, trzeba skończyć.
Psyniosę ci czas.

I przynosi, wręcza, sprawa załatwiona.
jak gotujemy to ubieramy realne fartuszki i wirtualne czapeczki. Z pełną powagą mi je podaje. Kucharze mają czapki.
Generalnie daje się przekonać, ale jak się zatnie to ni huhu.
Goni po domu i nawija jak katarynka.
Ciagle coś ze mną negocjuje. Ilość bajek, pójście spać.
Dał mi ten pierścionek, przytulił się i powiedział:
Bajdzo Cię tocham mamusiu.
Jestem sentymantalna. Nie chcę takich rzeczy zapomnieć, to piszę.

W tą samą niedzielę, gdy Lula skonczyła 2 miesiące została też ochrzczona. Bardzo się z tego cieszę.

Zważywszy na atrakcje zdrowotne 2 tygodni poprzedzających chrzciny, to aż dziw, że daliśmy radę. Ale ja mam klan – tak mawia moja szefowa. Mam klan – rodziców, tesciów, ciotki. I dzięki nim wszystko się nam udało. Oczywiście posiadanie klanu oznacza, że każdy pomaga wtedy gdy trzeba, nie że oni obsługują mnie :))). A tym razem pomoc była porzebna, bo zaproszenie tylko bliskiej rodziny oznaczało 25 osób (jak zapraszamy najbliższą to udaje się zejść do 15-17…). Było miło. Tylko…
- Trzy lata temu mieliśmy takie spokojne chrzciny – powiedziałam do mojej mamy.
-Cóż, co nieco się zmieniło.

A co? Oto: Franio (3lata), Emilka (2,5) i Bartuś (1,5). Trójka Pierwszych Dzieci.

Tu akurat spokojnie wyjadają grzanki na sucho, ale to chwilowa cisza po burzy. Bo Franio: musiał zabierać Emilce, Emilka: to mój słon, tejas ja się bawię. Spór wybuchł nawet o ciocię, którą Emila wybrała do pójścia siusiu. Siajo chciał wyjwać Emiltę cioci. Bartuś ma na razie małe możliwości ekspresji, robił ogólny sajgon. 10-miesięczny Tomek  jako Drugie Dziecko spał, a potem uprzejmie siedział na kolanach. Jula oczywiście była na rękach. A jeszzce jeden Mały Człowiek czeka na swój termin do 3 marca.

A niektórzy się na chwilę zmęczyli:

Kanapa stała, tak gdzie wszyscy goście byli. Siajo oznajmił, że jest zmęczony, położył się, zażądał nakrycia i 10 min leżał. Potem poinformował, ze już odpoczął.

*************************
A dla Babi specjalnie budowa. Bo powoooooli kończymy. A więc pokój Frania, sypialnia, tak zwana przestrzeń na górze plus schody. I dla kontrastu: łazienka jeszcze wygląda tak, a na koniec widok na dół.

:(

7 komentarzy

Mama jest w szpitalu. Wczoraj byłą na konsultacji u takiej pani profesor, bo już tu niekt nie wiedział co zrobić. Ta straszna alergia musi być tak zbadana, nie da się bez. Gdyby tu jej zaczęli odstawiać leki mogłaby się nawet udusić. Dziś już na oddziale. Martwię się.

27.01.2008

3 komentarzy

Mamy ja już 2 miesiące. I doprawdy nie do wiary, jak to było
bez Lulci.

 

Jula śmieje się często i do każdego. Lubi też rozmawiać –
zaczepiana, odpowiada cichutkim ghh ghhh. Rano chętnie prezentuje się jako
umierająca z głodu, ale w kreowaniu tego wrażenia nieco przeszkadzają jej
pulchne policzki, fałdeczki i podwójny podbródek. Bo Jula lubi jeść. Franio też
tak miał, ale przystawiany rzucał się bez ceregieli. Córka, krzycząc obrażona,
że robią Cokolwiek Innego, pokrzykuje jeszcze chwilę już leżąc mi na kolanach i
dopiero potem zaczyna jeść. To tak, żebyśmy nie myśleli, ze tak łatwo się nam
upiecze. Jeśli płacze i  uda nam się
złapać powód i pomóc, to cichnie, ale przez chwilę robi jeszcze takie le le,
jakby skarżąc się na niedomyślność. Od pierwszego dnia życia płacze łzami. Umie
zrobić podkówkę, w mgnieniu oka zalać się łezkami i być bardzo nieszczęśliwą
dziewczynką.

 

Córunia tatunia, jak Ł. wraca z pracy bierze ją i ona mu rak
zabawnie zwisa z boku. I to jej pasuje.

 

Towarzyska, jak starszy brat i ogólnie my wszyscy,
najszczęśliwsza jest wśród ludzi. W szumie spokojnie zasypia.

 

Miewa czasem nieduże kolki, ale szczęśliwie nie za dużo. W
dzień różnie, ale wieczorem przytulona i położona w koszu, pokręci się i
zasypia. Śpi długo, od ok. 20.30 do nieraz i 6 rano. W przeciwieństwie do
Frania wędruje przez sen; gdy po karmieniu w nocy zostaje z nami, muszę ją
odkopywać spod kołdry.

Ma takie spojrzenia – czasem jeszcze to prezentujące
odwieczną mądrość noworodka, który patrzy gdzieś poza świat, a coraz bardziej
malucha odkrywającego świat. Kończąc jedzenie, czasem już śpiąc, puszcza pierś
i strzela niesamowity szelmowski uśmiech.

 

Reaguje na mój głos najbardziej – od razu się ożywia, kręci
główką. Leżąc mi na ręku, patrzy nieraz tak prosząco – bądź ze mną, zwróć uwagę
– jest Drugim Dzieckiem w końcu, jej kochany straszy brat też mnie absorbuje.
Jesteśmy, zwracamy uwagę, jest dobrze. Lubię leżeć w sypialni, słuchać jak
Siajo spokojnie śpi w łóżeczku i patrzeć, jak Jula posapuje schowana pod wielką
kołdrą.

 

Jestem
niesamowicie wdzięczna Bogu za ten dar Moich Dzieci.

Z
listu pewnego dominikanina, dla którego pisałam artykuł: „…życzę wielu sukcesów

naukowych
ale szczególnie tych rodzinnych – bo one chyba najbardziej cieszą”.
Dokładnie.

Czw

5 komentarzy

Jest lepiej uf. Tylko niestety znowu znowu – teraz Lula mi odreagowuje. Nie mam raczej obaw, że się zarazi – znaczy, jeżeli tak się stanie, to będzie fatalnie, ale mocno wierzę, ze karmienie ją chroni. Niestety reaguje na móją chorobę – też ją boli brzuszek. Jak w zeszłym tygodniu. Ale teraz już śpi od 20. Nie mogę, jak buzia w podkówkę, cierpienie własnych dzieci, ech.

Siaju pójdziesz ze mną do garderoby, poszukać śpioszków dla Lulci?
Nie… Będę tu SPOGLĄDAŁ na stottrottę.

Ciocia / niania pyta Frania:
Jak tam siostrzyczka, urosła coś?
Nie… Dalej jest malutta.

AAAAAAAAa

4 komentarzy

Grypa żołądkowa w towarzystwie dwójki małych dzieci – doświadcznie niepowtarzalne. Dzięki Ci Boże za rodzinę, zwłaszcza mojego tatę, bo nie wiem jak byśmy przetrwali. Nie miałam jeszcze czegoś takiego. Żeby mieć kłopot trzymać dziecko na rękach z osłabienia. Do tego mobilizacja organizmu, bo karmienie. Już lepiej, ale jeszcze nie wiem, czy to prosta.

21-22.01.2008

1 komentarz

Niedziela wreszcie bez chorowania, miło bardzo. Znajomi
wpadli, co prawda czwórka dzieci -  no
trójka goniła, Jula jeszcze spokojna, ale hałas potrafi czynić – na naszej
małej przestrzeni to lekki sajgon, ale było fajnie. Franio rozpaczał, jak Ola
już jechała, nawet mimo faktu, ze goniąc rozbił sobie wargę.

Ja nie chcę, żeby Ola
jus jechała, ja chcę żeby ona tu cały czas była…
Nawet obietnica bajki nie
pomagała, ale potem jednak utulony obejrzał i już promienny udał się spać. Padł
jak kawka. Nic dziwnego, zrobili z Olą jakieś 10 km w kółko…

Ja musiałem Olę cały
czas donić, bo musiała cały czas ucietać…

 

Dziś akcja Dzień Babci / Dzień Dziadka. Oto laurki:

 

Wczoraj przez ok. godzinę wycinałam obrazki, które Franio
dziś twórczo poprzyklejał. Za nami 2/3 akcji, jutro jeszcze jedna babcia i
pradziadkowi posłać pocztą. Uf. 4 razy ubrałam / rozebrałam dziś Lulę, a 6
Frania. Nadprogramowe 2 to…:

Nie pada dziś deszcz?

Nie…

To chodźmy puszczać
bańki…

To poszliśmy. Wczoraj mu nie pozwoliłam w domu i zapowiedziłam, że jak nie będzie padać, to pójdziemy. Franio jak widać ma rewelacyjną pamięć. Między jedną wizytą a obiadem i drugą wizytą.
Lulcia chwilowo spała w krzesełku w ganku, no bo przecież skoro padła w
samochodzie, to trzeba skorzystać.

Zmęczona jestem strasznie, ale warto było.

 
Odnośnie poprzedniej notki. Ja oczywiście ochrzaniam syna. Z
tym że raczej mu truję, marudzę i zwracam uwagę. Zmieniam ton. Ale nie krzyczę.
Bo krzyczenie u Frania powoduje tylko eskalację konfliktu. Bo jak mu mówię, że
się nie krzyczy, to sama też muszę się stosować. I bo zostawiam sobie to na
sytuacje niebezpieczeństwa. Krzyknięcie powoduje wtedy natychmiastową reakcję i
o to chodzi. Staram się. Nie zawsze super wychodzi. Ale zapamiętałam, jak raz
na niego wrzasnęłam, to się tak wystraszył. Nie o to mi chodzi. Więc
zrezygnowałam. Czy jestem cierpliwa? Absolutnie nie. Czasem zgrzytam zębami.
Aczkolwiek dla dzieci mam jej więcej niż dla spraw innych.

A sytuacja opisana była jeszcze inna – tu bowiem nie było
nic ze strony Frania. On jest marzycielem, jest bardzo powolny, nawet jak na zółwia (Franklin) i trudno. Staramy
się go sprężać. Czasem nawet działa (sposób od Kici z budzekiem – on ma
minutnik). Gdy Jula nakręcała się krzykiem i chciałam z nią pochodzić, a on tak
powoli wybierał, którego chce Reksia, to nie wytrzymałam. Ale tu kompletnie
niesłusznie.

Żaden ze mnie anioł. I piszę to tu sobie, żeby zobaczyć potem,
jak zrobię, gdy Julia podrośnie.

Czasem jestem tak wykończona, że tylko psst i wybucham. Cóż,
choleryczka. Ł. jakoś mnie znosi jednak.

Niby

6 komentarzy

Jest niby lepiej. To znaczy jest lepiej, ale nie jestem pewna, czy nie wróci. No ale na razie usuwam i już :). Za to ogólnie tydzień taki raczej nie bardzo. Bo moja mama też ma skierowaniedo szpitala, trzeci miesiąc ma jakąś straszną alergię, nie wiadomo, jak to wyleczyć.

Zadzwoniłam do ZUS – jeden z moich pracodawców, chwilowo były (ale mam coraz większe wątpliwości, czy chcę do niego wrócić pod tym kierownictwem) nie dostarczył papierów. No to nie dziwne, ze ZUS nie wypłaca mi macierzyńskiego nie? Gdy pani kadrowa trzeci raz powtarzała, że „nie wie” zażyczyłam sobie, żeby sprawdziła u kogoś kto wie. Teraz niby się starają, ale przy procedurze ZUSu mogę dostać pieniadze najszybciej końcem lutego. Dobrze, że mam drugi urlop, ale jak tak można. Jak się umowa zakończyła to olali? Ech. I pomyśleć, że tak lubiłam tam pracować. Ale niestety obecne szefostwo… I wcale nie jestem pewna, że dłużej klasztora niż przeora.
Teraz jesze wmawiają mi błąd, który moim nie jest. Tym bardziej nie wiem, czy chcę tam wrócić.

Luluś, która w środę spała tylko i jadła (moja mama mówi, ze dzieci tak mają, wyczuwają, gdy mama chora. Nie działa to natomiast, gdy masz pilną pracę, oj nie), wczoraj już rozrabiała, a dziś chyba odreagowała – płacz i na rękach przez pół dnia. Ale spacer jakoś i po południu tez trochę pospała i po okropnym płaczu wieczorem ukojona chyba kąpielą teraz słodko śpi. Może będzie dobrze.
Franio też spał po południu, bo wyczerpałam go wyprawą do pojemników segregacyjnych i robieniem naleśników. Gotowanie to niezmiennie jedna z naszych fajniejszych zabaw. No to po południu zrobiliśmy jeszcze ciastka z płatków owsianych z żurawinami (przepis Kręglickiej, wychodzą czadowe batoniki musli, robota minimalna).
Zatładamy fartuszti, mamusiu. (i zakładamy).
Zatładamy białe czapeczti (li i jedynie wyimaginowane, ale w końcu – jestem dzielnym tucharzem, mamusiu? Jasne! – a dzielny tucharz musi mieć czapę nie jest tak?

Ciężko tylko, gdy jedno dziecko tak płacze, a jeszcze obok drugie jest. Tak byłam wyczerpana bezradnością, ze w pewnej chwili brakło mi ciepliwości, że Siajo tak wolno wybierał bajkę. A ja chciałam, musiałam chodzić z Julą, a tu stałyśmy czekając ech. Podniosłam głos, wstyd mi się zrobiło, bo to dla niego było kompletnie niezasłużenie. Przepraszam, buziak, a potem już się pilnowałam.

Teraz Ł. coś niewyraźny.

Liczę, że w weekend będzie już ok.

Walka z wiatrakami:

Szaro

5 komentarzy

Jeszcze wczoraj do południa było ok, z satysfakcją odnotowałam, że  z racji nagłego zaśnięcia malucha nr 2, o 9.30 miałam zakończone czynności poranne, z pierwszym sprzątaniem kuchni włącznie (bo potem jeszcze parę ich zawsze następuje).

Potem przestało być fajnie. Wizyta u gin – jest przepuklina pępkowa.
A od wieczora nagle okropny ból brzucha. Ciut lepiej zrobiło się dopiero po 3 w nocy, jeszcze karmienie Luli, bo akurat wstała (co mi się wydało czynem niemal heroicznym w tym samopoczuciu). Boli trochę mniej, ale boli. Ł. ma w torbie skierowanie do szpitala dla mnie, jakby się powtórzyło, to jechać, to może być wyrostek.

Co z Lu? Na pewno ściągnę wieczorem mleko i będę robić zapas. Może to tylko kolka, alealeale.

15 stycznia

3 komentarzy

-Co Ci zamówić do picia, herbatkę czy soczek? Zadałam synowi pytanie standardowo, książkowo, cóż lepiej uniknąć w karczmie ekstrawagancji typu „gorące mleczko” (pojawia się po obejrzeniu Uszatka).
-Soczek – odparł Syn i nie dając mi szansy uściślenia smaku, rozwinął temat.
-Bo dzieci jubią soczet, a mamusie, i tatusiowie, i babcie, i dziadzie, i wuje, i ciocie jubią hejbattę.

Więc skład osób obecnych na obiedzie w karczmie już jasny. A byliśmy akurat tam, bo mój brat uzgadniał wesele. Szok, nie do wiary, ale mój braciszek, na którego wciąż mówimy „Mały”, 5 lipca bierze ślub. A to m.in dlatego, że 1,5 roku temu opowiedział mi o dziewczynie, którą poznał na grillu juwenaliowym pod akademikami AGH, i ze dała mu maila i jak myślę, czy napisać czy nie, bo mu się ona podoba.
Napisz, co Ci szkodzi – poradziłam.
A skutki mamy dziś ;).

******
Wersja wybuchowa Syna trwa. Ale potem za to – jak to okresla Ł. – spada na poziom aniołka i jest do rany przyłóż. Dziś jak się położył rano koło Luli to ona się tak rozpromieniła na jego widok. Chwilę potem strzeliła pomidorka, bo pił sok i ciamknął butelką (rano soczek z butelki).

A tu Siajo uczy Lulę podnosić głowę. I podniosła (!), więc łatwo się domyślić jaki był dumny.
W niedzielę rano:
Zobacz Lulcia, to ja , twój starszy brat.
Mamusiu mogę jej potazać Lalę?

Oczywiście musi być równowaga i jak coś chce, to uprzejmie sugeruje, żeby Julę odłożyć lub komuś dać do trzymania…:).

A, i wspominałam, że Franio ma swoje zdanie? Ma. I się go trzyma. Godzinę tak chodził i chodziłby dalej, ale wyszliśmy z domu.

I jeszcze:
Zobacz mamusiu, jak się trzymamy za jąćki!

A ja niestety jestem strasznie chora na katar, buuuuuu.


  • RSS