cypisek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2008

Zrobiłam Ł. rano trzy kromki na śniadanie, bo miał jeść szybciej niż reszta. Usiadł i już już miał jeść, gdy obok zmaterializował się Syn.
-Ta tjomeczta będzie dla mnie.
-Ale Siaju, ty zaraz będziesz miał śniadanko, to jest dla mnie.
-Ale tatusiu, ja wezmę tylto jedną, a ty przecież masz DWA.

Kropka.

Oopowiadam to później tacie. Gdy dochodzę do punktu, że ostatecznie zjadł ojcu tę jedną, Siajo rozkłada rączki i pogodnie stwierdza:
-I tat zjobiłem.

***
W ramach trzymania się z dala od dzieci, kiedy to możliwe (rzadko), siedzę w kuchni. Wchodzi Franio i:
-Cy mogę się przyłączyć?

***
Wczorajszy wieczór, Siajo z papierowej rury po papierze do pakowanie skontruował wędkę.
-Łoję ryby mamusiu.
Ł. próbował sprzedać mu wersję „łoWIę”, ale bez skutku. Przez najbliższe minuty słyszymy pełne ekstytacji
-Łoję ryby, łoję ryby – po czym wędkarz płynnie przechodzi do cytatu (bardzo prawidłowe skojarzenie) z biblijnej opowieści o sieciach pełnych ryb
-Od dziś będziecie ŁOIĆ LUDZI, NIE RYBY”.

Niezły program na przyszłość. Inspiracja iście ewangeliczna.

3…

1 komentarz

..miesiące temu leżałam w szpitalu i patrzyłam na Mały Cud.

Jaka jest trzymiesięczna Lula?
Piękna. Słodka. Bajkowa.
Gada jak  nakręcona, czasem tak delikatnie, jakby powierzała najskrytsze tajemnice, a czasem…hmm chyba lepiej, że nie artykułuje, bo nie wiem, czy by mi się to spodobało.
Zasypia o 20 i śpi do 5-6 rano, zjada i śpi dalej, no dla mnie bomba.
Nie ma za grosz cierpliwości (to po mamusi, nie da się ukryć), jak coś nie jest w chwili, gdy chce, to afera na 100 fajerek.

Śmieje się całym człowiekiem, a ostatnio obu dziadkom (faceci faceci) udało się ją skłonić do śmiechu na cały głos.
Rozjaśnia się, gdy do niej podchodzimy i taka jest szczęśliwa, że się ją zauważyło (jak się nie zauważy to zadba sama o zwrócenie uwagi :)).

Najbardziej reaguje na mnie i Frania. Jak Ł. wraca z pracy i bierze ją na ręce, to zwisa mu pogodnie z lewego ramienia i jest nader zadowolona z życia.

Nijak nie chce zrozumiec, ze mama znacznie lepiej funkcjonuje, gdy sobie rano wypije kawę. Regularnie albo się akurat wtedy budzi, albo informuje mnie dobitnie, że chce jeść.
A jeść – lubi i to bardzo. Jak my wszyscy.
I towarzyska też jak my wszyscy.
Jak to było, gdy jej nie było?
Eeee. Przecież zawsze była prawda?

Chyba

1 komentarz

Chyba chyba się udało – moze to bańki pomogły? Mimo paskudnego wciąż kaszlu oskrzela czyste. Mam więc nadzieję, że ja będę ostatnią ofiarą i zakończę pisanie o chorobach.
Bo kurczę czuję się fatalnie. A chorowanie z opcją dwójka dzieci jest… lepiej nie mówić. Mimo że rodzina stara się pomóc. Aczkolwiek bez byłoby gorzej ofkors :), a tak po południu jest już luźniej, a kochana kuzynka właśnie prasuje mi pranie.

Prowadzę strategię wg divide et impera, dziel i rządź. Najlepiej każde dziecko w innym pokoju i jeszcze dalej ode mnie. Ja jestem pomiędzy.
Więc np. – dzieci ćwiczą:

Konkurencja: Nalewanie Prezycyjne (mniej lub bardziej), po uprzednim wykonaniu kawki i herbatki z mlekiem. Potrzebne tzw. zlewki lub popłuczyny :)


Konkurencja dla młodszej grupy wiekowej: Uruchamianie kota lub Urywanie Motyli (w celu konsumpcyjnym)

Niestety niestety – Franio znowu chory.
Ja też. Mam nawet antybiotyk, ten sam zresztą, co moje dzieci wcześniej. Franio na razie bez, stawiałam mu bańki, ale kaszle okropnie, zobaczymy, co jutro na kontroli.
I tylko staram się z całej siły, że Lulę uchronić.
Proszę starać się ich izolować… Wiem łatwo powiedzieć. Zalecenia pediatry. W weekned mobilizacja rodzinna i Franio u dziadków głównie, Lu na dole, a ja biegałam po schodach tam i siam:).
No i dziś w nocy do 3 było mi strasznie zimno, a potem – niespodzianka – nagle super gorąco. Buu.

A tytułowe wrzaski? Niestety – chyba to słowo sponsoruje dzisiejszy odcinek – stan przed- i chorobowy nie działa na Frania dobrze. No nie dziwne. I wtedy typowa przekora i bunty trzylatka – męczące, ale nie takie straszne, rozrastają się w histerię. Wstaje taki padnięty rano i za chwilę krzyk i płacz – bo chce czysty nosek, nie chce czystego noska, chce ze mną robić śniadanie, nie chce, ale nie chce też, zebym sama robiła. Ech, ciężko. I w czwartek, zanim jeszcze się na dobre rozchorował, była taka akcja. W wyniku ostrego zagrania miał przeprosić dziadka. Dłuuuugo się ze sobą zmagał, zanim poszedł no i uciekł mu „Tomek” na Minimini. A uprzedzałam. Zdążył obejrzeć tylko piosenkę i koniec. Ale właśnie puściłam mu, żeby zobaczył konsekwencje swojego działania. Co rzecz jasna przedłużyło aferę, ale tak myślę, ze było potrzebne. Na drugą ulubioną – „Niedźwiedzia”  – już zdążył:).

W trakcie chorowania zwiększyła się też zazdrość. Lulcia jest ok, cały czas chce ją głaskać, daje zabawki, nawet dzieli się.

[Dzieli się z nią jej zabawkami:))). Na pracę nad dzieleniem się jego przyjdzie czas, jak Lula w nie wlezie…]

Ale biada, gdy w czasie zbiegną się pilne potrzeby obojga.
Ja ni chcę, żebyś zajmowała się Lulcią. Tylto Franiem!!!!
Ciężka praca, oj ciężka :).
Bo jednak no – nie rozdwoję się.

A – Franio nauczył się grać w domino. Ł. go nauczył. Nawet akceptuje reguły, tylko jeden klocek sobie zawsze nie losuje, a wybiera.
A jak gra nam się znudzi, to z dominem można wiele zdziałać. Proszę:

Hmm

1 komentarz

Rzekłabym, że jakoś nie chyba nie najlepiej z moim stanem umysłowym:))).

1. Zadałam Ł. pytanie, ile to jest 12-7. Nieco dziwnie się popatrzył, a ja wtedy zorientowałam się, jakiej klasy pytanie było.

2. Potem rozważałam, ile to jest pół z pół kilo
-25 dkg – dobrze ale zaraz było:
-15, nie… 25, nie 15 chyba?
Ł. potwierdził, że mimo wszystko mnie kocha.

3. Podaję kuzynce przepis:
Weźmiesz 80 dkg ma sła lub margaryny…
Kuzynka spokojnie, po prostu sobie właściwie pewnie zakodowała. Moja mama wytrzeszcza oczy i parska śmiechem.
Pomyślałam, ile to ciasto kosztuje (rzeczone ciasto właśnie jemy) i…- tu włączył się mój tata:
-Spoko, 3 z czymś za jedno masło, w sumie ok. 14 zł.
- Ale jak ona wrobiła prawie cztery kostki w takie małe ciasto.
A była to tarta odwrócona Tatin. Dobra zresztą bardzo i bardzo szybka.

Czy coś mnie usprawiedliwia? Całodzienne kontakty z trzylatkiem i niemowlęciem? :)

Mamusiu…Nie ma mnie, bo mam zamtnięte oczta.

No czy ktoś ośmieli się zaprzeczyć tej teorii nie-bytu?

!

3 komentarzy

No normalnie dziś nas tak pogoda rozpieszczała, ze 1,5 na polu byliśmy. I całą trójką zostaliśmy totalnie tym świeżym powietrzem otumanieni;).
Na środku uliczki, na mostku graliśmy z synem w patyki.
To w zasadzie jest jak golf tylko:
-zamiast zioelonego pola asfalcik koło mostku,
-zamiast profi-kijów patyki
-zamiast piłeczki – patyczek
-zamiast do dołka, to do siebie nawzajem
-zamiast elegancko ubranych golfistów dwa opatulone misie
-wózek w sumie jest, tylko że Lula w nim jedzie
-ale cios ten sam!!!
-i wiele ciosów w kierunkach zupełnie nie przewidzianych też jak u początkujących golfistów.

[W ramach LO grałam kiedyś trochę w tenisa ziemnego. korty letnie były oddzielona pasem drzew or ruchliwej ulicy. Ale gałęzie nie chroniły przed definitywnym traceniem piłeczek, które leciałyyyyy między auta. Czasem.]

Nie było prądu. Niezbyt istotne, bo w sumie mało nam szkodziło, tyle ze kawa dopiero o 14:(. Ale w łazience była zapalona świeczka. No i jak ją po spacerze ponownie zapaliłam, to nie wzięłam z łazienki pudełka z zapałek (bo tychże już tam nie było). Nieco później do łazienki udał się Siajo.
Mamusiu pjosze nie zostawiać zapałet na wierzchu.
Znacie problem, że teraz trzeba z żelazną konsekwencją stosować się do zasad, które wpjamy dziecku nie? ;) Ech. Bo inaczej Ci wypomnie zbój jeden.

Mniej zabawne są pytania z tej samej beczki. O ze spaceru dziś:
A czemu ten pan jechał za szybto? (po moim komentarzu, gdy jakis kretyn na małej uliczce szalał)
A czemu są śmieci w rzece?
No? Czemu tak jest? Też tego nie lubię. Ani opowiadania o niegzrecznych dorosłych, którzy nie wiedzą, ze śmieci dajemy do kosza.
Siajo wie, ze śmieci do tosza – skoro wie to musi mnie o tym poinformować;). Ale – niech ci to zostanie synu.

Wtorek

4 komentarzy

Wtorek jest nagrodą za przetrwanie poniedziałku :).

Lula w znacznie lepszej formie i ładnie spała.
Franio po powrocie z przedszkola pospał,a potem fukcjonował w trybie aniołek. Przynosił mi ciuszki Luli, do niej przemawiał: Nie płaaacz, nigdzie nie idę, jestem tu.
Na obiad blinki z jabłkami – lubimy.

A na końcu dnia – ach jaka byłam z niego dumna. Otóż Siajo koniecznie chce mieć to samo, co Jula. Na razie nie jest to problem między nimi, jako ze Jula nie walczy o swoje zabawki. Właśnie – swoje. Bo Franio uważa, że są jego. I podobnie jak w kontaktach z innymi dziećmi chce akurat tę, którą ktoś się zainteresuje. W tym wypadku siostra, czyli my jej pokazujemy. Ale – walcząc w duchu ze zgrzytaniem zębami – poraz enty rozmawiamy o dzieleniu się i wymianie. Najczęściej słyszę: Muszę jej wyjwać i już!
Ale dziś, dziś Franio chcąc kaczuszkę-książeczkę-grzechotkę, najpierw wziął inną grzechotkę i przyszedł na wymianę.

A jeszcze większa frajdę miałam, że był taki szczęśliwy i zadowolony, że postąpił właściwie. Każdemu to powtórzył ze 3 razy i byłoby więcej, ale poszedł spać ;). Jeszcze się Bozi pochwaliliśmy przy modlitwie;). Dobry zastrzyk dla mnie ufności na kolejne próby nie-zgrzytania zębami, gdy po raz milionowy będziemy ćwiczyć zasadę nr 1342:)).

A rano spał do 8.30 i musiałam go obudzić. Przynoszę go do kuchni na śniadanie, Ł. wita:
Cześć prezes.

Franio obdarza nas jeszcze sennym uśmiechem i …
Cześć duzy pjezes.

I – Lu ogląda świat. Ale i tak zaraz zawoła jeść.


P

1 komentarz

P jak PONIEDZIAŁEK. Doprawdy jak mam nabrać sympatii do tego dnia?
Po pierwsze znowu pogoda be – przez cały dzień nie zrobiło się jasno, co więcej o 15 Siajo pytał, czemu się robi ciemno.
Po drugie padał śnieg w poziomie, czyli znowu nie opuszczamy domu. Ten wyskok wczoraj to jakieś niedopatrzenie pogodowe było, zresztą już wczoraj po południu zaczęło znowu ostro wiać.
Po trzecie Lula miała niedzień płacz i marudzenie na zmianę, sen w dawkach 5-minutowych. Strasznie się wtedy muszę pilnować, żeby mojego zmęczenia i dościowości na Franiu nie wyładować
Po czwarte Ł. z powodu wyjścia na pogrzeb wrócił dopiero o 7…

Ale:
Pod wieczór była babcia i dziadek i  chwilę babcia nosiła Lu toteż ja…
Już przed wieczorynką wykąpałam dziecię starsze, które o 19.35 było już w łóżeczku (w dzień tylko poleżał, toteż sam w zasadzie zasuwał spać).
Ł. przywiózł pizzę
Lu też po kąpieli zasnęła i tak o 20 mąż mi zrobił kawę :).

***
Siajo ogląda z ciocią zdjęcia i informuje ją, kto na zdjęciach jest:
Franjo, trawa i tatuś.
Franjo, tocyt i mamusia.

Itd. Jasno. Precyzyjnie. Dokładnie.
***
Rano Lu spała z pół godziny i potem zaczęła lamentować. Weszłam, położyłam się obok niej na naszym łóżku. Popatrzyła sennymi oczkami, obdarzyła paroma sennymi uśmiechami i zasnęła jeszcze.
Niesamowite odczucie, że daję komuś takie poczucie bezpieczeństwa. Ja-mama.
Jak czasem w nocy Franiowi coś się śni i płacze, to też mu mówimy: Jesteśmy tutaj, wszystko w porządku.

Ponieważ jakoś jeden dzień znośnej pogody się trafił, to wybraliśmy się na spacer, czyli dłuuuudą wyciecztę, mamusiu (spacer jako taki nie brzmi dla Frania interesująco).
No to jak wycieczka to wycieczka – pojechaliśmy na Błonia i plac zabaw. Franio w siódmym niebie.
Sądzę, że mamy wspaniałą zabawę – powtórzył jakieś milion razy (skąd on bierze te wyszukane teksty?).

No i mieliśmy. On, bo się bawił, Lu bo się wyspała, a my bo on się tak cieszył. Ku anszemu zdziwieniu pokonał zjeżdżalnie i to różne, nawet dużą i drugą taką rurę.
Latem i jesienią bał się i wymyślał tysiace powodów, dlaczego on nie może. Postawiliśmy więc na wyrównianie rozwoju ruchowego, bo jakoś wystrachany intelektualista się kroił. No i całą jesień i zimę jeździmy na tulti w Auchan. I są efekty, co nas szalenie ucieszyło.

Na dużej zjeżdżalni przed pierwszym zjazdem Siajo szepnął do mnie: Chyba jest bardzo wysoto…, ale zapewniliśmy go ze nie, tylko średnio i ziuuu zjechał. Rurę chwilę oglądał nieufnie (sam chciał, doprawdy nie sądziłam, że się zdecyduje), ale takie fajne echo było i tatuś na dole, to zjechał. Tatuś najbardziej się ubawił, gdy po ostatnim zjeździe Siaja, ja zaczęłam schodzić.
Nie zjedziesz?
Nie…
Czemu?
Bo wiesz… ja chyba się bardziej boję niż on… :)))

Na poczatku Franio hamował nogami i tak jedną ostro wyginał. Tłumaczę mu, żeby nie, bo wywichnie lub nawet złamie. Gdy w koncu mu się udało, podskoczył radośnie i woła:
Udało się!!! I nawet nie złamałem nóźti!!!

I z wieczora – Tan tsiężyc dzisiaj ujwany jest.


  • RSS