cypisek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2008

Urodzinowo

1 komentarz

Lula gotowa do wyjścia na imprezę urodzinową tatusia. I poszła.
Impreza udała się koncertowo. Dziadek zrobił pyszną karpatkę, ja drożdżowe z borówkami. Na kolację wspomniany już długodystansowy bigos – wyszedł przepyszny, bez przypraw, tylko minimalnie solone mięso, liść laurowy i ziele angielskie. Z czerwonym winem ofkors. Pycha.

Więc tatusiowi życzymy dalszych miłych trzydziestek. Z nami oczywiście.

Nie

3 komentarzy

Czteromiesięczna Julcia leżeć nie lubi oj nie. To znaczy czasem poleży, ale generalnie lepiej wojować nie? Jak tylko leży minimalnie ukośnie to podnosi się. Lub próbuje robić skok za zabawką. Ach coraz bardziej pilnować trzeba:).

To jak naleśniki dziś?

W ramach wojny naleśnikowej Lula wykonała obrót z brzuszka na plecy. Bo mówiłam, ze nie lubi na brzuszku tak? To już wiemy jak temu zaradzić.

Ale przecież to sama niewinność nie? It wasn’t me.

Ponadto jakieś 1,5 tygodnia temu odkryła nogi. Nie wiem, czy wie że to jej, ale fascynują ją na pewno. Siedząc zwija się jak kuleczka i próbuje się przyjrzeć, co to się rusza. Trochę przeszkadzają jej liczne podbródki i okrągły brzuszek. Kalorii zdecydowanie nie liczy.
Ale jak się chce zobaczyć nóżki, to leżąc można mimowolnie uprawiać fitness.

A ja mam lenia, nie chce mi, a czeka sporo pisaniny. Ale jakoś powoli powoli zrobimy nie? Na razie uspokajam sumienie robiąc bigos. Od wczoraj do niedzieli był, jest i będzie robiony. Na imprezkę a jak.
A tu nasze dzisiejsze dolce vita. Jedno śpi, drugie czyta, więc i ja hop do gazetki:).

Franio za nic nie chciał na spanie wracać. Najpierw standardowa wywózka butelek, potem w ogrodzie wiosna plus zima, czyli jazda taczkami (zbieranie stokrotek), i kopanie piłki oraz przerzucanie wciąż obecnego śniegu łopatą.

Na świeżym powietrzy wszystto smakuje lepiej, mamusiu (made by Przytulaki), więc dałam mu soczek i jogurty tam, a co. Sezon się zbliża! Siajo już apeluje o obiady w ogrodzie.

4 miesiące

1 komentarz

Nasza Kluseczka właśnie kończy 4 miesiące. Chwilowo konczy je śpiąc, więc można napisać ;).
Z tej okazji przeleciała się dziś dwa razy, zeby zdobyć kartę do przedszkola. jednego z dwóch, które rozważam. Ciekawe, czy syna mi tam wezmą?
Lu w przedszkolu rozglądała się z uwagą. Hmm, może i sama tam trafi?

Czteromiesięczna Lula umie i lubi pluć. Nie tak tylko się ślinić, ale robić zgrabne prrr ślinką. Fajna zabawa.
Jest szalenie kontaktowa, ale ale – powoli zaczyna odróżniać ludzi i miejsca swoje. W pierwsze święto u drugich dziadków wpadała w panikę, gdy brały ją inne osoby niż ja, Ł lub moja mama. Ale u nas w domu pójdzie do każdego na ręce.

Lula uwielbia być noszona, zabawiana i zagadywana. Leżąc rano w łóżku wręcz czatuje, aż ktoś wejdzie do pokoju i iwtedy – siup – strzela uśmiech. Po jedzenie – o ile nie lamentuje nad, jak mówi Franio, bąbelkiem w brzuszku – to uśmiecha się z zachwytem i gada radośnie.

W kąpieli wciąż dość spięta, generalnie wydaje mi się bardziej wrażliwa niż Franio, bardzo łatwo się wystrasza.

Szaleje za Franiem, jak on leci ją pocieszyć, ja, ja ją pocieszę, mamusiu, to zazwyczaj mu się udaje. nawet średnio delikatne jego zachowania jej nie złoszczą.

Ach, bo jest też złośnicą. Jak ja. Zwłaszcza, gdy głodna lub śpiąca. Jak ja ;).

Chyba

2 komentarzy

Chyba jednak jakaś wiosna w pobliżu.

Co nie oznacza, że nie jest zimowo. Po zabawie na podwórku zostawiłam na zewnątrz śpiącą Lulę i udałam się położyć Siaja. i tak zyskałam godzinę wolnego, bo Siajo padł, a Lu kołysana przez wiatr też spała. Niestety zamieć zmusiła mnie do wjechania wózkiem do ganku i Lu za chwilę wstała. No ale nie należy przesadzać z survivalem nie?

Istnieją też przesłanki, że wstała, bo już 3 h spała prawie…

A tu proszę: Siajo, Lulcia i mamusia – obraz na zlecenie

I Szalone Słoneczko (jestem pewna, że nikt nie ośmieli się wyrażać wątpliwości) – dzieło artysty.

***
Ł. siedzi na fotelu, trzyma Lu na kolanach. Siajo pragnie – teraz, już, natychmiast, bez zwłoki – temperować kredkę. Bo wcale, ale to wcale nie ma tuzinów innych, w tym kilku w tym samym kolorze.
Ł. tłumaczy, że trzyma Julę.
Siajo daje za wygraną – przynajmniej my tak myślimy. Bo…
-Położ tylto jedną rętę na Lulci tatusiu…

Świątecznie wita turczątko.

Leżące

Bądź siedzące (ach znacznie lepiej)

Franio, niewyczerpana skarbnica bon motów, oświadczył, że jest starszym bratem i musi się opiekować.
Jak musi to musi.
Tu tłuczamy Lulci, co to są malowane jajka. A właściwie jego zdaniem topione, co ma sens, bo topił je w miseczce z farbą.

Coś ty brat…

Naprawdę? Nie bujasz z tymi jajami?

No mówię ci Lulcia, to właśnie malowane jaja.

A jak nie jaja, to może zajączek?

Śmingus dyngus Siaja zachwycił, zaczęli od polania mnie śpiącej (!!!), Lulę Ł. pozwolił dopiero jak się obudziła, potem poszła reszta. Siajo polewa kobiety delikatnie i z pietyzmem, pyta najpierw, czy można. Za facetami goni:).

I mimo pogody – ale nie myliły nam się święta, w Boże Narodzenie było więcej i nie kwitł złoty deszcz…-

- bardzo nam dobrze:)

Święta

1 komentarz

Wielki Piątek

Sprzątamy

Bo jak wszyscy coś zrobią, to szybciej skończymy, prawda? Bardzo ładnie umył, tylko wytarłam.

Malowanie jaj, odsłona pierwsza, bo już nie mogliśmy wytrzymać:

Julcia natomiast ogląda wiatr, bo przestał padać śnieg, za to wiało tak, ze wieczorem w drodze na adorację Ł. musiał mnie trzymać;).

A teraz mamy Wielką Sobotę.
Wszyscy się przyłożyli, nawet Lu w pulchnej łapce z tatusiem przynosiła marchewki.

Mazurki gotowe, ładnie nam wyszły nie?

Rodzina bab: mamusia, tatuś i razem uosobieni Siajo i Lulcia.

Rzeżucha wyrosła zgodnie z założeniami:

Jaj malowanie II

Pokarmy poświęcone, Siajo świetnie wiedział, co mam spakować do koszyka:). Oczywiście wziął większy, dzielnie z nim dreptał, pół h do kościoła i dopiero w połowie drogi spowrotem dał go włożyć do wózka.

I teraz czekamy aż wrócą z rezurekcji, Lula śpi, Siajo długo pospał, żeby dotrwać do uroczystej kolacji.

Wielu łask od Zmartwychwstałego Pana i Wesołych Świąt życzymy My.

Franio pyta rano, czemu idę  do kościoła (na drogę krzyżową):

-Dziś jest Wielki Piątek, wspominamy, że Pan Jezus umarł na krzyżu za nas, zebyśmy mogli pójść do nieba.
-Ale niebo jest wysoto…
– taki był strasznie zdziwiony, gdy to mówił.
-A Pan Jezus jest tu blisto, częśto do nas przychodzi… i przynosi nam tolorowe prezenty!

19 marca dziś –

Bo opietowanie to ciężta praca – oświadczył małoletni fan Niedźwiedzia w Dużym Niebieskim Domu po wczorajszym odcinku o  dzidziusiach…
I teraz to już totalnie od razu leci do Juli jak tylko ona się zbudzi, wciska jej grzechotki i nawet swoje (ajaj) zabawki. I gada jak nakręcony:
No nie płacz, nie płacz jusz Lulciu, jusz tu jestem, nigdzie nie pójdę, jusz wszystko w porządtu… Nic więc dziwnego, ze ona jak go widzi, to się śmieje.
Drugą stroną medalu jest konieczność mania;) oczu dookoła głowy. Siajo bardzo chce podnosić Lulę, nie ma też świadomości swojego ciężaru, gdy leci ją tulić. A raz zmywam, Lu zaczyna marudzić, Siajo w te pędy biegnie tam i słyszę:
Znudziło jej sięęęęę. Ściądam ją z maaaaaaty.
Oj, jak szybko leciałam do pokoju.

Zrobiłam listę. Zawsze tak robię, jak czegoś niespecjalnie lubię, ale trzeba zrobić. (Jak piszę artykuł, to to się nazywa konspekt. Jak pisałam pracę, to miałam fuuurę konspektów). No więc wypunktowałam porządki.
I aby ruszyć z miejsca umyliśmy lodówkę. My czyli zespół mama i syn, standard. Bez Siaja nic nie może być. Potem zaniósł (koniecznie samodzielnie) pranie do pralki (miał wizję dołożenia jeszcze jednej (granatowej) sztuki do jasnego prania, ale dał się przekonać), załadował. Ja łaskawie włączyłam.

Po wykonaniu prac gospodarskich robiliśmy pisanki. Bo do piątku jeszcze daleko, a malowanie jaj śni się po nocach…

I w chwilowej przerwie w zawiewaniu i zamiataniu śniegiem wyskoczyliśmy na podwórko. Siajo szalał z Bają, a Lu dziwiła się światu z chusty.
Siajo nie omieszkał jej poinformować (jak wszystkich odkąd w poniedziałek mu podałam nazwę krzaka) – To jest złoty deszcz!

***
A 19 marca 13 (!!!) lat temu… – zaryzykowałam, a właściwie zaryzykowaliśmy i staliśmy się parą. I mimo masy błędów zostaliśmy razem.
A 19 marca rok temu, jako prezent dałam Ł. test. Trochę wcześnie bo w 27 dniu. Druga kreska byłą bardzo delikatna. Ale była, Jula tam już była.

17.03

4 komentarzy

To jest ciężta praca, a ja mam więcej siły. – powiedział syn i zamienił się przy mieleniu orzechów, czyli ja wrzucałam, a on kręcił. Ale że potem jeszcze parę razy się zmieniliśmy, to udało się zmielić;).
Bo ponieważ z przygotowań świątecznych to ja lubię gotowanie i pieczenie, to my znowu w kuchni. Mazurek orzechowy zrobiliśmy, bo wg przepisu ma tydzień czekać.
No i na razie tyle. No jeszcze pracujemy nad przygotowaniem Siaja do świąt. Czytamy i omawiamy co jak i dlaczego. Rzecz jasna z całęgo przebiegu Wielkiego Tygodnia Franio najlepiej zapamiętał, że pójdziemy święcić i on chce duży koszyk. Do kórego włoży jajka, które pomaluje – Czy jusz jest sobota?

[Tak to bywa, jak się dziecku kupuje coś w rozmiarze na niego. Już raz wałkowałam ciasteczka malutkim wałkiem, bo się kurczę zamienił. teraz wygląda, że mam szansę mieć mały koszyk.]

Czasem bywa tak, że serie działań wychowawczych nagle i niespodziewanie dają efekt (bo jakoś częściej ma się wrażenie, że nie bardzo chcą…). Obecnie na spacerach, czy jak kogoś spotykamy syn jest wzorem uprzejmości. Wszystkim sąsiadom mówi „dzień dobry”. Co prawda czasem ma ciut opóźnienia i sąsiad/ka już się oddalą (zwłaszcza jak na rowerze), ale detale się dopracowują w końcu nie?
No i standardowe ramy, czyli prosi, dziękuje, przeprasza. Takie chwile chwały po tygodniach pracy.
Drugi zestaw, to wreszcie się prawie samodzielnie ubiera – bo dość się opierał tej nauce.
I jeszcze – znowu kompletnie nie wiadomo czemu akurat teraz – po miesiącach niechęci do sedesiku, teraz kupka tylko tam.

A zeszły tydzień można nazwać artystycznym, ha!.
W czwartek doniosłam na gg mężowi, co mi doniósł dziadek, a jemu doniosła pani M. z przedszkola – że Siajo po raz pierwszy (bo ona mu twardo proponuje mimo stalego oporu) sam śpiewał przy akompaniamencie pianina.
No to w wdomu też go zmolestowaliśmy i śpiewa nam „Pod liściem łopianu” (bo tak to śpiewa, „Szczotta, pasta, tubet, ciepła woda” i piosenki z bajek: Misia Uszatka, a ostatnio Tomka i przyjaciół). Ale teraz pierwszy raz zaśpiewał coś z przedszkola. Tylko jak śpiewa musi mieć zamknięte oczy. No musi i już.
Po drugie popełnił samodzielnie rysunek nieskładający się wyłącznie z „mazów” (Nieeee, ja muszę tylto mazy robić), ewentualnie ostatnio namiętnie szkicowanych zapałek. Nie, ten rysunek miał całą akcję: statek, woda, słoneczko żółte i niebieskie, namioty i piasek.
No i po trzecie – zaczął wycinać po linii: serduszko, koło, ptaszka nawet. I Julcię w koszyku. Tak sobie zażyczył, to mu narysowałam, nie? Całkiem nieźle mu idzie.

Poza działaniami artystycznymi, to jeszcze hodujemy. Fasolę i rzeżuchę. Rzeżucha ma na razie lepsze notowania, bo się dzieje – kiełkuje znaczy. A fasola leży na gazie i trochę marszczy tylko. Paskuda. Ale może w końcu coś puści (Posadziliśmy fasolę, tatusiu, i za tilta lat na dole będą toszonti a na górze roślinta. Korekcja czasu hodowli na razie nie daje rezultatu;)).

A poza tym… Co prawda poniedziałek, ale cieszymy się życiem:).

Mamusiu, dlaczego Szymek jest w sklepie w taloszach? No dlaczego?
Jak widać kolejna seria pytań i odpowiedzi na nie, nadciągnęła.

Tydzień ogólnie udany, bo załatwione to, co powinno być:
-buty wiosenne dla Siaja,
-prezent dla siostrzeńca Ł.,
- fura zakupów w Leroy: dwie umywalki, dwa kibelki, armatury, klamki,
-meble: stół, krzesła, łożko dla Siaja i Luli, biurko dla mnie,
-ciuch dla kuzynki na wesele jej siostry, bo chciała wyglądać inaczej niż zwykle i nie w stylu swojej wsi i obiecałyśmy pomoc,
- i nawet strój kapielowy dla mnie,
-rozmowa z szefową. Się może uda, bo ona jak najbardziej zgodziła się mi zabrać, to czego nie chcę. Nie ma jednak, co mówić hop, bo u nas brak jedności zarządzania i reszta szefostwa może się obrazić, że czegoś nie chcę, no. W końcu wybrałam sobie najsensowniejszą osobę do rozmowy;),
- nawet okna umyte. Przez kuzynkę. Łatwiej wynająć ją, niż wzywać nianię, co bym sama to zrobiła. Zwłaszcza, że mi w zasadzie nie bardzo wolno. I tak wszyscy zadowoleni.

Mimo tego jednak dziś dopadł mnie dół. Kroplą, która wepchnęła mnie do dołu, był fakt, że do moich kłopotów z oczami (drugi miesiąc) dołączyły Franiowe. Chyba mamy zapalenie spojówek :(. Ale to oczywiście byla ostatnia kropelka, która wywołała tsunami. Długi spacer, najpierw tylko z Lu, potem dołączyli Ł. i Franio i jest lepiej. Jakby.

Lula z ogniem w oczach łapie wszystkie podawane zabawki.
Potem strzela pomidorka, bo nie da się ich wepchać do buzi:).

Mama mnie woła – Mam deja vu. I do taty: Cała nasza córka.
Słuchaj – to do mnie:
-Co tu jest Siaju. Togut?
(Kogut)
- Nie todut!!! TODUT.

[Trzyletnia Cypiska tupała nóżkami i wołała: "Nie tutułta tutała! TUTUŁTA TUTAŁA!!!!!".]

Czyli zaczął słyszeć błąd. U innych. Jak ja kiedyś.

Rano Siajo pije herbatę przez rurkę (rurę, bo zgrubienia trwają. Dziś było: Idź tą druchą…). Zamyślony i roztargniony ((nader częste, rozprasza go , cokolwiek może), przekręca głowę, rura wychodz z kubka i polewa okolicę herbatą. Skruszony ściera, pomaga mu babcia, bo jest sobota, to jest babcia przy śniadaniu. Gdy akcja jest już zakończona, Siajo rzuca pogodnie:
Nie rób tat więcej babciu.
[Ale o mały włos by zrobiła, bo aż się zakrztusiła. Herbatą. A my padliśmy ze śmiechu.]

W nocy Franio zdarzyło posikać się. Ale obudzony przez jakiś zły sen, odmawiał potem stanowczo przebrania się. Wywiązałą się afera, były lamenty, obudziło to Lu, która potem nie mogłą zasnąć. W końcu Siajo poprzepraszał. Proszę go więc, żeby dała nam jeszcze pospać i uśpić Julcię.
To ja będę się cichutto bawił w potoju.
I ponad godzinę spałąm jeszcze! Siajo naklejał naklejki w Akademii trzylatka. Prawidłowo, jak się okazało.

Zresztą naklejki to jedna z miłości Siaja.
Każde naklejki…


  • RSS