cypisek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2008

30 kwietnia

3 komentarzy

Odryzet Lulci – ogryzek to zdaniem Frania gryzaczek. I pasuje nie?

Fantazja Siaja nie ma granic. Robimy kartoflankę i Siajo wrzuca pokrojony boczek. Na koniec idzie większa kość, której już się nie dało obkroić. Siajo wpycha ją do garnka, trudno ze zmieszczeniem, więc kość wygina się w łuk. Franio zachwyca się…..tęczą, piętna tęcza mamusiu.

W piątek na zaiprowizowanej kolacyjce imieninowej stoimy z mamą przed piekarnikiem, w którym grzeją się pstrągi (pychota, mamusiu). Dobiega Franio:
Jestem małą biedrontą. Wy też jesteście małymi biedrontami. Proszę latać. I zrobiło się lekko surrealistycznie, jak lataliśmy w kółeczku.

Aktualnie mamy fazę na liczenie. Najlepiej z użyciem paluszków:
Mamusiu muszę ci coś powiedzieć…
Słucham.
Zrobiłem siusiu
(pierwszy paluszek), spłutałem (drugi odgięty), umyłem rączti (trzy) i wytrzałem (cztery i jak zawsze koniugacja od najbardziej typowego użycia – „Franiu, wytrzyj rączki”).
Franio liczy do dziesięciu, po polsku, angielsku i Frangielsku (łany, tuti, friti, foriti). Po posilku zazwyczaj ignoruje istnienie cyfry 4, po angielsku 8.
Okazało się, że rozpoznaje cyferki pisane. I tu jest w stanie dojść dowolnie daleko, jeśli się np. 11 rozłoży, „11 czyli dwie jedynki” itd.

I kolejna nowość, doczekaliśmy się kolorowania. Ja mu rysuję, a on to koloruje (rysunki z ostatnich 2 dni: kombajn, traktor, kolejka linowa, nowoczesna farma z taśmą podawczą, tradycyjna farma z kotem). I koloruje bardzo ładnie, nie wychodzi za linię. Tylko że w jednym kolorze. Ale festina lente.
Tnie też coraz lepiej, laurka dla dziadzia na imieniny była wycinana i naprawdę precyzyjnie to robi. A w grudniu nie umiał nawet zacząć:)).

Pięciomięczna Lula postanowiła, że nie leży tylko siedzi lub chodzi z nami. I już mama! – zdaje się wyrażać jej minka. Poza tym ugryzła talerz, gryzie stół i wyrwała Ł. nóż z ręki. Strzeżmy się! Ale nadal ślicznie śpi od 20 do 6.30-7.30.

***
Przytłoczenie życiem było, ale na szczęście już poszło. Ocena to jedno, ale już mi przeszło, mam nadzieję, że dystans utrzymam, gdy mnie ocenią. Arkusz jest okropny, to są same osiągnięcia, do zrealizowania w zasadzie tylko przez osobe, dla której praca to podstawa. I takich jest sporo u nas. A ocen jest tylko 4 z tego 2 negatywne. Ale trudno, przeżyjemy:).

Potem nastąpiła większa katastrofa zawodowa. Wprawdzie wracam dopiero jesienią, ale teraz trzeba ustalić zajęcia. No i osiągnęliśmy takie opary absurdu, że w niedzielę wyglądało, że nie ma szans. A tu nagle – w poniedziałek szefowa jednak sama podzieliła tak, aby każdy miał. Co nie znaczy, że wsyscy są zadowoleni. I że wszystko zadziała. Niemniej na dziś jest w porządku, więc zostawiamy sytuację jaka jest. Oczywiście nie jest mi miło, że ktoś może być niezadowolony, że ja mam dane zajęcia, a on nie, ale trudno. Zresztą raczej chyba tak nie jest. A dlaczego trudno?

Bo po trzecie moje koleżanki ostatnio zrobiły mi lekkie świństwo. Skoro mnie nie ma, to ja wyjaśnię duży błąd szefowej i ja napiszę pismo do Komisji Europejskiej. Wierzę jednak że było to nie do końca świństwo, tylko szukały kogoś, kto wtedy odpowiadał za projekt i miały nadzieję (bez sensu, ale można sobie wmówić), że to jeszcze ja (bo ja owszem koordynowałam ale tylko na początku i wiadomo ze wydatkowanie pieniędzy mnie nie dotyczyło).

Wniosek ze wszystkich trzech punktów – trzymać dystans i spokojnie czekać. I to mi mąż poradził.
Bo moja praca jest jednak naprawdę fajna przy dzieciach (o ile ofkors nie pragnie się mieć super-oceny:)).

Nie

3 komentarzy

Nie za bardzo to był dzień. Jakoś wszystko z rąk leciało. Lulcia marudziła, Franio był mistrzem rozkojarzenia, normalnie na żyrandolu powiesić.
Sprawy zawodowe  pokomplikowane. To kwestia jesieni, ale teraz musi być wszystko zgłoszone i zatwierdzone. I jest no nie do końca. A potem jeszcze mail o okresowej ocenie za lata 2004-2007 (tak, my mamy takie zabójcze te okresy, dlatego dla mnie to pierwsze taka). I moja ocena będzie raczej nie za fajna. Średnia, jak dobrze pójdzie. Ja to wiedziałam, ale i tak mi się trochę źle zrobiło.

Bo to jest tak. Dokonujemy wyborów. I mimo świadomości, że wybraliśmy dobrze, nie jest łatwo. A szkoda nie? Przecież wybraliśmy dobrze, czyli w zgodzie ze swoimi wartościami (komuś innemu może co innego leżeć). Moim zdaniem da się łączyć pracę z dziećmi, ale już nie karierę z dziećmi. No więc postawiłam na Frania, potem Lulcię. Pracuję porządnie, ale z tego, co obejmuje ocena to tylko jeden, góra dwa punkty. Inne – niezby dają się godzić z rodziną, więc ich nie mam. Przejrzałam arkusz i zrobiło mi się źle – bo na pewno mi to wypomną.
Ale potem wieczorem nakarmiłam Lu i ona zasnęła mi na kolanach. Rzęsy rzucały cień na pyzate policzki i cała była taka ciepła i puchata, i posapywała spokojnie.
Poprawiło mi się. Nie tak całkiem, ale znacznie. Trudno, będzie jakoś, ale przecież nic bym nie zmieniła. I tego się muszę trzymać.

Kwiaty

1 komentarz

Franio wczoraj koniecznie chciał na chwilę choć na zewnatrz, to poszlismy do ogródka. Ja z Lulą wróciłam szybciej, oni później. Dostałam kwiaty. Tak rozczula mnie to zawsze na maksa. Kwiatki od synka.

Kryzys trwa, toczą się maile. Zimno, nie wychylamy nosa za próg. Lula śpi cały dzień, czyli ciśnienie pełza.
Czy jak napiszę, ze jest nam lepiej, to wyzdrowiejemy czy przeciwnie?

Aha, kawa musi być. Niezależnie od sprzyjających czy też nie okoliczności

Tak, czasem sprzątamy.

Diiiis

3 komentarzy

Diiiiiiis – mówi Franio, gdy robi sie mu zdjęcie. Od nas też żąda „diiis”, gdy robi nam. Liberalne podejście do angielskiego sera.
Poza tym rozbudowuje koncepcję płacenia. Chwilowo w całkiem atrakcyjny sposób. Otóż on robi nam foteczkę i potem on nam płaci. Ach, zeby tak w sklepie z kanapami w ten sposób podchodzili do klienta… Bo na topie kanapa, kupić trzeba.

Skoczyłam wczoraj i dziś na małe zajęcia, następne 5 maja. Ze zdziwieniem poinformowałam męża, że czuję się jakoś mnie zmęczona wieczorem. Czyli poszłam nie tyle popracować ciut ciut, ale odpocząć? Pracy faktycznie minimalnie, a pieniążki będą. Na kanapę :)

Poza tym kryzys mam. Nie, nie domowy, w domu wszystko ok. Tylko, że niestety życie się nie ogranicza do domu. Kilka spraw musi się rozwiązać, ciepłe myśli wskazane.
Jeśteśmy z Franiem tym razem chorzy razem. Szkoda słów już.
Wesele dalej mnie dręczy. Oczywiście ściągnę mleko, Lu nie jadła jeszcze sztucznego i nie chcę jej dać. ale czy starczy?

Lulcia nauczyła się kręcić wokół własnej osi. Notorycznie więc złazi z poduszki. I po udanej ucieczce szczerzy się radośnie i chwyta swoje stópki. Żeby ściągnąć skarpetki oczywiście.

Babciu wpychnąłem ci tu podusztę. – kreatywne i zarazem zabójczo logiczne („wpychać”) podejście do gramatyki wieńczy dzisiejszy wpis.

Posłałam Ł. i Frania po brakujący guzik. Franio w drugiej próbie wybrał mi zielony, bo taki był ładny. W pierwszej próbie przynieśli za duże, z tym że Ł. odniósł, a Franio hmmm zachęcił mnie do czerwonego. I jest.

I wiosenne klimaty.

Pt

3 komentarzy

Zagoniony dzień, nie przepadam.
Franio znowu chory, ech. Postawiłam bańki.
Pediatra mnie upewniła, że dopóki pogoda nie przestanie skakać, to ciężko dzieciom wyjść z przeziębień. A tu dwa dni bardzo ciepło, a od środy Lu znowu zimowy kombinezon na spacer.
Lu chwilowo dwa dni pod rząd zechciała zasnąć na spacerze i spać po 3 h. Hmmm, coś knuje?
Noce niezmiennie uroczo przesypia, cieszę się każdą, w zasadzie budzi ją Siajo, jak się po kimś przejedzie samochodzikiem, albo bada, czy śpi, to się raczej budzi nie? Budzi się i śmieje do brata. I do nas.

A, no i zaszczepiona -uff, w końcu i tak 2 tyg. spóźnienia.
Waży – tadam – 7300:)).

Co ona je? – śmieje się nasza pediatra?
No obrońcą ojczyzny nie jest.
Mleko.
I tyle. Gdzieś w maju w końcu dam jej jakieś jabłko.

A propos mleka to za tydzień mamy wesele. Rodzice Ł. chcą zostać nam z dziećmi. Mam stracha co nieco, ale branie Luli nie ma sensu nie?

Zasady Julii

4 komentarzy

Lula ma swoje zasady:

1) od spania jest noc – śpi od 20 do 6.30-7.00. Za to w dzień… no nie kochamy spać. Póki jednak jakoś trochę ulegamy
2) Nie będę leżeć!!! Nie będę, nie będę, mówiłam, ze nie będę. Należy natychmiast podnosić głowę. Łapać za dostępne podpórki. jak nie wychodzi – a nie wychodzi jeszcze przecież – należy się złościć. Leżenie gryzie w pupę. Jak mi się chce spać, to moge leżeć na spacerze. Lub jak Franio coś fajnego robi. Ale tylko jak JA chcę:).
3) Nie ma jedzenia, jak nie jem ja. Lu wodzi oczami za każdym kęsem śniadania czy obiadu.
Studium GłodnejMordki:

[Wszystkie okoliczne wiekowo dzieci już coś dostają, a Lu nie. I jeszcze nie dostanie, przynajmniej do maja. Bo mi się jakoś nie chce:)].

4) Jak mi się bardzo coś nie podoba, to ewentualnie – podkreślam to przywilej – mozecie mnie przebłągać śpiewem. Działa, no działa, ale jak rany, nie zachwyca mnie śpiewanie na ulicy, gdy Lu nie chce już leżeć w wózku:)).
5) Towarzystwo jest cool, lubię być z innymi. Wywalczę to.
6) Śmianie też jest cool.

[Po trzeciej kontroli pan dr orzekł, że bioderka bardzo w porządku i zwolnił nas z pieluchy. Nóżki niestety wciąż do ćwiczenia. Jutro za to ach ach szczepienie i zobaczymy, ileż to Kluseczka waży. Bo waży owszem owszem i fałdeczki są. raz nawet musiałam smarować, bo jedna fałdka otarła drugą:).
Proszę nóżka:

Botanik

5 komentarzy

Franio potrafi wskazać i nazwać:
-narcyze,
-pierwiosnki,
-mlecze,
-zawilce,
-taczeńce,
-szafirki,
-trotusy,
-brzozę.

I to zazwyczaj bez pudła. Nie zdołał uchwycić różnicy między przebiśniegami i śnieżycami, ale dość zimno wtedy było i niewiele czasu spędzaliśmy na polu.
Perfekcyjnie lokalizuje złote deszcze i w upojeniu powtarza:
Patrz! Złoty deszcz!
Ma kłopoty z magnolią, ale generalnie nie umie za bardzo samego słowa zapamiętać.

A no i rozróżnia swoją fasolę na oknie:). Fasola kosztowała nas dużo cierpliwości, bo najpierw nie rosła. Chyba za zimno jej wtedy było. Po dwóch tygodniach, obajrzałam uroczą pleśń, nabyłam nową fasolkę i dyskretnie podmieniłam nasionko. I proszę! Mamy piękne efekty, Siajo każdemu pokazuje, że listki i że torzonti w dół (w koncu nie wiadomo, czy rozmówca obeznany, że zielone do góry). Aktualnie snute są plany przeniesienia jej do ogródka. Dziadek obiecał patyk, co by się pięła.

***
Czy TVP mające misję nie byłoby skłonne uwzględnić mojej sugestii i o wszelkich zmianach dobranocek informować z miesięcznym wyprzedzeniem? Czy oni nie widzieli trzylatka? Mistrza konserwatyzmu? Dopiero po 3 tygodniach oswoiliśmy zmianę ze Strażaka Sama na Pomysłowego wnuczka (a tak a propos tego wnuczka, to nic a nic nie rozumiemy z jego działań, ale dziś oglądał też Ł. i wyjaśnił, że akurat był odcinek tłumaczący m.in. zasadę wykorzystania prądu zmiennego. Hmmm).

Lornetka

6 komentarzy

Lornetkę oczywiście zrobiliśmy. Rano.
Siajo przymierzył, czy dobrze działa…

I poszedł z tatusiem na wyprawę.
[Wyprawa to dużo lepsze słowo niż zwykły spacer. Moim zdaniem róznica wieku trzy lata jest super, ale miewa kłopociki, mianowicie niemowlak by najlepiej jeździł, a trzylatek chce coś robić;)).

***
Matka Polka choruje;)

Mamusiu będziesz ze mną budować z tloctów?
Wiesz… ja się położę, a ty będziesz budował co?
Mamusiu z wielktą przyjemnością się z tobą położę (
Siajo to król form gzrecznościowych, wita wszystkich sąsiadów z daleka „dzień dobry” – a potem natychmiast pyta „Ładnie się przywitałem?”, zamaszystym gestem wskazuje babci miesjce obok siebie – Babciu zapraszam serdecznie. Dziś mu mówię, że dziadzio zaprasza go jutro na wyprawę – Dziętuję!)

Hmm Siaju, to nie najlepszy chyba pomysł, nie chciałbym, zebyś złapał choróbkę.
Nie złapię, położę się tu obot!

Jasne, 20 cm dalej jej nie ma, nie?

Leżę

Brak komentarzy

Leżę i jest to doprawdy niewiarygodne. Do stopnia się rozchorowałam, aż Ł. musiał wziąć wolne. W środę, gdy zaczęłam byłam pomogli mi tata i kuzynka. Dzięki Bogu za rodzinę. Siajo z dziadkiem pojechał do sklepu, potem kopali w ogródku;).

Jeszcze nie wiem, czy jest lepiej. Chwilowo próbujemy bez antybiotyku.
Franio pociesza mnie:
Zajas będzie lepiej.
I niecierpliwie czeka:
Być zdrowa szybto mamusiu.
Prawo Chorowania Matki – dzieci kleją się jeszcze bardziej niż zwykle:).

***
A co do poprzedniej notki, w związku z komentarzami. Takie duże afery zdarzają się rzadko. Codziennie jednak jest 1000 małych spraw. Część odpuszczam, dokładnie, w końcu nie można go strofować cały boży dzień ;).
Bo trzylatki, choć bywają trudne i marudne są fantastyczne. Kreatywne, niesamowicie innowacyjne. Nie potrzebują drogich zabawek, tworzą coś z niczego. Aktualnie tworzymy lornetkę z dwóch tekturek po papierze toaletowym. Już są pomalowane, jutro je skleimy i zrobimy tasiemkę.
Franio buduje świeczkę z tekturki i pokrywki do słoika, buduje wieżę ciśni, robi nam wirtualne naleśniki. Żyje w magicznym świecie, chodzi ze mną na tajemnicze wyprawy. Z trzylatkiem można się dogadać, można wraz z nim odkrywać świat. Jest zafascynowany zawilcami, kaczeńcami, odróżnia niektóre ptaki, szczególnie sroki.
Trzylatki są inne – już mają spójny tok myślenia, dzielą zadanie na części, a wciąż nie myślą jeszcze stricte celowościowo. Na dwumetrowej trasie do łazienki Franio zdolny jest rozproszyć się z 6 razy i w efekcie pójść całkiem gdzie indziej.
Trzylatki są empatyczne, potrafią zabójczo pocieszać, Franio dziś rano przyniósł mi piórko, żeby było już lepiej. I równocześnie oczekują, ze to hop siup załatwi problem i już mozemy lecieć.
Trzylatki są świetne!

…. bywają nadzwyczajnie trudne. Dlatego, że to świadomy bunt, świadome sprawdzanie. A równocześnie wciąż mała świadomość konsekwencji.

-Dziadziu nie idź, ja chcę żebyś tu był……
-Dziadzio poszedł, nie chciałeś go poczęstować ciasteczkiem
(znaczy chciał, ale metodą rzutu na kolana), czekał, ale poszedł. Skoro nie chcesz się zrobić, jak on prosi, to nie możesz chcieć, żeby inni zrobili co prosisz.
-Ale ja CHCĘ.

I to jest kwintesencja problemu. Ta próba nagięcia rzeczywistości do siebie.

Dziś godzinna afera grzecznościowa. Bo w zabawie na ciufcia.pl zniknęła mu myjka do okien z ekranu (albowiem wyjechał myszką poza). I nie da się jej wrócić. Rozpacz. Siajo chodzi i lamentuje, ja zamykam komputer – taka metodą nic nie załatwiamy.
Robię galaretkę, on nie będzie robił ze mną, nie będzie jadł. Nie szkodzi, inni będą. Dzwoni telefon, muszę rozmawiać ja, bo tylko ja po niemiecku. Wracam, a na ziemi część owoców z kompotu, które miały być do galaretki (samą galaretkę przezornie dałam poza zasięg). Może i chciał przełożyć, bo miseczki zestawił, ale nie ma znaczenia, bowiem Franio oświadcza, że chciał zniszczyć mi pracę. Parę słów i zostawiam go. Lata za nami, ale ignoruję go. Na zmianę oświadcza, że CHCIAŁ być niegrzeczny i próbuje mnie przekabacić (świetnie wie, ze trzeba przeprosić, ale na razie nie może się zdobyć). Ja nic. W końcu przychodzi i przeprasza. Nie lubi bardzo, gdy jestem smutna lub się gniewam. Ustalam, że ok, ale kara będzie-  nie ma komputerka. Smutna buzia, ale trudno. kary są nadzwyczaj rzadko, ale czasem konieczne. Chwilę potem wołam, a Siajinek co? Nie przychodzi, bo MUSI (tak, trzylatki są rządzone przez imperatywy) coś. Pociąga rączkę i oparcie leżaczka opada. Znowu przeprasza, uff. Ma się przebrać (tak, kompot jest też na nim). Sam, nie pomogę mu. W połowie musi siusiu. Ma zrobić i szybko wracać. Karmię Lulę, więc zaglądam dopiero za moment. I co? Buduje piramidę na kibelku (tak, ma zaciecie konstrukcyjne). Wspominam o drugiej karze. Dziadek mu tłumaczy, żeby się szybko poprawił, to mamusia z niej moze zrezygnuje. Wygląda, że będzie drugi etap krzyczenia, a tu… dziecko nagle szybko się ubiera, przybiera minę anioła, wynosi swoje ciuszki do prania, przy okazji pampersa Lu, przybiega do mnie, uśmiecha się słodko:
Tatą mintę lubisz mamusiu? Przepraaaaaszam.

[Po "przepraszam" jest mantra: nie będę krzyczał, nie będę niszczył, nie będę gubił myjki (tak, pamiętamy o początku, trudno mu wyjaśnić, że TO akurat nie jest problemem), będę słuchał, będe szybko, będę się ubierał.]

Scysja zakończona. Do następnej, ach.

***
6 Weidera i tak jest trudne, a jeszcze jak w połowie ćwiczeń, ktoś chce na tobie usiąść? Zniechęcony wymyśla inne utrudnienia: smaruje mi usta szminką. Chyba nie wyglądam na przekonaną, bo dodaje: Być dzielna mamusiu. Dokładnie jak ja, gdy mu daję maść na oczka…

***
Wyżej wymieniony trzylatek w cieście francuskim. Tak ustalili z tatą. Zacięcie kuchenne…


  • RSS