cypisek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2008

Pół

5 komentarzy

Pół roku temu o tej porze już miałam ją przy sobie. Już nawet dość długo, Ł. już poszedł i same zaczęłyśmy nową przygodę. Ale mniej od tempa czasu zadziwia mnie fakt, że kiedyś jej nie było.
Sześciomiesięczna Julcia, nasza księżniczka, nasz aniołek.

Nadal śpi do 6, chyba że jak dziś do 5:). Po obudzeniu się i zjedzeniu gada jak nakręcona.
Nadal się nie obraca na brzuch sama, ale dziś dokładnie ruszyła. Do tyłu oczywiście i oczywiście ją to strasznie frustruje.
Śmieje się do nas, wyciąga rączki, ale to drugie tylko do mnie Ł. lub Frania.
Zaczyna się bać / wstydzić obcych – tak fajnie wtedy przekreca główkę i stara się zniknąć we mnie.
Rwie się do Frania, a on ją całuje, bierze na kolana lub – gdy ona uwolni się od konieczności leżenia na brzuszku przewrotem na plecy – przewraca ją spowrotem.
Chyba jednak lubi jedzonko – jabłka ze śliwkami i marchewka z jabłkami, które jej wybrał Franio, cieszą się uznaniem.
[Obydwojga. Franio jak sęp czeka i 100 razy pyta, czy Lulcia ma już dość]
Przytula się całą sobą. Całą sobą też się cieszy, gdy przyjdę wybawić ją po spaniu:).
Uwielbia być na rękach. Ja w sumie też uwielbiam taki cieplutki tobołek.
Jest pulchna, rumiana, policzki ma jak jabłuszka. I zdecydowanie niebieskie oczy – -po Ł.

Jest doskonała.

A na pół roczku – pół tortu (kawowy tak jak był Frania, ale jego był bezowy, a jej biszkoptowy).

W dużym pokoju róża (obok mniejszej Siajowej, panie w kwiaciarni mu dały),na komódce stoi świeczka – kubek kawy. W kuchni w wazonie bukiet polnych kwiatów – zebrane wczoraj na spacerze z babcią, wręczone mi z pietyzmem.
 Ł. i ja dajemy prezenciki naszym mamom.

To mój trzeci Dzień Matki. Jestem znacznie bardziej zmęczona niż kiedyś i o niebo szczęśliwsza. Moje dwa małe skarby.

Jedzenie nie-mleka jest wciąż na razie tylko zabawą, trudno to nazwać napełnianiem brzuszka Głodnej Mordki.
Było już Julia i jabłuszka – sukces nader średni
Julia i morelki – no owszem owszem
Julia i soczek – od dwóch dni chwyciło! Ale na razie niedużo, bo mały brzuszek nie lubi przesady.

No więc dziś – Julia i biszkopt. Jeść to go nie jadła, tylko pociamkała.
Ale jaka akcja:

Środa

1 komentarz

Wyjście z domu na kawę z jedną przyjaciółką, gdzie i druga dotarła bardzo poprawiło nam światopogląd. Franio pobawił się zabawkami chłopaków, niestety obecny był tylko Trzeci, a 7 tyg. to ciut mało:). Tymoteusz spał, Jula gadała, Franio się bawił, brat E. zrobił pyszną kawę (z zółtkiem, wersja irlandzka, bo on tam aktualnie,  zakonnik), A. E. i ja pogadałyśmy. Tego trzeba było.
Teraz Ł. poszedł na piwo Ligę Mistrzów,a ja też sobie popatrzę na mecz:).

Lula dziś chwyciła soczek i chyba smakowało :).
A w temacie jedzenia to dziś znowu mnie naszło. bo ja to czasem tylko zupę lub drugie, a czasem, jak dziś: zupa z soczewicy (Franio wybrał z obrazka), gulasz, kopytka i zielona sałata plus ciasto z jabłkami.
W zeszłą środę to samo – też nowa zupa, drożdżowe z rabarbarem. Syn mi do niego bzu przyniósł:).

A ponieważ leje i leje, to zdjęcie z zełego tygodnia. Fajnie mieć ogród, nie?
Refleksja: podobnie jak jej matka, moja córka i romantyczne fatałaszki (czapeczka, czapeczka) średnio się komponują z naturą rozbójniczki:).

Zimno

3 komentarzy

Franio czasem przypomina mi elfa. Uśmiechy rozswietlające buzię – zwłaszcza gdy przeprasza:), słońce prześwietlające włosy.
W inen dni przypomina krasnalka, wciąż ma pyzate policzki i tą gapciowatą minkę, zwłascza, gdy bardzo się koncentruje.
A czasem – jak dziś, to mam chęć powiesić go na żyrandolu! Pogoda daje się nam we znaki, dziecko normalnie roznosi.

Jula przeciwnie – na razie żadna tam eteryczna panienka. To Pyza na polskich dróżkach, krągła i puchata, jak się śmieje to pulchne policzki aż się trzęsą. Rozpromienia się, gdy ją bierzemy, a do Frania aż się cała trzesie i chichocze nawet, gdy jego czułości są hmmmm trochę za mocne. Dziś wieczorem Bracia Koala (zmiana za Dudusia i znowu misyjna TVP nie uwzględniła konserwatyzmu trzylatków i nie poinformowała 3 tygodnie wcześniej…:)), Lula wyciąga się z moich kolan i przechyla do Frania, a on:
Tocham cie siostrzyczto.

Idelne zakończenie dość ciężkiego dnia:). (W wieczornej modlitwie Franio przepraszał Pana Boga, że mamusia mówiła ja nie słuchałem ani razu – co jednak jest przesadą, ale trudny to owszem dziś był.

Motyle

2 komentarzy

Masakra, czyli delikatne motyle i subtelna panienka.

Trochę ostatnio nie wyrabiam na zakrętach. A nie wyrabiam, bo właściwie zwiększone ilości rzeczy mogę tylko na wieczór wrzucać.
Poza tym trzeba było wymienić garderobę dzieci, bo jakoś zrobiło się nie-polarkowo :). Chociaż dziś to już wrócił chłodek.

Tydzień temu daliśmy Julci pierwsze jabłko. Nie, mama, chyba żartujesz:).
Potem daliśmy dziecięciu soczek. No więc butelka jest fajna, świetnie się nią można bawić, ale jak przypadkiem trochę pociągnęła to dziwiła się strasznie i na wszelki wypadek odrzucała to dziwne narzędzie dawania nie-mleka.
Potem dałam zwykłe jabłko starte – ciut lepiej, ale dziś np. znowu nie, nie, nie.
Najlepiej poszły w sobotę i niedzielę morelki.
Tak więc wciąż mleko rulez.
Ale oczywiście wszystko jest w asyście Frania. I on – elementarne drogi Watsonie – też musi dostać. Więc jak ona nie chce to git, ale jak te morelki jej podeszły, to w sobotę Ł. musiał w końcu przerwać, bo Franio mu ślicznie pomagał, ale co łyżeczkę pytał, czy Julcia ma już dość:).

Wczoraj byliśmy na powtórnym roczku kuzyna i trzech latkach kuzynki. Impreza zbita, bo matka chrzestna małego jest stewardessą  i nosi ją po Europie.
Był więc tłumek pod kościołem i ofkors większość zaglądała też do Luli. Franio nie odstępował wózka, a jak dziadek Emili się nachylił…
Nie bierz Lulci, ona jest MOJA.
Oto starszy brat!

Nauka

2 komentarzy

Nauka siadania bywa trudna.

Ale Lula się nie poddaje. Leżenie jest passe zdecydowanie. W wózku podpiera się na łokciu i jak Rzymianka ogląda świat.

Terminy powoli są opanowywane, jeszcze tylko jutro wystąpić na konferencji i będzie do przodu i już spokojnie inne rzeczy powoli.

Z Franiem rozkładamy w ogrodzie namiot i biwakujemy:).
Dziś kupowaliśmy prezent dla jego kuzynki na trzy lata. Był super – cały sklep zabawek, a on nie marudził, owszem pokazywał, co mu się podoba, ale nie wymuszał nic.
Pozwoliliśmy mu potem jakieś nieduże auto wybrać. Wziął traktor ze snopowiązałką:).
Ponadto wziął dziś stojaczek Luli z grzechotką (powinno być więcej, ale są ściągane) i kosił na dywanie. Kalka, kalka.

A, i jeszcze – bawili się dziś razem sami z Julcią, z 15 minut normalnie. On ją łaskotał, potem nastawiał się i Lulcia mi robi szczypti. Popatrz jat się cieszy!. Super wyglądali :)).

Taszczę krzesło do stołu w ogrodzie, kawa popołudniowa, trzy inne (mama, Ł. i Siajo) już tam stoją. Franio leci za mną.
Usiądziesz na tym?
Usiądziesz na tym?
Usiądziesz na tym?

Odpowiadam, ze jak chce mogę to dać jemu, ale to nie o to chodzi. W końcu łapię. Stawiam krzesło:
Tak siądę.
To twoje trzesło
– syn jest zachwycony kawałem, który zaraz mi zrobi – a ja ci na nim siądę!!!

O to szło:).

***
Poza tym to ścianę poproszę – walnę sobie głową. Z najgorszych terminów co parwda wychodzę.
Ale: Franio znowu przeziębiony, przepuklina wymaga operacji (sierpień/wrzesień), a na koniec zostałąm bez sensu ochrzaniona przez profesor redagującą książkę, gdzie mam artykuł. Bo chciałąm zrobić porządnie:(.

I…

2 komentarzy

… na tym domowym grillu taki mielismy mily rozgardiasz…:))

A mnie przygniotły terminy. (Dostałam kiedyś od Ł. taką karteczkę z przygniecionym terminami i pociechą, że uda się) Piszę artykuł, referat i jeszcze zajęcia akurat do wykonania. Zasypiam na stojąco, ale końcem przysżłego tygodnia powinno być już lepiej… O rany, końcem przyszłego  tygodnia, buuu.

Dużo zaległości, a potem się niestety zapomina, ale jakoś nie miałam weny do pisania w weekend.

Podstawowe wydarzenia wekendu były na obrzeżach: w czwartek i niedzielę.
W czwartek pojechaliśmy na wadoniti! Właśnie o tym marzyłem!

Kolej linowa okazała się prorodzinna, wózek może jechać i to za darmo. A za rowerki się płaci na przykład. No to wyjechaliśmy, wsiadanie z Lu na ręce w Franiem za rękę okazało się pestką. Ł. miał ręce zajęte dwoma częściami wózka.
Franio zachwycony, Lula zadziwiona.

Potem trzeba było wyjść do schroniska. Jest niby ścieżka z boku stoku, kamienna, ale to zdaje się Niemcy zbudowali więc trochę wyboiste już. To Lu sobie usnęła, bo co.
A ze twardzi jesteśmy to nie tylko do schroniska, ale jeszcze na szczyt Góry. I niektórzy (Hola, Hola :)) wiedzą, że na szczyt to jeszcze bardziej kamieniście :D. Aż dziecię z wózka musiałam wyjąć, bo zjeżdżała plus próbowała siadać i była realna szansa, że w końcu wysiądzie.
Wyszliśmy jednak i jak widać można było usiąść. Dwie panie rozważały „Jak ten pan tu z wózkiem dotarł?” (myślały że całą górkę pokonaliśmy), wyjaśniłam, i tak były pod wrażeniem.
Potem Lu już NIE CHCIAŁA , ach jak bardzo nie chciała, być w wózku, bardzo bardzo nie chciała, toteż do kolejki wróciliśmy w chuście. I tak, sprawdza się, minimalnie tylko odczułam to następnego dnia w plecach.
Potem McDonald, bo mnie naszła chęć, średnio raz na rok muszę po prostu muszę, ale Franio zachwycony frytkami, dzień później mijaliśmy inny McD i: Mamusiu tu jest literta frytti.

Generalnie cały weekend nie gotowałam, ja lubię gotować, ale jak miło czasem mieć wolne.

Piątek zakupy, sobota kościółek i potem figle migle, czyli plac zabaw dla F. bo lało. Bardzo mam o tym akurat dobre zdanie, myśmy z Lu też mogli wejść, mogłam ją sobie na materacu przebrać, tylko karmić poszłam do auta, bo za dużo małych mamuś było i Lula nie mogła się skoncetrować, jak ją zabawiały :)). W sumie to byłyśmy dodatkową atrakcją w cenie:).

A niedziela ach niedziela. Niedziela to tradycyjny Ł.-firmowy grill u nas. Ale lało. Wszyscy po kolei zadzwonili, co robimy i wszyscy przyjęli, że spoko w domu będzie. Przesunęliśmy wszystko w pokoju dużym i był dla dzieci. Sypialnia generalnie dla wszystkich, dorośli mieli miejsca w kuchni (nie ustawialiśmy krzeseł zgodnych z liczbą uczestników, bo nigdy przenigdy nie ma tak, żeby wszyscy usiedli). Mężowie nasi przy garażu przy grillu, piwko i spokój, mogli sobie pogadać.

Było super. A było nas… 15 dorosłych i 15 dzieci (!!!) w wieku od miesiąca do 11 lat. Franio jako gospodarz był super, zachwycony towarzystwem (tydzień na to czekał) żadnych nie miał oporów, że zabawki jego, czy coś.
Badał Zuzię, Lilę i  Emilkę jako doktor… panny bardzo chętnie szły. Hmm co z niego wyrośnie?
Ale potem gonili się z Olą, on był smokiem, a Ola księżniczką. Dobrze, ze nie odwrotnie.
Prawie roczna Nina zajadała się moim biszkoptem z rabarbarem, roczny Tomuś ustawił się przy stoliku z chrupkami, paluszkami i czipsami i tak trwał godzinę.
Było świetnie, od dawna mamy opanowane rozmowy z interakcjami dziecięcymi, refleks itd., a nasze dzieci są świetnie przystosowane, bez oporów proszą o NAJBARDZIEJ  w tym momencie potrzebne coś dowolnego z dorosłych. Stąd np. poinormowałam W. , że właśnie chwilę temu ich syn drugi poprosił mnie o negocjacje z synem pierwszym. Wyszły nam nawet. W. zresztą nosił naszą córkę, a E. jego żona trzymała syna trzeciego.

***
W niedzielę po kościele, Siajo wziął 2 grzechotki Lu, rasowo zadzwonił Tlętaj mamusiu, wstawaj mamusiu! Trochę ta „msza” była połączona z … hmm tresurą psa Siad mamusiu!

A propos psa, Siajo to prawdziwy malutki pan, Baja go słucha nawet, a on kalka mojego taty: Baja siad, bo cię nie wypuszczę! A CO pies tu ROBI….?
Wczoraj posłuchał, jak dziadek ochrzania psa za latanie po grządce i potem po cichu trenował: A co pies robi na drządce?

***
I wiadomość z dziś – przyjęli nam go do przedszkola, tego, co chcieliśmy, blisko domu :))).


  • RSS