cypisek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2008

30 czerwca

2 komentarzy

Czy dziś jest wesele wuja Mara?
Nie, dopiero w sobotę:). Wujo Maro, czyli mój brat ma Heiratsfieber.

W niedzielę byli z narzeczoną, rano Franio zadał mu pytanie wprost. Bardzo wprost rzekłabym:
Dlaczego wujo Maro musi się ożenić? Wujo się skręcał mimo że nie musi, podobno chce :))).

A dziś burza maksymalna, z gradem, wichurą. Bardzo widowiskowa. Nie była taka zła, bo chyba z jej powodu dziecko starsze spało prawie 4 h, a młodsze 3. Sama ledwo widzialam na oczy, to nie spieszyłam się ich budzić. ile razy zaplanuję obiad z grilla, to pada, ale zeby taka nawałnica? Obiad z grilla i tak był, po burzy, tylko zjedliśmy w środku.

Nie mogłam jednak tak całkiem zamknąć oczek, bo produkowałam kawałek kretyńskiego sprawozdania. Bo zarządzajaca nim dziś odkryła, że napisała wszystkim do 30 lipca, a to miało być do 30 czerwca. Zanim jednak to odkryła, moja szefowa napisała, co bym ja je może poskładała. Pikuś, ale musiałam napisać, że nie bardzo bo 19 jadę na wakacje. I tu proszę – moja szefowa ma uczulenia na zadowolenie z życia. Przez pierwszy rok naszej znajomości twierdziła, że mój mąż musi mnie porzucić. Ponieważ mnie to nie rusza, to odpuściła. Potem była akcja – dwoje dzieci utrudnia pracę. No racja:). W międzyczasie odkryłam ja, że ona jest miła, jak ktoś właśnie narzeka, jest w kłopocie itd. Niestety nie umiem tak skutecznie ukrywać, że jestem bardzo szczęśliwa, ale jak ona się martwi o to jak coś tam, to z poważną miną kiwam głową. No to było ok do momentu tego sprawozdania. Dostałam maila, że jasne, ale….. i szpileczka, że powinnam działać, bo czas ucieka. No trudno, minie jej, już jestem odporna. Za chwilę będzie pisać, ze szkoda, że ona tak mało miała ze swoimi dziećmi i szkoda, że jej cóka nie myśli o dzieciach. To jest prywatnie niezbyt szczęśliwa osoba i takie spojrzenie ułatwie mi wytrzymanie tych czasem niezbyt miłych wejść. Tylko mój tata złości się, ze mam wychowawczy, a ona pisze :)).

Wychowawczy oznacza mniej kasy i niestety z powodu spiętrzenia wydatków jesteśmy w kropce finansowej. Ł. policzył, że jak spłacimy kartę i zapłacimy rachunki, to zostanie nam 500 zł na lipiec. W obliczu wesela i wakacji jest to kłopot. Ale zapożyczymy się tradycyjnie u moich rodziców, którzy mają wysoki kresyt na koncie. Pożyczamy, a potem odajemy z odsetkami, bo bank je tam nalicza i sprawa czysta. Dzięki Bogu za rodziców. Moja mama się śmieje, że ona też tak miała, tylko od brata pożyczała, oddawała i za miesiąc znowu pożyczała.

Łóżeczko Luli obniżyło się, bo nasz aniołek wymyślił łapanie karuzelki i podciąganie się za nią do klęku. No to obniżyliśmy. Bardzo się na nas obraziła. Bardzo.
Mój organizm po 16 miesiącach był wreszcie uprzejmy przypomnieć sobie, że trzeba by zadziałać. Znaczy okres:).

Ostatnie dni to kalejdoskop uczyć i myśli.

Pierwsze i najważniejsze, a niestety niedobre – Jula spadła nam z łózka. Nie powiem, co o sobie myślę. Spała obok mnie, obejmowałam ją ręką i jakoś się przeturlała i bam. Na szczęście ma doskonałego Anioła Stróża i nic się nie stało. Stuknęła czołem, czyli najlepszym miejscem i głównie się wystraszyła. Dziękuję Boże.

Oczywiście wszyscy naraz się poderwaliśmy, Siajo wyskoczył z łóżeczka, przybiegł do niej i zaczął dmuchać:
Nie płacz Lulciu, podmucham, zaraz będzie lepiej, nie płacz. Co faktycznie dobrze zadziałało, więc Siajo kontynuował i dodawał siostrze otuchy:
Ja też się wywjóciłem, jak szedłem za mamusią do autta i stłutłem tolanto.

Chwilę później było już ok, ale naprawdę nasza córeczka najpierw była maxi-niemobilna, a jak ruszyła to z kopyta. Bo w tę samą środę Lulcia zaczęła raczkować. Na razie nieśmiało, musi się mocno skupić, patrzy na swoją łapkę i kombinuje, co z nią zrobić. Po kilku ruchach pupa opada i znowu jedziemy do tyłu:). Dodatkowo bardzo szybko się turla. I jako gwóźdź programu budzi się z drzemek w ciszy, ani dźwięku, tylko podnosi się i zaczyna ucieczkę:). Normalnie boję się ją na sekundę zostawić.

O siedzeniu to nawet nie ma co mówić, wańka-wstańka, ja ją kładę na przewijak, a panieneczka łapie jedną łapeczką (spokojnie wystarczy, drugą porywa pieluchę, chusteczki czy sudocrem) brzeg przewijaka i hop – siedzimy.
Dajcie mi punkt podparcia, a poruszę ziemię – zacytował Ł. wczoraj rano, patrząc jak błyskawicznie się podnosi. Arystoteles, to był – mąż mnie uświadomił i dokształcił.
Jak już się usiądzie to bywa różnie, generalnie po chwili się wywraca. I cały proces od nowa.
Co do sudocremu to nauczyła się go otwierać. I skorzystała z tej wieczy, ale niestety dla niej – takie Odkrycie, a tu lipa – mama zauważyła i zabrała.

Ale generalnie bardzo milutko, także w środę zainaugurowaliśmy – basenik. 8 zł, a tyle radości. Nie będzie dla nikogo dziwnym, że Franio też się musi kąpać. Siada, zwija nóżki, bo basenik malutki i bawi się pieczenie pianek (cokolwiek-to-jest-z-Franklina), a potem gasi ognisko wodą i piaskiem lub gotuje nam zupę. Więc siedzimy w ogrodzie i jest nam fantastycznie.

Arystoteles był, to jeszcze Archimedes.
Franio siedzi w baseniku, ma napełnione do połowy wiaderko z wodą. Wpycha do niego piłkę i kontempluje:
Zobacz mamusiu: więcej, mniej, więcej, mniej.
Tylko eureki brakuje. Oczywiście opowiedzieliśmy to tatusiowi, niech się cieszy, że fizyka rulez.

Juleńka ma dziś 7 miesięcy.

Ja od dziś mam wychowawczy. w czwartek było ostatnie przedszkole i tak skończyły się moje dwa luźne przedpołudnia w tygodniu. Ale nawet nie o to szło. Tylko tak mi było jakoś smutno, tak fajnie nam tam było i tak mi żal. Pakowania kanapeczki (przez cały rok tylko raz z szyneczką, reszta z żółtym serem), soczku (Dziętuję dziadziu, że mi tati kupiłeś, Dominik tati też ma), picia na drogę powrotną w tosmositu (z nieznanych powodów bidonik jest kosmosikiem).
I słuchania – tańczyłem z Nitolą i Milentą (dwie najulubieńsze koleżanki) i wołania Mamusiu mam coś dla ciebie! lub Tęstniłaś za mną? Bratowało ci Siaja?  Tak, tak, chwilowy smuteczek z powodu upływu czasu. I żal, że trzeba będzie za trzy miesiące zwiększyć pracę. Że ten rok mija tak szybko (tak wiem, już zdążyłąm wyrzucić z pamięci chorowanie i inne niefajne rzeczy:)). Czy jeszcze będzie mi taki dany? Czasem mam tak dość tego, że lawiruję, aby tylko minimalnie wychodzić, a większość robić w domu. Ale normalnie wiem, że warto. I wiem, że skoro tak mogę, to nie co wybierać w moim przypadku opcji łatwiejszej i rzucać pracy.Tak mi dziwnie więc jakoś, ale to minie. Bo ostatnio to raczej kładę się spać z myślę – ale fajny dzień był. W przedszkolu Franio dał kwiatki paniom, ale myślami już jest przy… – Czy dziś jest wesele wuja Mara? Czy po odpoczynku będzie wesele wuja Mara? A keidy będzie następny miesiąc? Mniej więcej 15 pytań dziennie na ten właśnie temat. Mój brat się żeni. W związku z tym związkiem nie mam dziś męża na noc, bo udał się do Krakowa na kawalerski. PKS-em:))))).

A z dobrych rzeczy,to ta ocena, co się nią martwiłam, a potem pogodziłam, że będzie jaka będzie, bo nie sposób niektórych rzeczy przeskoczyć okazała się bardzo dobra. Widocznie oceniający odnoszą też działalnoćć do życia.

Dzień w sumie dość ciężki, ale zarazem miły. I pechowy:).

Rano spełniłam wielotygodniowe marzenie Siaja i wzięłam go do mojej pracy. Jako że szłam na ok. 45 minut, to luz. Porysował, powycinał, przywitał się z moim szefem (ednym z wielu, szefów to ja mam obfitość, ten jest ważny). Potem zaczął się ciut nudzić, ale obsługa dziekanatu :)) pokazała mu działanie niszczarki. Jakie to piękne urządzenie w oczach trzylatka. Franio chciał też wiedzieć, gdzie siedzę w pracy i tu zagwozdka bo hmm raczej nie siedzę.

Potem udaliśmy się na kontrolę do okulisty, znaczy ja. Potem do sklepu, gdzie nie było kapci, ale kupiliśmy Juleczce malutki basenik i w porywie geniuszu aczkolwiek wtedy wydawało mi się, że to tylko na prośbę syna – małą szmacianą piłkę. Potem jeszcze dwa sklepiki, bo dzień Taty i trzeba było materiały pewne i w ramach przerywnika na deserek do lodziarni mojego dzieciństwa. Następnie dalsze dreptanie i wsiadamy do sauny, pardon malusieńtiego autta mamusi. Pojechaliśmy do urzędu wojewódzkiego po odbiór papierów służbowych i przy okazji paszportów maluchów. No i pół godziny czekaliśmy na nie i wtedy ta piłka się nadała – Franio grał sobie na podjeździe dla wózków korzystnie zlokalizowanym koło paszportów, bo podłoga na parterze urzędów jest z górki. Niby nudny dla niego dzień nie? Skąd był w siódmym niebie:).

Potem pojechaliśmy wziąć Lulę, która spała u niani. No i tu pech, pech pech.

Babciuuu / Tatusiuu / Dziadziuuu / Ciociuuu (oczywiście wszytskim opowiada tę historię) biedłem toło wózta i wywróciłem się i STŁUTŁEM TOLANTO

Ale:
Mamusia mnie przyniosła i umyła i natleiła leczący plasteret.
Najpierw musialam dowieźć do domu. Po drodze już się płakanie zbierało, ale kopary, dźwigi itd., odwracałam uwagę ile się dało. W końcu musiałam jednak otworzyć bramę i wtedy rozpłakał się na dobre. A Lula? Lula do towarzystwa też.
Ale po akcji ratunkowej pszedł spać i potem obudził się w dobrym humorze. tyle że kuśtykał widowiskowo. O ile nie zapomniał, że ranny. Nie da się jednak zaprzeczyć, że na pewno bolało, bo nawbijał się żwir i musiałam wyszorować.

Jak już ożył to zrobiliśmy prezent dla tatusia.

Oto my. Bardzo podobni, ale dla mniej kumatych dodałam podpisy:)).

A dziś były dziadki drugie, I dziadkowi wyrwało się „kurde”
O TURDE! – powtórzył natychamiast nasz papużek. Ach żeby zawsze tak świetnie słyszał.
[Nota bene czasem jak czegoś nie chce, to nie reaguje. I jak w końcu pytam, czy mnie słyszy, to uprzejmie – bo on dobrze wychowany jest – odpowiada: Nie, mamusiu.].

Weekend

1 komentarz

Gotowe, gotowe! – dosłownie zatańczyłąm w kuchni z radości na wieść, ze wreszcie jedno pomieszczenie jest całkiem, całkiem gotowe. Z tej radości wieczorem umysłam tam podłogę i już tam jest łóżko Frania.

Tak więc weekend zaczął się miło. I potem też było dobrze. Zgrabne sprzątanie – kiedyś trzeba i po południu w sobotę na rynku orkiestry dęte z mażoretkami.

Na rynku jest fontanna – nieco mniejszy niż ten w Gdańsku

Widzowie byli w różnym wieku, tu zapatrzony fan.

Franio poinformowany, ze jedziemy słuchać orkiestr też sobie wziął instrument. I grał.
Niestandardowe wykorzystanie liczydeł. Gdyby już potrzebował cv mógłby sobie wpisać kreatywność na pewno.

Franciszek na, a właściwie nad 200 chyba -letnią studnią. Projektant nie przewidział, że pokryte pancernym szkłem zabytki będą jedną z podstawowych atrakcji, zaraz po fonatnnie. Wszystkie dzieci po tym łażą.

W jednym, z naszych ulubionych miejsc – Cafe 6 zjedliśmy i wypiliśmy rózne pyszności. Ponieważ na przygotowany obiad: ziemniaki, kalafior i kwaśne mleko Siajo zakrzyknął: Wspaniale! Właśnie o tym marzyłem!, to mogliśmy wydać pieniążki, któych nie wydaliśmy na mięso (zdecydowanie nie jest na szczycie ulubionych, no chyba że z grilla) na desery i napoje:). Niektórzy przynoszą własne, ale bywa to wybaczone.

RADOŚĆ!!!

A dziś też fajnie – zabraliśmy syna po raz pierwszy do Banialuki. Na „Czerwonego Kapturka”. I był to strzał w dziesiątkę. Dziecko przeżywało całym sobą. Trochę się bał, najlepiej było oglądać z kolan mamy (jak większość dzieci, było sporo wolnych / zajętych miejsc). W ważniejszych scenach prosił dodatkowo:
Mamo przytul mnie, proszę…
I tak, znowu chce tam iść. Podobnie jak na Błonia, gdzie byliśmy po południu :))).

Dżemik

2 komentarzy

Wczoraj na wyprawie rowerowej Siajo chciał zbierać kwiatki na „dżemik”. Cokolwiek to miało być, ustaliliśmy, że pójdziemy dziś z miską, za to bez roweru. No to jak Lula wstała, ja skonczyłam kawę,a  bracia Koala skończyli się, to poszliśmy. Najpierw zanieść pomyłkowo dostarczony do nas rachunek telefoniczny – Franio wziął go do ręki, rzucił okiem na kopertę i… „twój świat, cały świat”. Mimo starań reklamy są wszędzie:). A rachunek faktycznie z Tepsy.

No a potem po ciężkiej wyprawie przez trawę, zbieraliśmy:

Do obiecanej miski:

Inni skorzystali z przerwy w podróży, by coś wypić:

Potem dżemik był robiony, nawet trochę cukru mu dałam:

A ze Juleczka się tym ostro interesowała, to Franio jej przyniósł drugą miskę. I tak drewniane jajo w metalowej misce dotarczyło zabawy na dłużej. Od kilku dni Julcię fascynuje wytwarzanie dźwięków i zaczęła łapać, ze ona może tu coś zdziałać.

A jak już dżemik był zamieszany, to – o zabójczy toku myślenia trzylatka! – Siajo zapragnął, żeby dżemik był prawdziwy (z kwiatków moze być, ale z róży). Obiecałam, że na targu w srodę coś na dżemik kupimy.
Czy dziś jest środa?
Nie
Ale ja chcę, żeby dziś była.

Czy dziś jest środa?
Nie, piątek.
A jutro będzie środa?
Nie, sobota.
A keidy będzie środa?

Chyba zrobimy wiśnie, jak się pojawią.

20 czerwca

1 komentarz

Ugotowałam córce pierwszą zupkę, marchewka, ziemniak, zioła. Siajo zmiksował, skosztował i stwierdził: Przepyszne :))
Lulcia otrzepywała się przy każdej łyżeczce, ale jadła. Za dużo nie zdjadła, ale owocków, które dziś entuzjastycznie przyjęła też nie zjadła więcej. Może jej wystarcza mniej? Waży 7800, Franio w wieku pół roku miał 8600, czyli jednak subtelna panienka, choć krąglutka;).

Siaja wzięliśmy po powrocie Ł. na spacer rowerowy hardkorowy – najpierw w pola, po kamieniach, potem trawa, potem las i potem już droga, ale długa. Tata pchał w trudnych miejscach, ale jednak się maluch tymi krótkimi nóżkami nakręcił. Jak wróciliśmy, chciał oglądać meczyt (Jestem tatusiem, odlądam mecz, podobnie bywa też Jestem dziadziem, topię w odródtu, czy Jestem dzidziusiem, weź mnie na rączti – widocznie czymś się różni branie jego jako jego i jego jako dzidziusia). Powiedziałam, że jak się szybko umyjemy, to pozwolę obejrzeć sport po dzienniku (Patrz mamusiu, PAN PORTER SPORTOWY!). No i ok, umyty siada, dziennik dopiero się zaczął, rozbieram Lu, a tu….
Mamusiu…. ja już chcę iść spać…. No to Ł. mi wodę dla Luli i z Siajem pomodlić się i myk – dziecko zasnęło chyba zanim dobrze leżało:).

A na wieltiej wyprawie…

-Maaamooo, miałem wypadet. Ale nic się nie stało, nic mnie nie boli – wywrotka w wysokiej trawie jest bezpieczna znaczy.

A potem było ostro z górki po asfalcie, Siajo pędzi
ł, Łuaksz spokojnie obok, a ja z tyłu z wózkiem, cała w strachu panikara.
Zjechali, skręcamy w uliczkę:
-Niezły wam spacer wymysliłam, siłownia gratis. Dla prawdziwych mężczyzn
-Dla prawdziwych ojców i prawdziwych synów – dodaje mój ulubiony mąż.

I nie ma jak wycelować ze spacerem tak, aby trafić akurat na przejazd pociągu, żeby się dziecko cieszyło:).

A drzemka poranna jest fajna w ogrodzie…

3,5

4 komentarzy

Mój najulubieńszy syn ma dziś 3,5 roku. Obudził się dziś z popołudniowej drzemki dość dramatycznie, bo się posikał :). Przebrałam, ale jeszcze chyba chciał dospać, bo bęc na łóżko i drzemie. Chwilę potem zawołał mnie, położył się obok, przytulił się i leżymy. Taki jest, przytulak mój.
Lulcia jest dzisiaj białą przytulantą, mamusiu. (w kropki bordo, ale trawy nie gryzie).

Pojechaliśmy rowerowo-wózkowo na dół ulicy do sklepu. Lula nie śpi, to Siajo sam wchodzi do sklepu – Popjoszę dwie duże śmietany i dwie dalarettti wiśniowe. Nabył, zapłacił, sobie dokupił jajo niespodziankę. A potem ścigaliśmy się wózek kontra rower.

Mamy obecnie drugą falę zgrubień. I wygląda na to, że zbitka nk kojarzy mu się ze zdrobnieniem, bo  – hmmm – prostuje…
- Kopaka (kopaczka)
- deka (deska)
- wieczoryna

I hit dzisiejszy – Ratunu!!!!!!!!!!!!!!!!!!! Na pomoc.

A dziś dziadek ogląda z nim bajkę (baja), dziadek siedzi obok Siaja, Lula na kolanach.
-Moj Franio i Lulcia też moja.
- Nie nie nie dziadziu! Coś musi zostać dla mamusi i tatusia…

Wieczorem krótko goście, Siajo upiera się, że chce czarną kawę, czyli musi od wujka, reszta ma mleko.
-Jat się pije czarną tawę z łyżeczti, to się robi herbata.

A jak! Sami sprawdzie kolor kawy na łyżeczce, całkiem jak mocna herbata.
Logika i zmysł obserwacji, uwielbiam.

Melisa, lubczyk, cebulka, rzodkiewka — wszystko potrafi znaleźć w ogódku.

Ogrywa mnie w Memory o ile minimalnie się skupi. Bo rozprasza go wszystko, marzy i buja w obłokach. Potrafi zapomnieć, po co idzie. Idzie myć zęby, a dociera do toalety i ściąga spodnie:).
700 powtórzeń spokojnie by wystarczyło, żeby zdążył coś zdziałać. Tyle że matka średnio chce tyle razy mówić, więc przystosowała go do nieco szybszych reakcji :).

No i pytania – setki.
W tym niesamowicie ważne:
Mamusiu, dlaczego chcieliście takiego Frania?

Są takie dni, że jest tak pięknie, ża aż się nie chce, by dzień się kończył. Taka była sobota, z darowaną przez Boga pogodą – pomiędzy zimnym pochmurnym piątkiem a chłodno-deszczową niedzielą był dzień-marzenie, słoneczne popołudnie, bez wiatru, upału i zimna.

[Jadący na piknik Franio był w wersji Strażaka Sama i z największym trudem wytłumaczyłam mu, że MOŻNA w samochodzie zdjąć kapelusz i trampeczki. Przecież nawet strażak Sam zdejmuje na dłuższe trasy. Potem tylko odpowiedziałam na 1543 pytania, czy daleko jeszcze:)].

Firma Ł. ma oczywiście swoje wady, ale ma też bardzo wiele zalet. Zaletą jest niewątpliwie piknik i fakt, że nie żałują na niego. Dla dzieci – pełno dmuchańców, basen z kulkami, karuzela, występy cyrkowców, quady, zabawy, konkursy. Mój na ogół niesmiały synek poszedł na scenę – Tiedy mnie zawołąją mamo? Tiedy? Tiedy mnie zawołają. To ja zawołali chłopców na konkurs gwizdania to poleciał. Sam! Mimo, ze gwizdać nie umie. Ale znalazł się na 5 miejscu (razem i innymi maluchami, 4 nieco starszych wygrało) i dostał bidon-piłkę nożną. Dzięki temu wypił dwa duże soki, bo inaczej to szkoda czasu na coś innego niż zabawę.

[Ośmioletni Szymuś nie chciał zupy, a tata postawił to jako warunek powrotu do zabawy. Szymuś marudzi. Tata zirytowany wskazuje:
To jest marchewka, to ziemniak, a to kiełbaska. I jadasz to. A to grzyb, grzyba możesz nie jeść, choć też jest pyszny!
Na to Franio:
Czy to jest muchomoreczet wujtu?????]


Franio wspinał się dzielnie – jak mu nie wychodziło to wołał z dołu: Pomocy!!! Niech mi ttoś pomoże! I zawsze jakieś starsze dziecię reagowało.
Potem zjeżdżał, przepychał się przez tunele i między grubimi rolkami. Potem było mnóstwo dzieci i przejście trasy było istnym survivalem. W pewnym momencie ze zgrozą obserwowaliśmy, jak spod kotłującej się grupy większych dzieci na czworakach wyłazi nasz syn.

Skakał i jeździł na karuzeli:

Bawił się:

I tak – zmęczył się nielicho ( w samochodzie padli oboje, w domu Frania tylko umyłam pobieżnie i zaraz zarył  w poduszkę, Jula też):

Julcia też miała się dobrze. Z największą uciechą obserwowała, jak inni skakali i zjeżdżali. A inni (Mareczek, lat 2) dają w długą, gdy tylko ktoś na moment przestanie przytrzymywać. Tak, mieliśmy baaaaardzo aktywny dzień.

Jedzenie było rewelacyjne, mięsko z grilla, pieczone ziemniaki, sałątki, ogórki, piwo i pełno innych napojów. I rewelacja -tace pełne truskawek, czereśni, arbuzów, melonów i ananasów. Ludzi mnóstwo, my w trzy pary, 7 dzieci:). Nie doczekaliśmy do wieczornej porcji imprez zasadniczo dla tych powyżej 1,50 m. Rozwieszono urocze lampiony, ale na to, to jeszcze mamy czas, gdy nikt nas nie będzie ciągnął za rękę – Mamusiu, idziemy na zabawy, proszę. Na razie mi zresztą tego nie brakuje:).

Jak ci się podobało Franusiu?
Lubię pitniti mamusiu!

Było cudnie:) Aloha!

Jedzenie

4 komentarzy

Tati jestem głodny. Tati mam wiatr w brzusztu – Siajo rozwija rankiem ogrom swojego cierpienia. No to śniadanko. Karmienie Siaja to sama przyjemność zazwyczaj. Ogromna frajdę mi sprawia, gdy pakuję mu na talerzyk serek posypany zeloną cebulką, rzodkiewkę, pomidora, ogórka, obobk bułka zżółtym serem. Na obiad daję żurek (środa)- pyszna zupta mamusiu, kluski na parze z truskawkowym sosem (czwartek) – ja bajdzo lubię te tluseczti. I zjada drugi raz, gdy Ł. wraca do domu. Albo dziś – do ziemniaków i jajka sadzonego wypija wielki kubek kwaśnego mleka – ten tubet proszę. On ma trzy latta. I bierze największy.

Uwielbiam karmić Lu piersią, więc nie martwi mnie specjalnie, że nie rwie się do innego jedzenia. Zobaczymy, czy będzie je tak lubiła jak Franio. Na razie jest on bowiem największa motywacją do gotowania:).

Niedziela i poniedziałek do południa – ostatnie zajęcia. Było ich 7 wyjść. I teraz już tylko praca domowa:).

A jutro w planach piknik!!!!

Środa

4 komentarzy

Nauczenie syna jazdy na rowerze ma uboczny skutek – na ruchliwszym kawałku naszych uliczek muszę sterować wózkiem i rowerem. na newralgicznych punktach muszę rower nieść. Ale i tak warto, dla widoku krasnala w kasku ze skupieniem kierującego rowerkiem.

Mamusiu jak Lulcia rano będzie dłodna, to wezmę tę buteltę z pomptą i jej napompuję. I będzie miała.

Laktator w rękach tzylatka?

Lu podnosi się do czworaków i kiwa:). I coraz szybciej porusza się do tyłu. Co jej oczywiście nie uszczęśliwia, skoro dąży do czegoś w przodzie. I jest coraz słodsza, choc to prawie niemożliwe:).

I para ładacka II. W namiocie, który im zbudowałam na łóżeczku.


  • RSS