cypisek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2008

Julcia miała 5,5 miesiąca, kiedy przezwyciężyłam lenia i dałam jej jakieś pokarm inny niż mleko. 2 tygodnia trwało nim skusiła się, aby to sensownie skosztować, a później też nie była specjalnie wyrywna. Bo byłą i jest mlekopijem, a od mamy leci najszybciej i ogólnie jest lepiej. Niemniej powoli powoli odkryłam, że Juleczka też otwiera chętnie buzię, więcej – domaga się jedzonka. Tylko ze:
-raczej nie owocki ze słoiczka, a maliny i poziomki z krzaczka. Pierwsze przy czym ją nakryliśmy, ze lubi, to były kawałeczki arbuza.
-nie kaszka, o nie nie nie. Chyba, że mama wrzuci maliny, to te maliny i oblepioną nimi kaszkę to zjemy. No albo jak dziecię dręczy straaaaszny głód. Kaszkę to lubi mama i Siajo. Siajo jak raz jej robił, to on sypał, a Ł. dolewał wody, zrobili michę, że i on i ja się najedliśmy. Zamiast kaszki Luleczka z największą chęcią weźmie kawałek chlebka albo okruchy drożdżowego. Albo biszkopt. A z biszkopta to robi istną masakrę, wykańcza go w mgnieniu oka i potem ze zdziwieniem patrzy na kawałki leżące na ziemi. Chrupki natomiast – bo dozwolone – nie są tak atrakcyjne. I masakra mniejsza. Lepiej niech Franio je zje. Ale kawałek makaronu – poproszę.
-zupki o dziwo są fajne, ale takie jak ja zrobię – nie do końca rozdrobnione i sporo ziół i czosnek. O takie to Lula lubi.

A tuż przed? No dziś wieczorem wyjeżdżamy, wracamy 10 sierpnia, sia la la la la. Najpierw na Warmię znowu, a potem Chłapowo. Tatuś nas odwiezie i będzie na weekend, a potem dojedzie z moją mamą za tydzień.
No i sajgon. Wcozraj było uprzejme nie padać, i ostatnie dwa prania mi wyschły. Ja wiem, ze pranie będzie jedną z treści mojego życia jeszcze parę lat, ale kurczę, przedwyjazdowe to szok. I wczoraj to wyprasowałam do końca. Ale teraz pakowanie aaaaa. Mam LISTĘ, bo listę dało się robić z dzieckiem na kolanach, ale co dalej. Teraz Lu śpi, to ja po kolei noszę – i piszę w przerwach :))). Mówię Siajowi – wybierz płytę, ouszczę ci bajkę.
Ale ja wolę Tobie pomadać…
No to pracujemy.

Kiedyś skończymy, zapakujemy się i wiooo.
To Julcia i Siajo machają i do zobaczenia.

Julia w stroju „nad morze”, od babci :))).

I spodziewamy się milych krajobrazów, trochę sami przygotowaliśmy :)).

Pon

3 komentarzy

Ty niewdzięczna! -dziadek rzuca do Julii, która po raz kolejny cisnęła plastikową łyżeczką o ziemię. Łyżeczki same wracają do jej rączek, więc Lu nie żałuje sobie.

Ty niedźwięczna! – Franio smakuje słowo z wyraźną przyjemnością.

Julia nie przejmuje się żadną wersją :))).

Oooo, a to też potrafię! Chwieje się ,jakby halny wiał, ale nie odpuszcza.

I Człowiek-Który-Wpadł-Do-Kwaśnego-Mleka. Obiad: ziemniaki, kwaśne mleko, fasolka. Bardzo lubiany. Jeszcze bardziej w wersji z kalafiorem, w sklepie wyprasza go w sklepie.

Franio wybiega sprawdzić, co robi Ł. w sypialni i przepytuje go na okoliczność zwijania bandaży Julci.
W końcu wraca i komunikuje:
To mogę dalej robić tuturydzę. I kręci w strugaczce liścia bambusa przyniesione z ogrodu i pieczołowicie pocięte.
Uwielbiam takie absurdalne rozmówki z nim.

Przyjęłam założenie, ze nie koryguję jego fantazyjnego widzenia rzeczywistości (koleżanka np. poprawia synka, że to nie to, to nie do tego itd.). Szkoła to niestety i tak zrobi. Jak maluje, to świetnie wie, że gdzie się struga kredki. A jak nie maluje, i jest to np. maszyna do robienia kukurydzy, to mi w to graj.

Oglądamy z Siajem „Niedźwiedzia w dużym niebieskim domu”, odcinek o zapachach.
Jaki jest twój ulubiony zapach Siaju?
Totlecitów.

Niedziela z serią burz. Ale przed burzami byliśmy na fajnym spacerze po groblach. Groble nie ekstremalne, bo Siajo na rowerze. Ale dumna jestem, bo jeździ naprawdę super. We wtorek byliśmy na rytualnym porannym usypianiu Lu (ona w wózku, Siajo na rowerze) i syn zaordynował dłuższą wieltą wyprawę. W sumie przepedałował tymi małymi nóżkami ok. 2 km!

Lulcia już ciut lepiej znosi bandażowanie, wczoraj udało mi się nawet zrobić to samej. Ale wieczorem, jak zmęczona, to znowu gorzej. Ł. i mama twierdzą, że nóżki już po tych 4 dniach lepsze, ale to chyba jednak ich chęci na razie. Tyle że moje dodatkowe zmartwienie, że gipsy przyhamują jej rozwój ruchowy są hmm chyba bezpodstawne. W gipsikach da się obracać, raczkować, klękać. Jeszcze w nich nie wstała… Jeszcze.

Ł. patrzy na buszującą Lu i mówi: Mam deja vu, Teletubsy wracają. Najfajniej jest bowiem przypędzić pod półkę z nimi i wyciągać po jednej kasecie.

Owoce rulez – w pt. pierogi z jagodami (pierwszy raz robiłam pierogi odkąd jestem mamax2, wszyscy żyją) i zarazem babeczki z wiśniami. Sobota – krucho-drożdżowe ciastka/pierożki z wiśniami (zresztą pycha). Dodatkowo w piwnicy już kompoty z agrestu, do zniesienia czeka galaretka z czerwonej porzeczki. Z mamą zaś robimy konfitury z wiśni:). I jeszcze kompot pt. „A co tam się nawinęło w ogródku”. Uwielbiam sezon przetworów.
I mamy super pomocnika – Siajo zbierał ze mną agrest i skubał, z dziadkiem drylował, robiła ze mną i pierogi, i babeczki i ciacho-pierożki. Wałkuje, miesza, miksuje, smaruje blachy. Tonie w mące. Jest przejęty i dumny. Niezmiennie czuwa, żebyśmy mieli założone fartuszki i wirtualne czapki kucharskie.

Ponieważ w czwartek wyjeżdżamy, to zaczynam zwiększoną akcje pranie. Aczkolwiek, czy bardzo zwięksozną?
Wypuszcza się bowiem małego chłopczyka czyściutkiego, a za chwilę jest w stanie wyglądać, jak po kąpieli blotnej czy owocowej:). Zresztą nie tylko chłopczyka -w czwartek kuzynka Frania zjadła jedną wiśnię. Brudna byłam ja (bo wyjmowałam pestkę), ona (bo jadła z rozmachem) i jej mama (bo E. przytuliła się do jej białych spodenek, w sumie D. była najbardziej brudna, a z wiśnią nie miała żadnego kontaktu). Na mnie i dzieci trzeba minimum jednego kompletu ubrań dziennie. jak jest dobrze… Tak więc jako środek zaradczy biorę wiadro do robienia prania :)), od trzech lat mój wierny przyjaciel.

I obiecane zdjęcia, bo coś w końcu dotarło:). Ale jednak będąc świadkiem i starościną, mając dwójkę maluchów, wózek, torbę, zabawki latające luzem, dwa kosze kwiatów na podziękowanie rodzicom i jeszcze tą torebkę nową:)))), no nie mogłam brać aparatu. Coś byśmy z Ł. zgubili.

O tu widać też moje zielone buty, co to ponad miesiąc ich szukaliśmy (Ł. się uparł, ja nie znoszę kupować butów). W danym momemcie, mając starsze dziecię z głowy, tańczyliśmy sobie z młodszym. bardzo jej to podeszło, zwłaszcza, jak Ł. z nią walcował i tangował.

Otóż można  – kiwając się niemiłosiernie, ale jednak – przejść cały pokój. Można wejść pod stół. Tylko co potem? Ajajajaj, mamusiu! Musiałam wyciągać rozbójniczkę. Strasznie też ją ciągnie do półki z Teletubisiami. Pierwszego dnia ciężko było wyjąć kasety, małe czoło marszczyło się z wysiłku, małe rączki ześlizgiwaly się z kaset. Yyyyyyy, mamusiu, pomóż.
Ale następnego dnia jakoś luźniej stały czy co? :D
[Efekt uboczny - Franio przypomniał sobie Misie i chciał obejrzeć. Obejrzał i ustalił, że w słoneczku siedzi Julcia]

Jak już się uparli i dali do łóżeczka to…

…trzeba wstawać. Tu klęczy, ale umie też wstać na nóżki, rany, rany.
Tylko potem nie wie co dalej i wzywa pomocy.
Nie powstrzymuje jej to przed kolejną próbą.

A teraz niestety…

Wczoraj byliśmy zrobić gipsiki dla Julci. Lu płacze, jak jej zakładam i bandażuję, ale potem już jej nie przeszkadza, bo znowu się śmieje. Mi też chciało się płakać, ale nie, nie będę. Trudno, trzeba ćwiczyć, bo jak sama szyna nie będzie pomagać, to trzeba będzie dawać stały gips. A w tle majaczy się operacja. Nie, nie, nie i nie.

***
Siajo i zabawy wyobraźnią.
Wczoraj znalazł mój pędzel do pudru (kupiony na studniówkę, haha) i bitą godzinę przy jego pomocy bawił się ze mną w fryzjera i dentystę.
A dziś ponad 20 minut siedzieliśmy przed telewizorem – wyłączonym – puszczał mi filmy pilotem, czyli czerwoną linijką. Informował mnie:
Jest Frantlin mamusiu, widź! Sporo bajek obejrzeliśmy. I trochę filmów o dinozaurach i zwierzątkach.

***
Z serii – ach te koniugacje:
Mamusiu tak sobie oprzałem nóżti.
Nooo, oparłeś.
A ty nie
chcesz oparć?

Trzeba przemyśleć tę propozycję.

***
Z serii – coś tam z psychologii chyba

Mamusiu kiedy ja będę miał wesele?
Jak urośniesz, jak wujo Maro.
Nie, teraz, ty jesteś moją żoną mamusiu, ożenię się z tobą.

Powoooooli wracamy do życia.
Wczoraj w ramach regeneracji pojechaliśmy na basen. Poprawiłam błędy i panna Julia była zachwycona od początku. Basen w W. powinien być w pakiecie z weselami.
Ale jednak nie ma to jak sobie porzadnie potańczyć. Porządnie było tak po 22, bo wczesnije to z Lulą lub z Franiem.
A co z dziećmi zrobiliśmy? – no wesele miało jedną wadę – byli na nim wszyscy, i moi teściowie i ciocia-niania. Szwagierki teściowie co prawda nie :D, ale oni znowu trochę dalej mieszkają. Więc obie załatwiłyśmy po koleżance do pilnowania. Zawieźliśmy dzieci, położyliśmy i spać i potem po każdym tańczeniu kontrolowałyśmy z D. komórki. Ale nasze kochane dzeici spały jak susełki. W końcu dzień pałen wrażeń, a Lu jeszcze dodatkowo całę kazanie ślubne komentowała.
Zabrałam jej deserek, chrupeczki i kaszkę ach ach. A co zjadło moje kochane dziecko? Dwa gotowane ziemniaki – pycha i gorące maliny z deseru lody waniliowe plus maliny gorące. Zjadła moje i jeszcze trochę teściowej – super pycha. Trochę malin mam na sukience jeszcze, jutro w czyszczeniu mama nadzieję wypowiedzą się pozytywnie na temat ich wyprawienia precz. Przydał się tylko soczek:). Karmienie mlekiem nie wchodziło w grę, nakarmiłam przed wyjściem. Bo gdybym chciała, to trzeba by się było rozebrać do bielizny.
Ale sukienkę miałam fajną i wreszcie, wreszcie czułam się znowu w 100% zadowolona. Nie oznacza to, że gdzieś mi zniknęły nadmiary, ale jakoś całość: sukienka, właosy, biżuteria (preznt od rodziców), buty (mąż się uparł i nabyliśmy) pasowało. Mama dokupiła mi jeszcze torebkę nie uznając mojej argumentacji, ze mam fajną, pakowną, szarą torbę na pieluchy, trzy zmiany ubrań Lu, zapasowe majtki Siaja, wkladki latacyjne, książęczki, jedzonko itd. Torbę dostał Ł., a ja uroczą malutką, zieloną kopertę:). Tania, a śliczna.

Zgrzytem była tylko mama panny młodej, babsko kasyczna teściowa. Naprawdę trudno inaczej określić kogoś, kto uparł się zniszczyć córce najważniejszy dzień. Ech szkoda. Ale reszta gosci bawiła się świetnie.

W niedzielę do południa było jeszcze rodzinnie-koleżeńsko ze strony mojego brata i jego już-Żony, a wieczorem bardziej już nasze grono.

Wczoraj miał ślub mój brat i A..
6 lat temu ślub mieliśmy ja i Ł.

I im i nam życzę, abyśmy wciąż mieli tę pewność decyzji, jak w dniu ślubu.
Ja mam.

Mój mały brat mówiący słowa „ślubuję” i „na zawsze”. Oczywiście łzy poleciały.
„Miłość nigdy się nie kończy” – 1 Kor

Wesele super, nasze dzieci brylowały, Juleńka w koronkach i kapelusiku,
Franio w koszuli w krateczkę. Jeszcze kuzynka i kuzyn. Skupiali
spojrzenia. A potem to i my potańczyliśmy. I wolno i szybko i tradycyjne wiązanki melodii góralskich, polka na całego, aż cxzasy zespołu się mi przypomniały. Fajnie, fajnie.
I niespodzianka – po północy dedykacja dla nas od rodziców – piosenka z „Nocy i dni”, nasz pierwszy taniec, 6 lat temu.

W domu byliśmy o 4, trochę nie mogłam zasnąć, bo nogi bolały, w efekcie 2 h snu. Trudno to nazwać wystarczającą ilością, ale warto było:D.

Miała być inna notka, już ją mam w głowie. Ale nie dziś. Dziś mi smutno. Byłam z Julcią na kontroli bioderek i stópek. Bioderka już całkiem dobrze (ważne, bo ja musiałam mieć rozpórkę). Niestety stópki Julci nie są w porządku. Miała za mało miejsca w brzuchu i były trochę skrzywione i to się nie poprawia. Na przyszłą środę muszę iść i będzie miała robione gipsowe łupki i będzie trzeba jej to zakładać :(((. Gorsza wersja, to operacja, ale mocno wierzę, że do tego nie dojdzie. Trochę się mi poprawiło, bo nasza pediatra też wierzy, że źle nie będzie.
Ale za dobrze mi nie jest.

Woda

2 komentarzy

Mówiłam, że Julcia bardzo lubi wodę? Lubi, lubi.

W sobotę był jeden z pierwszych razów Siaja.
O proszę:

Byliśmy pikniku z babci Loli i babci Tesi pracy.
[W poniedziałek się okazało, że Siajo przyjął organizowanie pikników za zasadę i teraz czeka na piknik babci Jasi i wuja Czesia:)].

A z koniem było tak:
Chodź idziemy zobaczyć konika.
Nie, nie chcę, nie, nie nie.
Wezmę Cię na ręce.
To idziemy.

Podeszliśmy, konik okazał się być super, chłopak pilnujący proponuje wsiadanie.
Wsiadaj, będę cię trzymać za rączkę.
Będziesz cały czas.
Będę.

Piewszy raz musiałam iść obok, trzymać i w ogóle. A następne 20 razy… Nortmalnie bakcyla złapał. To go gdzieś chyba na te toniti weźmiemy:).

A w niedzielę Lula miała pierwszy raz na basenie (Wisła). Mój błąd, bo wiedząc już, że wody się nie boi, to dość szybko weszłam. A problemem była przestrzeń, szum i ludzie. Ale siedziałyśmy sobie razem i zrobiło się lepiej. A jeszcze lepiej, gdy przyszedł do nas Siajo. I dziewczynka obok pływała. Nie ma sprawy zalać córce głowę wodą, ale z dala od obcych dorosłych. Potem, gdy miała już nas wszystkich obok, to w bąbelkach była przeszczęśliwa.
A na naleśnikach spała słodko…

Z tym lękiem przed obcymi, czy nawet choćby z tydzień niewidzianymi, to mamy ostatnio dość ostro. W najlepszym wypadku się wstydzi. W gorszym płacze. W najgorszym zanosi się płaczem i cała dygocze ze strachu. To w sobotę. Nagle zaczęła się burza i chciałam szybko znieść rzeczy z ogrodu. Wujek, któy na chwilę wpadł w dobrej wierze podszedł do Juleczki, którą włożyłam do łóżeczka, a ona wpadła w straszną panikę.
A że do tego jest faza mama, to wesele chyba z nią na rękach spędzę. Choć zobaczymy, bo z kolei w inne dni, nie ma kompletnie żadnych obaw :)).


  • RSS