cypisek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2008

9

6 komentarzy

9 jak 9 miesięcy ma Juleczka.

Juleczka vel łobuz. Czy to zawsze tak jest, że jak jedno dziecko było spokojne, to drugie musi pokazać, co jeszcze jest możliwe? Siaja nie trzeba było w zasadzie zapinać w pasy, jeszcze w wózku, ale w krzesełku, w zasadzie było to pro forma. Lula w przerwach między jedzeniem jest uprzejma wstawać. Bo np. spadła jej książeczka i ona sprawdza – dogłębnie, gdzie też leży. A spadła, bo Juleńka ma dociekliwy umysł fizyka – sprawdza mianowicie, czy siła grawitacji działa zawsze i czy jest odwracalna. A że wyniki doświadczeń powinny być powtarzalne… Co do odwracalności, to może być kłopocik. Otóż Lula jest przekonana, że przedmioty, jak spadają, tak i wracają. Bo wracają no. W końcu, ile można słuchać: „Da. da! DA!!!!”

Julinek goni po całym domu. Jak napotka na próg, to nie ryzykuje obtłuczenia pulchnych kolanek, tylko kica. I już pędzi dalej. Wstaje przy wszystkim. Nawet próbowała przy płaskiej pokrywce od pudełka (nie wyszło). Opanowała też siadanie ze stania, więc jest minimalnie, ale jednak bezpieczniej. Ale po co ma być bezpieczniej? Wiec Obywatel-Córka puszcza wszelkie podpory i próbuje stać sama. Ach Julio, proszę o chwilę wytchnienia.

W poniedziałek były kotlety na obiad. Juleczka chyba miała na nie ochotę, ale braki w uzębieniu jednak wykluczają. I co? We wtorek rano prawa górna jedyneczka ambitnie podjęła pościg za widocznymi już dwójeczkami. Co nie jest złe, bo jednak opcja wampir, hmm. A dziś powoli zarysowała się druga jedynka. Więc absolutnie znienacka mamy zębów (ząby mówi Franio i wciąż pyta, czy jeszcze więcej jej urośnie) 6. Żadnego z tych 6 nie pokazała pani dentystce, no bo co w końcu. Pokazał za to Franio i ach och, wszystkie zdrowe. Syn cały dumny. Ja też.

Juleczka ma temparament po mamusi (czy to było niezbędne?). Jak się jej coś nie podoba, to zaraz usztywnia rączki i nóżki i w złość wpada z rozmachem. O, np. w ubraniu próbowała wejść do baseniku i ciapała, to Ł. jej odsunął  basenik od kocyka. A wtedy jeszcze Jula bała się trawy. No i siedziała na kocyku, niebieskookie furioso i krzyczała na basenik, żeby wrócił. Ale w końcu jednak na trawę weszła i do wody się dostała. Jak ja. Wściekam się, marudzę, czasem płaczę, ale w końcu podejmuję wyzwanie.

Wracając do kotleta, to panna J. raczej nie jest niejadkiem, czego się na początku obawiałam. Nie jada tylko za bardzo dań z gatunku „właściwe dla małych ludzi”. Ja jej grzeję zupkę (dobrze doprawiona, to ma szansę wejść) i podaję razem z naszym obiadem, bo wiadomo, że będzie coś sępić, a ona… No parę łyżek zjadła, ale potem wolała makaron ode mnie. Potem jadła w drugim rzucie z moją mamą – tu znowu dało się troszkę zupy. I na końcu z tatusiem – siedziała u niego na kolanach i sama brała makaron z talerza. Ale jak się ugotuje warzywa to ok. A wczoraj pierwsze małe pulpeciki też wsunęła. Tylko musiała najpierw osobiście je pomacać. Zajada się owocami. Choćby dziś – poziomki z krzaka, maliny j.w., nektarynka, bo Franio jadł, śliwka, bo ja jadłam i pieczona śłiwka z ciasta, bo tata jadł. A – jeszcze śliwki w kaszce, bo kaszka idzie tylko z owocami. Owoce prawdziwe, owocowa kaszka nie załatwia sprawy. Rano zawsze je z nami śniadanie: kawałek chleba, pomidory (nasze ogrodowe), biały ser.

Spanie nie jest czynnością lubianą o nie. Ale zasypia zazwyczaj koło 20 i wstaje koło 5, je, a potem dosypia do 7. W dzień dwa razy, ale zdarza się, że śpi tylko raz :(. Teraz czasem idzie spać ciut później, bo długo siedzimy w ogrodzie. Franio zlewa wieczorynki na korzyść zabawy z nami, gry w piłkę, czy serwowaniu nam wirtualnej pizzy i coli (OBIE rzeczy są grzane w piecu. Prawdziwym – w naszym nowym domu). A wczoraj robił z moją mamą ogórki kiszone. Gospodarz. Ale jak idzie do spania ciut później, to wtedy jakoś tak szybciutko zasypia, że jednak koło 20.30 zawsze już śpi. Jak nie moze zasnąć, to nie walczę tylko siadam z nią i siedzę, oglądam TV i czekam. Pogada i zasypia.

Dziewięciomiesięczna Julcia ma wiele do powiedzenia. Fantastycznie brzmią ich dialogi z Franiem – on coś mówi, a ona wydaje ciąg sylab z zachowaniem identycznej tonacji. Komunikacja natomiast nie zawsze wychodzi. Ostatnio kazałam mu mówić do niej, żeby nie płakała,bo  ja jechałam z przodu auta. No to mówił:
To autto Lulciu, a tu autto, i tu autto, i tu autto…
Oprócz swojego narzecza Lula podejmuje pierwsze próby kontaktu w naszym. Dokładnie sprawdzone są dwa słowa: ma oznacza „nie ma”. Drugie słowo to „mama”. Używane zawsze wieczorem, gdy idziemy jeść i…gdy np. skończy się bułeczka, a na stole leży następna. Mama czyli żarcie.

Jest upartą wędrowniczką i badaczką, ale rónocześnie wielkim przytulaskiem. Taka przytulanka, jak to Franio od początku mówił.

O,a to też jej smakowało. Crumble, czyli owocowa kruszonka. Na poprawę humoru osłabionego koniecznością wciąż organizowania pomocy, bo nie mogę nosić. Większosć czasu spędzamy na kocyku, Lula moczy się w baseniku, potem Siajo, a ona pomnie łazi, trochę gramy w piłeczki, trochę jemy:).

Jeszcze do tej olimpiady synkowej. Chciałam nakręcić te jego rzuty, ale jak przyniosłam aparat, to Franio wtedy już postanowił, że czas na podnoszenie ciężarów. Ł. próbował zasugerować, że musi być powtórka.
Nie, NIE, nie mamusiu, nie może być, nie może być, nie może być… nie wiem co…

Franio lubi nowe słowa. Smakuje te bulaje i baloty (rolnictwo to też hit, dzwoni np. babcia, a ten najpoważniej zapodaje: „No skosiłem zboże… zaorałem… są baloty…”), półwyspy i bardzo duża zaglówka czyli żadlowiec.

Obecnie lubi pisać literki i cyferki. Oraz odczytywać te, co zna – wczoraj w kościele poinformował najbliższy ogół, że na ekranie było „F jak Franio”. Pisze od prawej do lewej i od dołu do góry. Maksymalnie niewygodnie:)).
W związku z cyferkami pokochał znienacka miary i wagi. Nie oznacza to, że nasz syn marzyciel jest szybszy albo coś. Nie, jak ktoś chce właśnie już wyjść, a on chce też, to krzyczy:
Nie idź, czetaj, już z tobą idę.
Ok Siaju, sandałki.
Już już, już będę, to potrwa tylko 3 godziny!
:))
A dziś robił ze mną zupkę Julci i kroił marchewkę. Ma taki nóż ze swojego kompletu, właściwie do smarowania. można nim od biedy ukroić, ale na pewno się nie utnie, bo by się musiał strasznie napracować i chyba raczej by zauważył, że się tnie. No więc kroi.
Franiu, jak tam marchewka?
Już będzie gotowa, jeszcze tylto 6 tilometrów!

Potem wrzucił mi te kilometry do zupki. Zupki typu klajster, bo chciałam dodac trochę grysiku i  hmm przesadziłam:).

A Julcia dziś odwiedziła poradnię rehabilitacyjną w szpitalu – rozpaczliwy barak przy równie smutnym dziecięcym w naszym mieście. W środę na ćwiczenia. Bardzo była na nas obrażona za tę wizytę.
Druga wizyta, to obejrzenie nowego przedszkola. Siajo na razie pozytywnie. Musiałam dowiedzieć się, w której jest grupie, bo to jest sprawa – kupić/nie kupić pościel.

I z wieczora, tuż przed pójściem z ogrodu do domu:
Tatusiu, dziadziu, zadracie w piłtę zmyłtę?
A może pchnięcie kulą?
Nie, teraz nie będziemy pchnieć, będziemy topać.

Topali więc.

Olimpiada

3 komentarzy

Jak wiadomo trwa olimpiada. Ł. jest zapalonym kibicem i wychowuje sobie towarzystwo. Fajnie jest patrzeć, jak Siajo wykrzykuje Spalony! Spalony!
Ale idźmy krok dalej. Znienacka się okazało, że syn nie poprzestał na kibicowaniu…
Najpierw było pchnięcie kulą…

A potem podnoszenie ciężarów. Syn, jak widać preferuje podrzut, ja na życzenie zrobiłam rwanie, ale nie przyjęło się.



Chyba dobrze, że skoku o tyczce nie oglądał. Jednak.

***
Ja mam dołek na tle „Nie jest łatwo nieustannie potrzebować pomocy”. Chodzi o noszenie Julci oczywiście. Siedzę z nią, bawię się, tulę, ale ciężko, gdy ona zapłakuje się,  ja nie mogę jej podnieść. Trzymam się, bo wiem, że łatwo zepsuć, ale potem naprawianie trwa jeszcze dłużej.

…tematy czekają.

Ale jeszcze:

Władysławowo w obiektywie, okiem Ł.

No i dalej, ta męska rzecz, my kapitanowie.

Tatusiu, mamusiu, zakopcie mnie ale tat całtiem.
A propos „k” i „t” to Siajo zaczął  już słyszeć różnicę (to samo ja miałam) i jak ktoś mu źle powie, to poprawia:
Nie tura -  TURA. I robi „to to to” oczywiście. Moja mama opowiada, że ja zapluwałam się ze złości, jak któś mówił z błędem jak ja” Tutułta tutała”.

Franio w latarni na Rozewiu. Obecnie syn jest świetnym kompanem wakacyjnym, interesuje go wszystko, więc można co nieco pozwiedzać. W latarni byliśmy godzinę, tata nie zauważył i myślał, że my już na górze, a Franio dopiero na I piętrze kontemplował starożytne latarnie (ach jak żałował, że takich mu nie mogę pokazać),a  potem kolejne modele i ustalał, kiedy je zobaczy.
Największym hitem okazała się opowieść, że jak latarnik zapomniał zaświecić światło, to miał KARĘ. Powtarzałam 6 razy (wszystko, co się podoba, Siajo chce syszec minimum kilka razy).

Spacery też mu pasują, naprawdę był łatwy w obsłudze.

Lula w porcie. Mijało nas trzech chłopkaów w wieku student, śmiali się do niej, ona do nich i jeden puścił taki tekst:
No to to jest dziewczyna!

Trawmawej wodnym na Hel. Ach, to była atrakcja dla Frania. Bo najpierw pociągiem do Gdyni (korki są takie, ze auto bez sensu), potem w Gdyni piętrowy autobus (darmowy z tego tramwaju właśnie) dowozi, w porcie był Dar Pomorza i Błyskawica. Słownik syna wzbogacił się o słowa: bulaj, kilwater, szalupa. Poznał też godło Polski i teraz bez pudła lokalizuje naszych na olimpiadzie. A wcześniej już z 10 razy omówił, co to jest półwysep (Wąsti tawałek ziemi).
W tramwaju trochą się bał i kilka razy pytał, czy się nie zanurzymy, na górnym pokladzie był krótko, ale za to bardzo mu się spodobało na średnim, na dziobie i tam spędziliśmy sporą część rejsu, kontemplując okoliczne statki i zbliżający się Hel.

Jula taka była śpiąca, ach ach ach. Zasnęła, jak wsiedliśmy. I spała, czemu nie. Całe 20 min.
 I oto jestem! Tu mnie macie!

W Helu oczywiście fokarium. Zarówno foki, jak paraboliczna czy hiperboliczna? skarbonka wzbudziły entuzjazm. Wszystkich.

No bo urocze są nie?

A tu wchodzimy do przepięknego Wąwozu Chłapowskiego. Najpierw poszliśmy zgodnie z tablicą i normalnie świetny dowcip, zejście było po prostu ostro w dół klifu niby, a my tu z dziećmi i wózkiem, ale znaleźliśmy prawdziwe, ciekawe że wacle nie oznakowane…

Inwestycja w chustę była jedną z najlepszych, jakie zrobiłam Bowiem Juleńkę wó
zek gryzie w pupę. Normalnie gryzie. Tak więc wózek najcześciej służył do wozenia bagaży. Też praktycznie.

Największa namiętność tego roku czyli cybergaj. Franio mógł dziennie wybrać sobie dwie przyjemności i gra byłą praktycznie zawsze, a czasem dwie szły na cymbergaja (trochę oszukiwaliśmy i czasem jako jedną przyjemność miał potrójną grę). Planowanie przyjemności było od rana. Poza cymber była zjeżdżalnia, czasem kiwający się pojazd lub tulta.

Fontanna w Wejherowie. Polecam, miasto urocze.

I widoki do tęsknienia.

Siajo z kamieniem. nie było ludzi za dużo, to mógł rzucać. Z dedykacją dla Małgorzty.

I ja chcę znowu nad morze…

…bo jakoś za dużo fotek wyselekcjonowałam.
Julci morze spodobało się od razu. Przy każdym spacerze, żądała niesienia jej tak, aby mogła je widzieć i wygłaszała kilomatrowe monologi do fal, coś takiego mniej więcej:
A bababababa, baba, ba HA! A da da da dadadadadada OĆ!


A fale, jak wiadomo gonią. I nie na darmo mama nosi w torbie cały strój na zmianę, nie?

Panna zamyślona, bo ledwo ubrali, znowu rozbiorą i jeszcze posmarują (nic z tych rzeczy nie przypada Luli do gustu, no chyba że jak już jest rozebrana, to owszem).

Indianka na wojennej ścieżce. Przeciwnik: Ta-Co-Smaruje-I-Smaruje-I-Nijak-Nie-Chce-Odpuścić.

Ostra walka (graliśmy w piłkę), znowu dołączały się inne dzieci.

Ostra walka z poświęceniem.

Pirat(ka) i Franio z ukochanymi kamieniami. Co dzień negocjowaliśmy, ile może ich wziąć do domku, pakował je do wózka. Regularnie usuwam po trochu, bo bym już miała niezłe obciążenie.

To była miłość od pierwszego wejrzenia. Dodatkowo ten „Franuś” to najtarsza pływająca jednostka pod polską banderą, zbudowana w 1905.

„Męska rzecz być daleko, a kobieca wiernie czekać”.
Menczyźni popłynęli, a my poszłyśmy czekać. Przy frytkach i na plaży, niezłe z nas Penelopy.

Maszoperia u Budzisza, czyż nie jest tam super? Obok innowacyjny sposób naprawiania, made by PRL.

Gdzie jest Nemo?

I inne rybki, to chyba się nazywa skrzydlnica.

Rybki wszyscy lubią.

Murena – lekko Frania onieśmielała.

Julia i wafel – podobnie jak kiedyś dla Siaja, tak i dla niej wszędzie prosiliśmy o wafelki.

Ładnie tam, prawda?

Po Warmii udawaliśmy się nad morze, a więc musieliśmy niestety przejechać. Jakoś w moich doświadczeniach przejeżdżanie Polski północnej jest zawsze trudne. Kiedyś pojechaliśmy na kajaki i jedną nocką zrobilismy drogę od nas na Mazury, a jak potem chcieliśmy z Mazur nad morze, to zajęło nam więcej (!) czasu ze spędzeniem połowy nocy na dworcu w Olsztynie włącznie. Jakoś nie było połączeń.
Tym razem mamy auto i wstępny plan – jedziemy drogą nr 7 (tak, tą, którą TVN24 regularnie omawia). Ruszamy i zaraz korek. Nieśmiało pytam, czy może damy szansę pannie z GPS na wkurzenie się i zmienimy trasę (ona się tak fajnie zapluwa: za 100m zawróć w lewo, zawróć w lewo). Potwierdzam tacie, że owszem ja chętnie mapę i atlas. Jak sądzę na moją radosną deklarację wpłynęło:
a) lubię drogi boczne, boję się wariatów na większych,
b) lepiej jechać niż stać,
c) LULA AKURAT SPAŁA.

No to pojechaliśmy i było to fajne, aczkolwiek w międzyczasie Lula wstała, marudziła, jadła, śpiewałam jej, graliśmy w „Nie ma Lulci”, uśpiłam ją znowu, i znowu karmiłam i poiłam. A zarazem sterowałam moim ojcem, gdzie skręcać i dokąd dojechać. Oczywiście karmić i zabawiać musiałam też Franciszka Jana „A Ciemu” Ś. A skoro „A ciemu” to znaczy że odpowiedziałam też na milion pytań w tym takie:
Daleko jeszcze?
No popatrz na mapie, tu jesteśmy, jeszcze tyle.
Ja się już nie mogę doczetać…. A jaka to miejscowość?
XY
A ciemu?
Noo, tak ją nazwali.
A ciemu?
Itd. Itp. Tak silnej fali pytań, to jeszcze nie mieliśmy. Zdarzało mi się, że uczniowie marudzili, że po co mają się czegoś uczyć, nie będzie im potrzebne. ALE JA JUŻ WIEM! Wiedza ogólna jest niezbędna, żeby nie zblamować się przed właśnym dzieckiem. A i tak w kółko czegoś nie wiem:
-Dlaczego woda jest mokra? (bezczelnie posłałam do tatusia:))
-Jaki to ptak (znam sporo, ale bez przesady)
-Dlaczego ludzie bywają źli?
-Dlaczego dzieci się rodzą i nie umieją, a potem umieją?

Umiem pokazać paprocie, opowiedziałam 4 razy Drogę Krzyżową, radzę sobie z pytaniem o przybicie do krzyża, wiem czemu gofr jest w kratkę, jakoś przy pomocy Ł. omówiliśmy kwestię fal w morzu (ale i tak silne poczucie, że powinnam się douczyć), czemu ten właśnie punklt, to najbardziej wysunięty na północ punkt i co to półwysep (ale czemu jest, no czemu?), rozmyślam nad przybliżeniem dziecku zlodowacień, bo leżą głazy narzutowe. Zazwyczaj nie wariuję (ale miałam jeden ranek, gdy już nie mogłam, no nie mogłam, ale Ł. kupił mi kawę i się poprawiło), gdy odpowiadam na pytania, czemu idziemy na plażę (lubimy?), kupujemy chleb (chwilę wcześniej ustaliliśmy, że nie ma i idziemy kupić), bo widzę, że ma strasznę potrzebę pytań. Czasem staje przede mną i wręcz kombinuje, o co spytać, nie ma tematu. Zdarzyło się:
A ciemu mamusiu?
Ale co czemu?
Ale ciemu?
Aco Franiu?????
No, ciemu….

Podczas jazdy fala narasta. Równocześnie Lula chce cokolwiek, znaczy zasadniczo wyjść. Jak się nudzą, to śpiewamy – AAAAAAAAA- biedny mój ojciec, ja NIE jestem utalentowana muzycznie. W dodatku śpiewamy tylko kilka piosenek: ulubioną babci Loli (Gdzie strumyk), dziadzia (Pojedziemy na łów), Wuja Mara (Defilada, to jest jest piosenka z przedszkola, nie, jeszcze mnie nie zabił), moja (Gdy Pan Jezus był malutki) plus kilka innych (Np. Kaczor Donald farmę miał, ale z braku tekstu dalej jest linijka „na tej farmie sobie rżał…”. Jula ją uwielbia, bo Franio naśladuje różne zwierzęta, więc używamy jako poprawiacza humoru i nie-usypiaj-mi-córko). Śpiewamy też, bo oboje na Warmii regularnie mi robili numer, że wsiadamy do auta, wracać chcemy do domu spać, to oni zasną w samochodzie, a potem będzie bal. O nie nie nie.

Trochę czasu schodzi na jedzenie. Lula musiała być bardzo znudzona, bo dałam jej słoiczek obiadkowy i zjadła aż dwie łyżeczki (reszta Siajo). Potem dostała raz jeszcze słoiczek obiadowy, nie była taka zdesperowana, zjadła łyżeczki pół i tak zakończyliśmy nasz kontakt z obiadami gotowymi dla niemowląt. Są lepsze sposoby wydania pieniążków.
Ale deserek, picie i -hura hura – wreszcie chwyciła, jak działa chrupka. Wyciągam z mojej ukochanej torby na pieluchy (gdzie mam owszem pieluchy, chusteczki, sudocrem, plus 2 komplety ubrań Julci, sweterek, koszula flanelowa Frania, zapasowe majtki i spodenki, jedzenie, picie, książeczki, jakby trzeba było gdzieś czekać, najczęściej na posiłek, zapasowa herbatka granulowana plus woda mineralna, dwie kauczukowe piłeczki (namiętność Siaja, a dał je tam, żeby się nie zgubiły) plus kilka zabawek dla córki. Cała rodzina ma już odruch, że torby NIE WOLNO zapomnieć.

Oczywiście siedzę między fotelikami (Calendula, wiesz coś o tym nie?), wszystkie jazdy tak spędziłam, ale jednak, o dziwo, mimo wszystko przejechaliśmy drogami najmniejszymi, jak się dało (nawet kawałek koło wałów Wisły), było spokojnie, po drodze jeszcze odpowiadałam na smsy mamie, która od środka nocy jechała z moim mężem z domu i ostatecznie po korku Gdynia-Rumia-Reda-Władysławowo dojechaliśmy na miejsce 2 minuty po nich. Jakbyśmy się umówili, to by nie wyszło tak ładnie. Julcia akurat spała. Siajo był uprzejmy zasnąć (nie udało się już go utrzymać) w momencie, gdy wjeżdżaliśmy w bramę wjazdową ośrodka.
Mama dała mi drożdżówkę z powidłami, które zrobiła na drogę i uf uf byliśmy nad morzem :))))).

***
A bieżąco – rana goi się chyba dobrze, boli mnie coraz mniej. Trudno tylko z tym, że nie mogę podnieść Julci. Zwłaszcza przy zasypianiu. We wtorek kontrola, moze zagoiło się na tyle, żebym choć mogła ją o siebie oprzeć. Ale radzimy sobie.

Back again

2 komentarzy

Pocięli i naprawili. Na szczęście nie narkoza tylko
zewnątrzoponowe (i tak już wiem, jak to jest), znacznie lepsze PO niż pobudka z
uśpienia (miałam trzy razy).

I nawet jest nieźle. Boli co prawda, ale wiadomo, że w domu
boli mniej. Julia znosi wszystko nad podziw dobrze, siedzi u mnie na kolanach
lub koło mnie na łóżku i jakoś idzie. We wtorek kontrola, a w zasadzie mam jej
nie nosić do miesiąca, ale wiadomo, że każdy dzień będzie lepszy.

W trakcie operacji doktor w pewnej chwili przechylił się
przez ten parawan, co go dali, żebym jednak nie widziała, co też robią i
radośnia zakomunikował:

Zrobiłem mały lifting.
Usunąłem jedną bliznę, bo jedna na drugiej by źle wyglądały i jeden rozstęp.

Cool. Ilość znaków na skórze będzie więc być może constans.
Być może, bo na razie nie wiem, co zrobił, całość ślicznie zalepiona. Aż tak mi
się nie spieszy.

 

Ale przecież były wakacje. Dwuczęściowe, więc najpierw:

 Warmia

 
W zasadzie to wczasy miałam hmm wyczynowe, zwłaszcza dopóki
Ł. nie dojechał. Lula preferuje bycie na rękach, a skoro ona, to Siajo też od
czasu do czasu potrzebuje. Uff.

Wózek służy nam w znacznej części do wożenia bagażu, no coż,
zawsze to coś.

 W samochodzie trzeba śpiewać, pokazywać, bo Lula nie jest
fanką jazdy. Siajo ok, on ma tysiąc zajęć, szukamy gniazd bocianich, oglądamy
konie, u nas rarytas, tu co chwilę, krowy, powtarzamy poznane kwiaty – malwy.

W ubiegłych latach Franio bawił się tylko na brzegu, wodę
uznawał za zbyt zimną do kąpieli. Tym razem widać, że mój syn. Poszedł z
dziadkiem po „dobrą wodę” do sieci kanałów i zbiorników retencyjnych budowanych
z tatą i ta właściwa woda była dopiero, gdy miał po szyję. Potem pluskał się ze
mną.

Czy Julcia się kąpała?
Mamusia moczyła jej nóźti…



a potem była jeszcze w basenitu, babciu.

Gietrzwałd.

Co roku musi być Gietrzwałd, sanktuarium. Ja dziękuję za
kolejny rok i przede wszystkim za Juluszkę. Czy mogę prosić o kolejnego
malucha?

Franio coraz bardziej uczestniczy, po mszy dajemy mu
pieniążki na zapalenie świeczek, kreśli gryzmoła, gdy ja wpisuję intencję.
Potem źródełko i decydujemy się na przejście drogi krzyżowej, znaczonej
kapliczkami – „domkami” wg Siaja. Opowiadam króciutko, co się działo. Najpierw
wydawało mi się, ze Franio nie był zainteresowany, ciągnął dalej – Co będzie w następnym domtu? Ale później
tego samego dnia musiałam całość powtarzać jeszcze cztery razy i chciał więcej.
A broń Boże, jak opuściłam jakiś element. Jeszcze pokazuję miejsce objawień i
znowu powtarzamy wszystko.

 

Olsztyn. Pewnie dlatego, że oglądam je latem, w pełnej
krasie, to tak bardzo lubię to miasto. Jemy rewelacyjne lody, do tego kawa z
bitą śmietaną. Obok przemarsz zespołów, bo jakiś festiwal. Nasze, ludowe i z
dalekich stron, nawet Brazylia, poza tym Portugalia, Grecja. Lula śpi, ci walą
w bębny. Moje dziecię, które normalnie budzi brzęknięcie łyżeczki, śpi jak
suseł.

Kupimy sobie bęben-
proponuje tata.

Potem długo oglądamy z mostu przed zamkiem, jak poszczególne
zespoły występują. Siajo nudzi się dopiero po 7 chyba. W międzyczasie lecimy we
dwójkę do zamku, bo jest 16.30, można wejść na dziedziniec bez kupowania
biletu na całość. Oglądamy, wspinamy się do wejścia na wieżę. Na samą wieżę
obiecuję Franiowi jak będzie miał 5 lat, no może 4. Stoimy, opowiadam o murach
obronnych. Dobra historia, muszę powtarzać trzy razy.

Ktoś gra obok rynku, Siajo proponuje – Może zatańczymy, jat idziemy, mamusiu?

Tańczymy, Ł. podskakuje z Lulcią, no pięknie jest.

W drodze powrotnej kawa w Łukcie, w małej, ale świetniej
Kawiarni Mazurskiej. Pani poznaje nas, dwa lata temu rozmawialiśmy. Siajo od
razu pędzi do kołowrotka, dzień wcześniej pokazałam mu, jak działa i jest
zafascynowany. Potem niecierpliwie czeka aż skończymy pić kawę, bo on, on tylko
on podnosi nasze szklanki i filiżanki. Pędzi z nimi, hamowany moim
„Powoooooli”, stawia w okienku do oddawania
naczyń, puka (panie uprzedzone zaraz otwierają), promieje, gdy panie biorą, one
dziękują, on kiwa głową jak mandaryn i pędzi po kolejną rzecz.

 
Gramatyka małych chłopców:

Mamo będziesz jeszcze
wipiłała tawę?
 Czy Prosiaczek jest
smutny? NIE! Prosiaczek jest uweselniony.
 Usiądziecie i strzygecie

– Siajo ordynuje dziadkowi i udaje fryzjera.
Nie marnuj, proszę wody. Ja nie marnojałem!

 

Słowotwórstwo małych chłopców:

Jesteś wędkarzem?
Franio w upojeniu bawi się zabawką naszych gospodarzy, wędką i trzema rybkami.
Nie. Rybkarzem.

 Logika małych chłopców:

Poniedziałek, wtorek i środa były ładne, ale niezbyt upalne,
więc basen w Ostródzie – podświetlany, z biczami, bąbelkami, bąbelkami niebo
tańszy niż u nas. Lula pozbyła się wszelkiego strachu, wali łapkami w wodę,
zjada piłeczki. Franio szaleje z dziadziem, siedzą razem w jacuzzi i Siajo się
„gotuje” aż będzie z niego zupa.

A co będzie z
dziadzia?
Aaaaa, z dziadzia nic
nie będzie…

 

22 lipca – moje imieniny i PIERWSZY ZĄB się pokazał. Zaraz
po nim uprzejmy był podążać drugi. Zęby Julcikowi nie przeszkadzają, albo ja
nie zauważam, bo najbardziej przeszkadzają jej gipsy niestety. W końcu
przestaję jej dawać w dzień, a wieczorem dopiero, jak zaśnie. Poza gipsami, to Julcia jest szczęśliwa, bo z nami. No i nowości:

 

Jezioro też fajne.

A w gipsikach…

24 lipca, czwartek, tradycyjnie Olsztyn i szanty. Dwa lata
temu, siedziałam, słuchałam piosenek i trochę złagodziły smutek, że Julia nie
chciała się pojawić. Nie pojawiała się jeszcze kilka miesięcy.

Rok temu Siajo tańczył i biegał za bańkami mydlanymi, a w
brzuchu podskakiwała córeczka.

Teraz też podskakiwała, ale na kolanach, cała śliczna w
dżinsowych spodenkach po Siaju – Lulcia
jest odrodniczta!
– żółtej koszulce i chusteczce na głowie. Franio
postukiwał w rytm i próbował coś rozkręcać w krzesełku – zapędy inżynierskie,
hmmm: tata i wuj inżyniery, dziadek, pradziadek, dwóch braci dziadka, wujek Ł….
Jakby rodzinne czy cuś?

 

Siedzę na żabie-huśtawce na placu zabaw w Ostródzie, Juleńka
na kolanach, Franio szaleje na zjeżdżalni. Śmieję się do Ł. – prawie jak w zeszłym roku. Anoooo, tylko
jakby bardziej na zewnątrz.

Czwartek, piątek – upał, siedzimy nad jeziorem, Franio
uprawia albo prace melioracyjne – no mówię, że jakby inżynier – albo nosi wodę.
Na plaży widać deficyt rodzica bawiącego się z dzieckiem. Ja rozumiem chęć
poleżenia, poczytania, no ale przecież małe
dzieci to małe dzieci. A tu z nami bawiło się jeszcze dwoje. I wcale nie
wymyślałam, kopałam im dziury i zarządzałam: robimy zupę, albo gotujemy pierogi
itd. Oni nosili wodę, wrzucali kamyki czy piaskowe pierogi, ja mieszałam, potem
nalewaliśmy łopatką. Rodzice patrzyli i nie przeszkadzało im.

 

I refleksja przy okazji. Uczę Siaja, że się dzielimy, że
absolutnie nie wolno bić. Ale ale, co dalej będzie z moim synkiem? Na razie jak
synek gospodarzy go uderzał to wołał mnie, nie oddawał. Ale był taki biedny.
Sama nie wiem. Ale przecież nie mogę go uczyć agresji, wyrywania,
przepychania się łokciami. Nawet za cenę
trudniejszego radzenia sobie. Ech.
Dziewczynka chce mu wyrwać kubeczki, on jej jeden pożycza,
ale drugi chce. Czy uda się nam i jemu zachować ten złoty srodek?

Balon musi być zawsze. Tym razem auto. Najpierw siajo chciał motor, ale kupił go inny chłopczyk. Buzia Frania już już się zasępiała, ale zapytałam o auto i  – Właśnie o tatim marzyłem! Julcia jak widać też.

Tak fajnie po prostu było:)

Back

5 komentarzy

Wróciliśmy. Było świetnie, idealnie, pięknie.
Ale coś więcej będzie nieco później, bo…
Jutro o 7.30, klinika, koszula i kapcie. Operujemy przepuklinę.
Proszę trzymajcie za mnie.
Najbardziej martwię się o Julcię. A zaraz potem boję się.


  • RSS