cypisek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2008

Bo jakoś trudno określić, jak to mój mąż podróżuje. W Cathy Kelly było: „Śniadanie w Dublinie, kolacja w Maladze, bagaże w Hongkongu”. No więc z Ł. jest podobnie aczkolwiek trochę inaczej:)))).
Wyjechał z domu w niedzielę o 4.00 i dobrze, że tak szyb ko, bo mógł dłużej w samolocie siedzieć. Żartuję, nie będąc na czas, nie mógłby wcale posiedzieć. A siedział, bo była mgła. I była tak i była, ąz poleciał dopiero o 10, a ponieważ samolot z Frankfurtu też miał o 10, to jakoś nie zdążył.
Więc – obiad, kolacja, śniadanie we Frankfurcie.
No i teraz wciąż leci, w sumie już konczy drugi dzień. Sms z Houston, że tam już jest, to jeszcze hop do Meksyku. Będzie tam o 3-4 naszego czasu, a ichniego to wieczorem. Baaardzo długi dzień miał. Na pewno jutro świetnie się mu będzie pracować, biedak.

A ja, jak zawsze w takich sytuacjach, nie bardzo mogę się znaleźć, stres, stres, stres. Najlepiej toleruję chodzenie na piechotę.

Ale że weekend w niedzielę dalej był rewelacyjny, to dużo się działo.
Siajo poprosił o zbieranie kasztanów – no to siup.


Potem poszliśmy na rower – i tak z 1,5 km przejechał, twardziel.

Potem babcia zreazlizowała mu obiecaną przyjemność – zabawy w Sferze. W sali ogromna konstrukcja ze zjeżdżalniami, kapsułąmi itd., a gdzie spędził nasz syn godzinę z 1,5, które tam był?
Ano przy kuchence, w upojeniu gotując. Głównie kawkę z mleczkiem dla mnie:). Tzn. to dostałąm, inne rzeczy przejmował sam.
Towarzyszyłyśmy mu jakiś czas z Lu (Lu darmo, bo płaci się od dzieci chodzących, nikt nie wycenił wspinających się i przewracających). Siajo mnie rozczulił, bo zanim pogrążył się w odmętach kuchennych, to przyniosł Luli torebkę, którą bawiłą się bardzo długo, brumbrumki, czyli auta i teletubisia, któy wywołał piski radości. To lubię, rzekła, to lubię.

Jest oczywiste, że potem syn zasnął, zanim dobrze się położył.

***
Dla Calenduli:))
Duszonki robi się tak. Do garnka (żeliwny, na ognisko) na spód liście kapusty, a potem warstwowo (ja robię zazwyczaj 3 warstwy) ziemniaki w plastry, boczek, kiełbaska, plasterki marchewki i buraka (nie za dużo, ale dobrze robi), cebula. Sól, pieprz, liść laurowy i ziele angielskie – do każdej warstwy. Niektórzy dają szatkowaną kapustę, ja nie. Przykrywamy liściem kapusty, zakręcamy gar i ok. godziny na ognisku:). Pychota!

27 września

2 komentarzy

Jestem zmęczona, nie zdążam napisać. Bo mam dużo zajęć, a niezmiennie trwam przy założeniu – pracuję, gdy dzieci śpią. Pamiętam, gdy uczyłam się do egzaminu kierunkowego przed obroną, to zasypiałam na książkach. Teraz klepię w kompa, to nie zasypiam na amen tylko po prostu go wyłączam. Mimo zmęczenia jest po prostu super. Zwłaszcza, że przestało padać (chwilowo).

W poniedziałek rozmawiałyśmy z koleżankami, jedna syn 1,5 roku, druga syna w wieku Luli. Ta druga opowiada, że na trochę weźmie nianię, jak pracuje w domu, bo się nie wyrabia.
My z Mają już wiemy, że raczej trzeba zaakceptować niewyrabianie, ale M. wciąż liczy, że może wszystko. Mówi o drugim, ale jak się „tu z pracą odkuje”. Hmm. Hmm Hmm.
Moja własna – absolutnie subiektywna opinia – to taka że można łączyć dzieci i prace, zwłaszcza naszą, ale karierę nie. Ale jak ktoś chce to nie ma sprawy, mi jest dobrze. Plan na ten semestr przewiduje zajęcia dwa razy w tygodniu, reszta rzeczy w domu.

Ł. jutro leci do Mekssyku, to będę bardziej zmęczona. Bo ze mnie żaden stachanowiec, zresztą z różnych powodów nawet nie ma takiej opcji i być nie powinno. A tu Lu ma znowu fazę – bo jak to dzieci, wyczuła i przetrwała miesiąc mojej rekonwalescencji spokojnie – „u mamy na rękach”, najlepiej cały czas:).
Lu stoi sobie pewnie, wstaje bez podpórki, tylko musi ten punkt podparcia być, czyli coś w rękach, albo nawet chrupka w buzi. Rehabilitantka mówi, że pewnie zaraz ruszy, na razie przy meblach. Nie pomagamy jej, nie dajemy rąk, żadnego pospieszania, niech nóżki się prostują.

Późnym wieczorkiem klawiatura, a w dzień spacery,słodka jesień, sok jeżynowy i winogronowy kapie do butelek, Jula wcina poziomki i maliny, bo wciąz ich pełno.
Dziś menu klasycznie jesienne: duszonki (Calendula, znasz? Jak nie to koniecznie, koniecznie, tylko żeliwny garnek na ognisko trzeba) plus szarlotka ledwo wyjęta z pieca, Franio popija ją na kolację „tatałtiem”. Bo wczorajsza tarta z gruszkami poszłaaaa.

W czwartek przyznałam sobie tytul gapy roku, pomyliłam dni, a moje pomyłki komplikują życie kilku osobom. Cóż:)). Głównie to wyszło tak, że na czwartek miałam zaplnowany szybki obiad (nadziewana papryka), bo i rehabilitacja i sprawy, a tu lipa i w piątek były i sprawy i barszcz (mąż poprosił, to był) i kopytak i ta tarta. Nie mogłam ciasta odpuścić, bo przyszła koleżanka z synkiem, a ja ich zawsze przyjmuję kawą i ciachem. Tak w ramach rozpieszczania M., bo niełatwo być samotną mamą. Mąż i ojciec uznał „Ze ma prawo do bycia szczęśliwym, tak lepiej dla wszystkich, a może i ona to doceni” i  oddalił się z żoną swojego kolegi. Co ciekawe jednak nie jest wcale taki z tym wszystkim jednak szczęśliwy.

Synek koleżanki był taki strasznie zdziwiony, ze Jula im włazi i psuje. W takim momecie najlepiej widać różnicę, Siajo złości się nieraz, ale jakoś tak przyjmuje ten fakt, u P. przebijało niezrozumienie :).

To jeszcze Lula- caught redhanded:)

Winowajce

4 komentarzy

Co to są winowajce, mamusiu? – zapytał syn w trakcie Mszy.
Tsiądz powiedział, że Bóg stworzył świat -  ucieszył się chwilę wcześniej. Ucieszył się, bo się mu wiedza pokrywała. Słuchał kazania znaczy. I tradycyjnie wznosił ręce, rozkładał i generalnie odprawiał. Ale nie błogosławi. Jeszcze.

MAMAM! Krzyczy Julcia wskazując paluszkiem mój makaron z suszonymi pomidorami, boczkiem, czosnkiem, bazylią i serem. Tak, bardzo jej to smakuje.
Moja mama wyjęła sobie jogurt. Wnuczka jej zjadła. Mama wyjęła drugi. Lula znowu rzuciła groźne spojrzenie i swoje MAMAM. Babcia ma słabą silną wolę, ale tym razem ja się nie zgodziłam na taką ilość jogurtu. Córka się obraziła.
Zrobiliśmy sobie dziś bułeczki. Franio dla siebie zadysponował bułę typu kanapka turystyczna, czyli zamykaną i z serem. Ale ugryzł też moją. Lula ugryzła z wszystkich, a co.
Po trzech miesiącach nie-lubienia polubiła chrupki. Jak zacznie to i 30 wciągnie. Polubiła też brokuły. I tradycyjnie lubi wszystko z naszych talerzy.

I wstaje panna wstaje na potęgę. Nie z czworaków tylko z przysiadu idealnie się prostuje. Będzie miała wyćwiczony brzuszek;). Potrzebny tylko punkt podparcia, którym może być coś klasycznego typu stół, mama czy brat, nieco mniej ortodoksyjne to klocek, kartka papieru lub autko. No i awangarda w koncepcji podparcia, czyli chrupka połknięta też jest wsparciem.
Rwie się, żeby chodzić, ale nie kwapimy się z pomocą:).

Od jakiś trzech tygodni zmianiłą sposób komunikacji. Wcześniej bardziej chciała sama, pomacać, sprawdzić, gdzie się pulchne paluszki zmieszczą. Teraz lubi – sama nie wiem, jak to określić – poszerzać wiedzę.
Taaaa – Tak, szumi wiatr w gałęziach.
Taaa – Tak, tu jest listek
I tak dalej.
Umie wkładać rzeczy do pojemniczków (nauczyła się bawiąc się piłeczką i kubeczkiem w baseniku, przy czym piłeczka miała średnicę podobną kubeczkowi i Julci wciąż zostawał paluszek w środku).
Bardzo chętnie bije brawo. Zwłaszcza sobie. Ręce złożone do modlitwy też uważa za brawo i zaczyna klaskać.
Robi pap. W lipcu robiła jak ta łapka z Acrobat Readera, potem klasycznie,a  teraz jakoś bokiem. Macha zazwyczaj jak osoba, do której macha, już zniknie. Widocznie upewnia się, że naprawdę wyjdą, a nie tylko chcą od niej machania na pokaz.

I Aniołek Stróżek, czyli niedziela była deszczowa, ale co z tego:). Ma nawet prawdziwe sznurówki. Bastel-
Koffer-Papier, czyli super prezent od cioci. Z aniołka jesteśmy z synem bardzo dumni. Ja szczególnie, bo prace manualne hmmm. W szkole np, na plastykę czasem mi mama malowała:). I co roku musiałam „zdawać” na 5.

Czytanie też dobre, jak zawsze. Cała Polska czyta, a my naszemu dziecku limitujemy, uzgadniając, ile będzie. No ale np. co rano przed przedszkolem musi być. I wieczór. I w dzień. Julia też się wkręca. Czasem zaś wgryza w literaturę. Dosłownie i dozębnie.

Soboty

2 komentarzy

SoboTY, bo jakoś nie mogę zdążyć zapisać wszystkiego, co bym chciała.
W zeszłą tradycyjny piknik lotniczy, niestety tym razem w niezłym chłodzie. Na pikniku spotkaliśmy Kicię z mężem i chłopakami. Krzyś i Kuba są uroczy, zdjęcia nie oddają ich uroku, normalnie szok. Niestety zaraz ich zgubiłam, oni poszli dalej, Franio chciał obejrzeć jeszcze stare motocykle i za moment, no nie ma.
Potem umówiliśmy się przy placu zabaw, ale jak to z dwójeczką: Julę ubrać, Franio siusiu, wojskowe samochody – syn już siedzi na wieżyczce. No i nie udało się już porozmawiać, bo jak ich już wypatrzyłam, to siedziałam z Siajem w meleksie, a potem oni poszli, bo jednak było bardzo zimno. Szkoda, tym bardziej że cały tydzień taki, a Kicia przecież na urlopie, ech.

Sam piknik mimo zimna udany, bo Julcia jest fanką samolotów i bardzo jej się podobało.
Franiowi oczywiście też. Czego się nie robi dla dziecka, nawet w takim strasznie trzesącym samochodzie na gąsienicach pojechaliśmy…

A dziś zestaw standardowy poprawiający nastrój czyli basen plus naleśniki:).
Rozmawiamy o tym, a że dopiero plan, to trzeba uważać, Siajo słucha czujnie.

Co myślicie o wyprawie do miasta, gdzie ma źródła nasza największa rzeka?

Julii wzięliśmy pierwszy raz koło i jaka była zachwycona! Zwłaszcza jak tata robił motorówkę, bo mogła sobie brumbrumkać.
Pasją mojej córki są samoloty i autka, ogólnie pojazdy, zwija je Franiowi na potęgę. Czyli klasyczny syndrom młodszej-siostry-starszego-brata? Raz na rehabilitacji, gdzie muszę zawsze wybrać zestaw zabawek, żeby była opcja ćwiczymy, dałam lalki. Tak tytułem eksperymentu. Wzięła Julcia lalę za miedziane warkocze i fruuuuu pięknie lala się oddaliła nie całkiem dobrowolnie. I wróciliśmy do samochodzików. Jula bierze autko i robi brrrrum brrrum. I cała się cieszy.

Na basenie Franio goni mnie w wodzie i udaje rekina. Boję się oczywiście. Potem ta zabawa się konczy i coś tam pływa sobie, później pokazuję mu podstawę żabki. Franio stara się płynąć żabką. Motywuję go oczywiście:
Pięknie! Pięknie, płyń żabko, płyń.
Syn obraca się i mierzy mnie wzrokiem:
Jestem REKIN.
Ach te meandry biologii.

Negocjacje

2 komentarzy

Franciszej jest czasem jak Rosja. My mu tu wspominamy o sankcjach jeśli to, jeśli tamto. A on nie tylko, że nie uważa ewentualnych sankcji za słuszne, on wręcz sugeruje, że sankcje należą się Gruzji.

Jedziemy w niedzielę z imprezy. Ponieważ już wiadomo, że na wieczorynkę nie zdążymy, oferuję synowi, że coś może obejrzeć. Chce Teletubisie. Ok, skoro musi, mamy chwilowy renesans. Ale syn chce też, aby mu poczytać.
Albo nie, chce poczytać, ale 2 opowiadania i obejrzeć.
Albo jeszcze raz nie.
2 opowiadania i długie Teletubisie.
albo 2 opowiadania i 2 długie Teletubisie.
I na tym staje i ani kroku dalej.

Proponujemy mu trzy opcje: opowiadanie i krótkie Teletubisie, 2 opowiadania, czy (nawet, nawet, prawdziwa z nas Unia E.) 2 krótkie Teletubisie.
Franciszek upiera się przy swoim.
Po kilku rundach odmowy, negocjacje robią się niczym zawody w rośnięciu trawy (cytat, cytat). Nudne.

Zapada cisza, Franciszek kontempluje widok za oknem. Jakieś 12,5 minuty :))
Po czym…

No doooobrze. Jedna tróttie Teletubisie i jedno opowiadanie….

Ujmijmy…

7 komentarzy

… to tak. Niektórzy mężczyźni zostają treserami dzikich zwierząt. Inni mają córki. Jula w akcji.

Przyczajony tygrys, ukryty smok

Oto jestem, prawda, że się cieszycie?
Wspina się wszędzie i zawsze. Jeszcze nie otworzy oczu rano, a już daje w długą, a my łapiemy. Podchodzi do małego fotela, brutalnie zrzuca lalkę, wspina się na fotelik, daje krok w lewo i wspina się na drewniane krzesełko. Łakomie patrzy na ławę w kuchni, ale na razie jej nie wyszło.

Foczka. Piłkę należy łapać bez użycia rączek. Także wtedy, gdy piłeczka jst np. w baseniku. Pełnym wody.
W Oravicach Ł. zanurkował ku uciesze dzieci. Ucieszyły się, a jakże. Siajo poprzestał na dopingu i łapaniu taty za głowę. Julcia postanowiła naśladować. Myk i buzia pod wodą. No prycha się, ale ile można się napić!

Dziewczyna z kaszką. Niestety nie skłoniło jej to do zjedzenia posiłku. Ona chciała nasz boczek i już. Kaszkę wcierała, albo próbowała nas karmić.

Chwila namysłu przed skokiem. Teraz już wychodzi bez namysłu.

Spontaniczny skok – BO MAMA MA KAWĘ. JA TEŻ CHCĘ!!!!

A właściwie to bogaty, daje tyle możliwości…

Poszliśmy na spacer, aczkolwiek to określenie nie do końca oddaje sytuację. Ł. na rowerze, Franio na rowerku, ja za nimi (biegiem) z wózkiem.

[Plusem nowej formy hmm spaceru, jest waga poniżej-sprzed-ciąży-z-Julą, aczkolwiek jeszcze nie ta sprzed Frania, ale skoro syn jeździ coraz szybciej, a jeździ...]

Franio i Ł. ścigali się, ja im wyznaczałam cele. Zwycięzca dostawał chrupki, bo teraz to paczka chrupek z nami wychodzi. Daje to komfort jazdy, panna Julia jakiś czas siedzi. No i tak sobie wygrywali, aż zapodałam nieodległy cel, zerwałam się i razem z Julą pięknym sprintem (w klapkach) wygrałyśmy. Wzniosłam okrzyk triumfu (i zjadałam chrupkę), a Ł. zwrócił się do Frania:
Mamusia to prawdziwy pędziwiatr.

Pojechaliśmy dalej. Zarzadziłam kolejne wyścigi, nawet dość długi dystans, po ulubionym przez syna kawałku z góry.
Franio popędził przed siebie, śmiesznie pochylony, pedałując zawzięcie krótkimi nóżkami i wołając radośnie….

Pędzę wiatr, pędzę wiatr, pędzęęęęęę wiaaaatr.

[Bardzo mu ta forma podeszła, dziś na pikniku też opowiadał nam, że samoloty będą pędzić wiatr].

Refleksyjnie

3 komentarzy

Huśtałam Frania w niedzielę,a na sąsiedniej huśtawce Ł. kołysał Julcię. Franio milczał, co jest niechybnym znakiem (o ile nie zasypia, a i tu czasem też), że intensywnie nad czymś rozmyśla i są spore szanse na serię pytań. Czasem ciężkich.
Tym razem jednak była refleksja. Kontemplując zadowoloną siostrę Franio powiedział:
Jat Lulcia urośnie, to będzie żoną, a jat ja urosnę, to będę mężem. I się ożeni Lulcia. Ze mną. I będzie drugą żoną.
Hmm
A kto będzie pierwszą???????
Mamusia!

Świetny plan.

…pyta Franciszek w sobotę. Ja też pytam, bo podobnie jak on uwielbiam jakies przyjemności. Na fali tego lubienia, upału, klimatu-nie-wiadomo-ile-będzie-taka-pogoda-a-potem-znowu-siedzenie-w-domu udaliśmy się do Leśnego Parku. Wybór dobry, bo temperatura tam była znośna, u nas szał i dzieci tylko w basenik, nic innego. A więc:

Łobuzy witają serdecznie:)

Jak widać podobało się. Córka miała zastrzeżenia, że ona nie dostała karmy. Mimo liberanego podejścia zboża z łuską nie daję. Co do obecnej w karmie kukurydzy – hmm, dziś jedliśmy i tak się domagała, że nagle patrzę (a z powodu totalnego niewyspania i przeziebienia ledwo widzę, dzieci mnie by dziś mogły sprzedać), a tu Franio ją karmi. Zjadła, a jak! Zakładam, że mali Meksykańczycy jedzą, więc…:)

 

Bardzo Łakome Stworzenie. Szła za nami krok w krok.

Lejeń lubi też liście dębu, ku uciesze Siaja. Inni ludzie spróbowali dać inne liście i lejeń był nieuprzejmy ich opluć. Wypluwając niewłaściwe liście.

Tak jakoś podobne spojrzenie tu mają…

Córka wciągnęła się w akcję.Wciągała się na moment, usypiała naszą czujność, a potem próbowała zwinąć Siajowi czapkę. A jest do niej przywiązany…

Coś się namawiają. Chyba plan dalszego chodzenia w kontekście placu zabaw obok.

Hmmmmmm – Macierzyństwo:))))

Wachłaki – tak w relacji pierwszej podał Siajo.
Zaraz się poprawił – Warflaki
Teraz (w sumie niestety:)) mówi już dobrze.

***
W czwartek był niejaki kryzys w przedszkolu, ale bez płaczu tylko bieg wsteczny, więc wszedł tyłem. ale potem luuuuz. W piątek prawie wpadł do sali, bo musiał opowiedzieć o wagonach z cementem. Potem nie chciał wracać, musiałam poczekać aż skończy puzzle:)). Wczoraj i dziś też ok.
Niestety mamy to, co wszyscy, czy prawie wszyscy. Normalnie imperium kontratakuje, katary w natarciu. Siajo przez weekend, obecnie męczymy się my z Julcią. Na razie radzą sobie nieźle, mam nadzieję, że nie na darmo latają cienko ubrani, a po plaży zawsze boso, nawet po zimnym piasku. Oby oby.

W czwartek było też zebranie. Co oczywiście mnie bardzo bawiło. Bo raz – siedzimy na małych krzesełkach. Logiczne, ale grono siedzi NAD nami. A pani dyrektor stała, więc była jeszcze NAD gronem. Bo dwa – przedszkolanka, nawet dyrektor, jest przedszkolanką. Wszystko tłumaczy bardzo łagodnie i dokładnie. Upewniając się, że rozumiemy. Rozumieliśmy.
Bo trzy – jak do sali wchodził tata (a trochę ich było), to za każdym razem miał taki fajny wyraz twarzy, że niby on ma na TYM siedzieć:)).
Zapisałam syna na rytmikę.
NIE zapisałam syna na angielski.
Zapisałam wszystkie płatności:(. ech, w tym miesiącu brakuje nam 500 zł na same stałe płatności. Pomijając długi, które mamy.
Skąd ja to znam – pisze mi na gg szwagierka – ostatnie 5 zł wydałam z córką w Delicjach, dobrze, że chciała deser za 3,5.

***
Syn wymieniając dziś jedzonko: No i do mięsta ziemniaczti, marchewta i szpinat. Szpinak! Jedna z niewielu traum mojego przedszkola.
I co zjadłeś?
Wszystko. Bo lubiłem.

Dzień 1 i 2

5 komentarzy

Zabraliśmy pościel – wszytskim pokazał, jak ładna i że sam wybrał i że mama podpisała nicią. Zabraliśmy kapcie i drugie ubranie na wypadek wypadku. Ubrał się się od stóp do głów w Boba B. i poszliśmy. W trójkę, z tatusiem. Po drodze po raz 15437 upewnił się, czemu idzie do dużego przedszkola. Odpowiedź, że jest to przedszkole dla większych dzieci satysfakcjonuje. Pani Ola, superfajna, czekała, wskazała szafeczkę, uzgodniła z Franiam, czy żółte rękawiczki mogą być. Mogą. Ubrał kapcie, pani Ola zapytała, czy idzie. No tak.
A buziak? To ja, ech ech, mi chyba trudniej niż jemu.
I pooooszedł, a mi łzy w oczach stanęły, ale mój kochany mąż trzeźwo zapytał, czy wolałabym, żeby płakał. No nie. Ale nawet przyjął, że nie jestem gotowa na przedszkole, szkołęi  że mój synek się ożeni:)).

Przyszłyśmy z Julcią po niego po spaniu. Zgłaszam pani, a tu pani wraca z info, że muszę chwilę poczekać, bo Franio je drugi podwieczorek. No co, kisiel był, wielu nie jadło, to mu dali drugi, skoro chciał.
Wyszedł poważny, ale zadowolony. Oppowidała głównie hmmm… o jedzeniu.
Mamusiu było musli z mletiem, jak w domu. A potem zupta pomidorowa, pyszna, moja ulubiona i czerwona sałata. A chłopczyt obot nie zjadł czerwonej sałaty, bo nie lubi, a ja lubię i zjadłem.
Z opowieści wynika, że opuścił tylko kanapkę z nutellą, co też była do śniadania. Wolał musli:), czyli po prostu płatki kukurydziane.

Z innych relacji, to zdaniem Siaja w jego grupie są ino chłopcy, ino chłopcy. Panie są dobre. Niektóre dzieci płakały no nie wiem dlaczego (ach miło słyszeć to zdumienie, ale czy sam jutro tego nie odkryje?), zabawek dużo. Na ścianie jest „dodło” (edukacja patriotyczno-historyczna z wakacji na przykłądzie Daru Pomorza). Jest ogólnie dobrze.
Tylko kapcie musieliśmy zabrać do domu – Mamusiu ja tat bardzo, tat bardzo nie chcę ich zostawiać…
No to no problem, tylko dziś się skupiałam, żeby nie zapomnieć :))).
Jutro zebranie o lala. Pchał wózek Luli do domu, w domu zjadł drugi pełny obiad (no zupka z kremowego serka jak z Tupcia Chrupcia i do tego grzanki, normalnie hit, drugie też lubiane, zapiekanka z mozzarellą). W sumie zjadł 2 śniadania, 2 obiady i 2 podwieczorki…

Dziś pokazał mi salę, że książeczki inne, że makieta plaży i latarni morskiej! I że piękna kuchnia do zabawy!!! A ze miała taką postawę już już chcę tam, to wykorzystałam moment, buziak i będę po leżakowaniu (wczoraj wstał ostatni, leżaki uznał za fajne). Pani Ola twierdzi, że dobrze przygotowany. Oby. W koncu w zeszłym roku sporo trudu nas to kosztowało na zajęciach przedszkolnych :))).

***
W niedzielę – tak dla uczczenia nowego startu i w ogóle dla przyjemności (każdy powód dobry) byliśmy tam. Ale było fajnie, Lulcia trzy godziny w wodzie Siajo szalał na zjeżdżalniach.

Fajne nie?
A na koniec bonus-niespodzianka pojechaliśmy jeszcze z synek czteroosobowym, otwartym krzesełkiem na górę i spowrotem. Uwielbiam patrzeć, jak on się tak cieszy:).
W sobotę za to – tamtaramtamtam – poszly pierwsze rzeczy do nowego domu i kuchnię Ł. wyszorował. Ale tak mi się nie chce tej przeprowadzki robić łaaaaaa:). Leń.


  • RSS