cypisek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2008

Tak i tak

4 komentarzy

Bywa tak:
Wczoraj Franio był jakiś niewyraźny taki. Niby nic a jednak. A jednak zmaterializowało się po południu w postaci gwałtownej gorączki. W nocy o 4 najpierw wstała Lu i chciała się bawić AAAAAAAAAAAAAA. Zaraz potem przyleciał Franio z płaczem. Mamusiu, gardło boli. A temeperatura pow. 39… Coś psiknęliśmy i położył się obok mnie. Lula w płacz, bo mama przytula brata. Więc po chwili mała zmian, utulimy siostrę. Zasnęła. To znowu do Frania. Kręcił się, kręcił, więc spania zero, aż w końcu obudził Lu. Więc znowu utulić ją aaaa aaaa aaaa:). Zasnęłyśmy razem tym razem, a Franciszek udał się w którymś momencie i położył w łóżeczku Lu. Wstaliśmy 6.45. Stan zombie się tylko pogłębia. Chwilowo jednak inne zmartwienia.
Siajo cały dzień LEŻAŁ, nie miał siły chodzić, nie chciał jeść ani pić (bo boli), co chwilę zasypiał. Wizyta u lekarza i przewidywana przeze mnie diagnoza (nie żebym była taki znawca medycyny, ale dynamika choroby mi to nasunęła) – angina. Antybiotyk.

Pani dr pyta o Julę. Zdrowa, zdrowa. Chora była w zeszłym tygodniu i jak ma być to w przyszłym, jak brat skończy nie? ;)

Ciężko dziś było. Dobrze że mama była i mi pomogła, bo naprawdę trudno nosić naraz Frania i Lulcię:), przebierać, podstwiać kubeczek (inaczej nic by nie wypił), wmówić, że zje paskudne lekarstwo.

Ale bywa i tak:
Chodzimy po Frania do przedszkola. Niezmiennie cieszę się, że wybrałam właśnie to miejsce, bo i fajne jest naprawdę i możemy na nogach chodzić. Franio cieszy się na nasz widok, ale zbiera się powoli, Lula pędem udaje się do zabawek, dzieci otaczają ja kółeczkiem. Potem Franio się ubiera, ja mu trochę pomagam, zawracając notorycznie uciekającą córkę. Czytamy menu z tego dnia, potem powoli, niespiesznie idziemy do domu.
Zazwyczaj jedzie pociąg, to obstawiamy, z której strony. Kontemplujemy ślimaki. Mamusiu, czy wolniej chodzą ślimaki ze skorupką czy bez? Zdaniem Frania te bez, chyba dlatego, że wtedy akurat był taki bez i szedł taaaaaak wolno, że wolniej już się nie da. Szersze gremium rodzinne plus przyjaciółka dr biologii obstawiało skorupkowe, a co wspomniego egzemplarza to wybrał się na spacer i dlatego się wlekł.
Zbieramy liście – na ozdobę na wesele moje i Lulci, mamusiu. (Siajo potem je dziurawi szydełkiem, produkując ozdobę).
Omawiamy różne sprawy, Lula bawi się w rzucanie różności (kryterium jest dostępność dla jej rączek) na ziemię, Franio jej podnosi.
Potem czasem przedłużamy spacer lub pędzimy po rower, a ostatnio rowery, bo Lula też dostała – prezent zbiorowy od koleżanek z pracy – Nie wiedziałem mamusiu, że w pracy tupuje się rowerti…. Jest to niezły fitness, bo trzeba się ścigać, ale tacy są ucieszeni, że razem jadą. Lulcia wyrusza skupiona, a potem pokrzykuje się śmieje się w głos.
Uroczo.
Tu przed wyjazdem:

Lula czasem wydaje mi się duża, ale przy Franiu zawsze wypada taki drobniaczek:)

Tak i tak

Brak komentarzy

Bywa tak:
Wczoraj Franio był jakiś niewyraźny taki. Niby nic a jednak. A jednak zmaterializowało się po południu w postaci gwałtownej gorączki. W nocy o 4 najpierw wstała Lu i chciała się bawić AAAAAAAAAAAAAA. Zaraz potem przyleciał Franio z płaczem. Mamusiu, gardło boli. A temeperatura pok. 39… Coś psiknęliśmy i położył się obok mnie. Lula w płacz, bo mama przytula brata. Więc po chwili mała zmian, utulimy siostrę. Zasnęła. To znowu do Frania. Kręcił się, kręcił, więc spania zero, aż w końcu obudził Lu. Więc znowu utulić ją aaaa aaaa aaaa:). Zasnęłyśmy razem tym razem, a Franciszek udał się w którymś momencie i położył w łóżeczku Lu. Wstaliśmy 6.45. Stan zombie się tylko pogłębia. Chwilowo jednak inne zmartwienia.
Siajo cały dzień LEŻAŁ, nie miał siły chodzić, nie chciał jeść ani pić (bo boli), co chwilę zasypiał. Wizyta u lekarza i przewidywana przeze mnie diagnoza (nie żebym była taki znawca medycyny, ale dynamika choroby mi to nasunęła) – angina. Antybiotyk.

Pani dr pyta o Julę. Zdrowa, zdrowa. Chora była w zeszłym tygodniu i jak ma być to w przyszłym, jak brat skończy nie? ;)

Ciężko dziś było. Dobrze że mama była i mi pomogła, bo naprawdę trudno nosić naraz Frania i Lulcię:), przebierać, podstwiać kubeczek (inaczej nic by nie wypił), wmówić, że zje paskudne lekarstwo.

Ale bywa i tak:
Chodzimy po Frania do przedszkola. Niezmiennie cieszę się, że wybrałam właśnie to miejsce, bo i fajne jest naprawdę i możemy na nogach chodzić. Franio cieszy się na nasz widok, ale zbiera się powoli, Lula pędem udaje się do zabawek, dzieci otaczają ja kółeczkiem. Potem Franio się ubiera, ja mu trochę pomagam, zawracając notorycznie uciekającą córkę. Czytamy menu z tego dnia, potem powoli, niespiesznie idziemy do domu.
Zazwyczaj jedzie pociąg, to obstawiamy, z której strony. Kontemplujemy ślimaki. Mamusiu, czy wolniej chodzą ślimaki ze skorupką czy bez? Zdaniem Frania te bez, chyba dlatego, że wtedy akurat był taki bez i szedł taaaaaak wolno, że wolniej już się nie da. Szersze gremium rodzinne plus przyjaciółka dr biologii obstawiało skorupkowe, a co wspomniego egzemplarza to wybrał się na spacer i dlatego się wlekł.
Zbieramy liście – na ozdobę na wesele moje i Lulci, mamusiu. (Siajo potem je dziurawi szydełkiem, produkując ozdobę).
Omawiamy różne sprawy, Lula bawi się w rzucanie różności (kryterium jest dostępność dla jej rączek) na ziemię, Franio jej podnosi.
Potem czasem przedłużamy spacer lub pędzimy po rower, a ostatnio rowery, bo Lula też dostała – prezent zbiorowy od koleżanek z pracy – Nie wiedziałem mamusiu, że w pracy tupuje się rowerti…. Jest to iezły fitness, bo trzeba się ścigać, ale tacy są ucieszeni, że razem jadą. Lulcia wyrusza skupiona, a potem pokrzykuje się śmieje się w głos.
Uroczo.
Tu przed wyjazdem:

Lula czasem wydaje mi się duża, ale przy Franiu zawsze wypada taki drobniaczek:)

Niedziela była super, bo byliśmy tam…

czyli w Kalwarii Zebrzydowskiej. W sumie 53 osoby z szeroko pojętej rodziny i przyjaciół. Taka tradycja już, bo trzeci raz, za każdym razem inne sanktuarium.
Franio i Emila entuzjastycznie wbiegli pod górę, bo dróżki i kapliczki.

I akurat obejrzeli 6 chyba, czyli entuzjazm nie zdążył spaść.
Lulę brałam z duszą na ramieniu, ale w domu marudz bardziej i faktycznie opróćz faktu, że mama i tylko mama, było super. Chusta ratunkowa – nawet zasnęła w niej i spała ponad godzinę. Potem jadła swój jogurt, bułkę dziadka i podkradała mi placki ziemniaczane z talerza…

A tu zestaw Pierwszych Dzieci z asertywnym podejściem do jedzenia, czyli twoje frytki są moimi frytkami, mój sok jest waszym sokiem, jasne że go wypijecie. Dzielili się radośnie, w sumie mieli zupę, frytki, bigos i mój sok….

Musze sobie odnotować moją ogromną dumę z syna. Bo – wzięłam jego, Julę i Emilę do księgarni, wybrali puzzle i książeczki i wracamy. Na parkingu akurat cisza spokój, niemniej zasada to zasada, parkingi nie są miejscem ucieczek. Ale Emila lubi uciekać i generalnie słuchanie nie jest jej ulubionym zajęciem. Uciekła więc (luz w kwestii bezpieczeństwa, bo nic nie jechało, ale chodzi o niedotrzymanie umowy…) i wołała Frania, żeby biegł za nią. Ale on POSŁUCHAŁ zakazu i nie zwiewał. Bo w maju to zwiali nam oboje. A teraz jednak jednak:)))

Wcześniej jak gonili po krużgankach, obczaili wejście do konfesjonałów. Ustalili, że siadują w nich święci:)). I czym prędzej na zmianę wchodzili. Krótkie info o spowiedzi spowodowało modyfikację, że to dziecię, które nie było akurat świętym stawało przy kratkach i meldowało „Jest grzech, jest grzech, jest grzech”…

A katastrofa? Na dziś na ćwiczenia zaplanowałam film. I w niedzielę SIĘ OKAZAŁO, że nie mam kasety. Wcięło, wsysło, czaran dziura. Wyjdę na sierotę roku, normalnie.
Ale mój najukochańszy mąż:
-nie powiedział nic o bałaganiarach, nic a nic,
- pomagał szukać i sprawdzać kasety
- a w końcu ściągnął mi dwa odcinki rewelacyjnego dokumentu w sam raz i na czasie do tych ćwiczeń. na ćwiczeniach chwila grozy, bo coś nie chciał ruszyć, ale pomocny student zrobił myk myk i poszłoooo. Potem fajna dyskusja.
I na ten tydzień praca pozadomowa zakończona.
Co i dobrze, bo nasz Lul uczcił 11 miesięcy płaczem, marudzeniem i niespaniem od 2 do 4.30. A że o 4.50 zadzwonił mój budzik, to wiecie. 1,5 h spania nie robi za dobrze.
Zęby albo za ciepło, bo spec od grzania uruchomił kaloryfery, ale na początku musiały iść mocno…:).

Meksyk

4 komentarzy

Tatuś był przecież w Meksyku.
Więc Ponczusia i Vayamos Companeros (jakkolwiek się to pisze).

A ostatnie dni ciężkie bardzo, bo Lula miała i napad ząbków (dopiero teraz wiem, co znaczy ząbkowanie, Calendula pozdrawiam, jak to jednak człowiek oczekuje podobieństwa u dzieci nie?) plus bidula jeszcze trzydniówkę, aaaaa.
Noc z piątku na sobotę nie istniała, dziecko płakało z nielicznymi przerwami na sen, dłużej zasnęła ok. 6, to Siajo przyszedł, że u nas pospać, a że nie chciałam go do środka, żeby nie ruszył Juli, to leżał koło mnie z brzegu i trzymałam go, żeby nie spadł.
Dziś noc lepsza, ale wciąż tylko na rękach i tylko u mnie. „Ojej, tatuś na mnie popatrzył” i płacz. „Ojej, dziadek chciał wziąć” i płacz, „Ojej, ktoś się witał z mamusią” :((, źle było w każdej opcji. Wyjście do toalety okupione okropnym płaczem, dziecko praktycznie wszędzie ze mną, przytulone. Chusta, chusta.
Ale po południu już jkaby lepiej, wciąż u mnie, ale zaczęła jeść, wieczorem nawet się oddaliła o metr, a także dał się wziąć Ł. i babci.
I dzień, fajny, ale to jutro.

Czwartek

8 komentarzy

Dziękuję za miłę słowa.

Prasowałam dziś, dużo rzeczy, bo przeprowadzka zrujnowała normalny plan prasowania. Ale akurat lubię.

We wtorek Kraków miły, bo byłam na kawie z Lisią Norką i Milenką (dziękuję, dziękuję) I wreszcie mogłam normalnie porozmawiać, tak głównie o dzieciach, ale nie o to nawet chodzi.
W tamtej pracy (całe szczęście, ze jestem tam tak rzadko) najlepiej – jeśli w ogóle – czuję się z sekretarkami. Paniami w wieku mojej mamy. Moje bowiem koleżanki są na zupełnie innym etapie życia, bardzo skoncentrowane na rozwoju, działaniu, zmienianiu, stymulowaniu, pisaniu. Ja nie jestem. Co nie daje nam niestety wielu wspólnych tematów, oprócz pracy.

I nie chodzi nawet o to – coś ciężko mi wytłumaczyć – że mam taką potrzebę mówienia o dzieciach. Ale jeśli cokolwiek się już powie, to przyjmowane jest jako niemalże objawy katorgi. Bo śmieję się, że średnio fajnie przeprowadzać się z dzieckiem na biodrze, a one mi realnie współczują. Nie bardzo rozumiem. W końcu i dzieci wymarzone i domek, nie przesadzajmy, żebym oczekiwała, że rzeczy same przejdą i się ułożą, choć nienawidzę porządkowania.

Jak mam dać do zrozumienia, bez popadania w coś na kształt patosu, że lubię prasowanie rzeczy małych, większych i całkiem dużych, bo to dla mnie miłość jest właśnie?
Że wolę ciasto z Franiem od konferencji?

Szefowa pyta, czy rodzice moi mają pretensje, że mało czasu poświęcam dzieciom. Nie mają, bo nie ma tej sytuacji. Wyjściowo pracuję 2 , czasem 3 x w tygodniu, raz tzw. cały dzień pracy, drugi raz tylko ok. 4h. Resztę robię, jak śpią.
Tak bywam zmęczona, nawet bardzo. Tak, nie skupiam się przesadnie, bo sama wybrałam. Za dużo patosu, nie?
Szefowa słyszy to, ale chyba nie słucha.
Proszę zwrócić uwagę, że nie pojawia się tu opcja męża i ojca. Praca tam jest w tzw. środowisku genderowym. Feminissssssstycznym.
Często nie moja bajka niestety.
No więc nie opowiadam. Zasadniczo prawie nic nie mówię.
Cicho sza i głośno sza – jak mówi Franio.

Praca tu, odmienna. Koleżanki robię mi w przerwach herbatę, gadamy o masie głupot i czasem rzeczach ważnych. Dziś jedna przyznała mi się, że jest w ciąży. Tak fajnie się cieszy.

Dom

8 komentarzy

Uf uf uf. Jesteśmy. W sobotę zrobiliśmy i padliśmy.
Czy będzie dużo przenoszenia mamusiu? – pytał Franio jakieś sto razy przed rozpoczęciem akcji.
O taaak, tu mogliśmy jego potrzeby zaspokoić.

We trzech przeniesiemy szafę – znowu syn. Byli we czterech :)), bo nasz sąsiad i przyjaciel podarował na tę sobotę. Franio gonił z nimi, działał, przybiegał do nas z informacjami, jak ten neuronek z „Było sobie życie”.

W końcu dotarliśmy do konca wersji podstawowej.
Było mi dziwnie, w końcu mieszkałam w tamtych pokojach 16 lat, w sypialni zwłaszcza, bo była moja, moja, co prawda potem pojawił się Ł. potem dzieciaki;). Ale. Wiadomo.
w niedzielę biegałam tam i spowrotem, bo wciąż czegoś mi brakowało.
Po południu przyszli znajomi, 8 dorosłych, 9 dzieci. Po ich wyjściu poczułam się lepiej, bo wreszcie nie było tak strasznie porządnie!
A dziś… Wróciłam z Lulą z rehabilitacji, córka zasnęła, zostawiłam ją w wózku, weszłam do domu, nastawiłam wodę na kawę i POCZUŁAM SIĘ U SIEBIE.
Milion rzeczy jeszcze czeka, milion rzeczy do zrobienia, milion rzeczy do kupienia. Luz wszystko powoli dotrze.

Sypialnia

Tak zwana przestrzeń

Pokój Frania


Łazienka

Salon

Kuchnia

Puściłam przez piekarnik bułeczki z jajecznicą na śniadanie, a potem dwa ciacha i zrobiło się domowo

Będziemy tu spali w nowym domtu?
Będziemy dalej tu mieszkali w nowym domtu?

Tak, Franio przejęty.
My też.
Tylko – nigdy więcej przeprowadzek. A przynajmniej długo. A myślałam, że nie mamy tak dużo rzeczy….

Tydzień typu masakra.
Zawodowo nagle wszyscy coś chcą. Bezsensowne zebranie w poniedziałek (znaczy 20 minut ok. bo ważne rzeczy, ale reszta po nic, a trwało ponad 2 h). Jeszcze, żeby na nie dotrzeć, to musiałam pilnie męża wezwać, bo – gapa gapa gapa – zostawiłam światła i wyłądowałam akumulator.
Wtorek – praca normalnie, ale z powodu przeziębienia głos poszedł. Nie mówił, kiedy wróci. W moim zawodzie jest to po prostu bajka. Jakaś świnia ukradła teczkę z tekstami dla studentów, muszę rekonstruować, ech.
Środa – wystąpienie na konferencji, krótko i ok, ale normalnie w środę mam wolne (podobnie poniedziałek…).

Poza tym w tym właśnie tygodniu przeprowadzamy się.
Pandemonium.
Nieoceniona kuzynka posprzątała i część już przeniosła, ja z nią, głównie latam, ustalam, bo z Lulą na rękach.

Jutro kulminacja.
Jutro pierwsza noc w nowym domku!!!!

[My to my... Ta masakra, to nie do końca...W obliczu wszystkiego dziś idziemy na kręgle. No akurat firmowo u Ł., szkoda nie iść, bo zawsze fajnie :))))]

Sprzątamy pluszaki (ostra selekcja, sporo poszło do różnych dzieciaków)

I Julia’s Anatomy – Chirurdzy.

Tata wrócił do domu!!!!!!

A tu wcześniej – życie w kolorach tęczy…

Dresik – całkiem nowy, świeżo wyjęty z szafy – też w kolorach tęczy.
Cienia pretensji nie miałam, bo Jula w tym czasie spała i ja, oprócz odpowiadania na pytania o właściwy dobór kamieni, mogłam pić kawkę i czytać „Twój Styl”.
A propos kamieni, to 3 spore znalazłam ostatnio w torbie do pracy…
A propos prania (w związku z poprzednią notką), to w najnowszym, jak je wyjmowałam, była piłeczka z automatu.

Ponieważ było niesamowicie pięknie i wręcz gorąco, pojechaliśmy na Błonia, na plac zabaw.
Franio miał nie biegać, bo jednak choróbka itd. Jak mu to drugi raz w aucie powtarzałam upomniał mnie, że już mi to obiecał.
Obiecał, jasne, ale skoro wszyscy biegają????
Ok, ale hamowałam go trochę. Dobrze nam szło.
Franiu bez biegania
Ależ mamusiu, ja nie biegam, ja się spieszę!
Franiu bez biegania (po raz 637)
To dla mnie nie problem mamusiu!
Wracając, uspiłam wszystkie dzieci :))). Sama się zdziwiłam. Znaczy jeżdżę delikatnie? Może delikatnie, ale na pewno jak traktor, bo mam  dziurę w tłumiku…


A potem tatuś dotarł:).
Co prawda teść od świtu dręczył teściową burzami w Meksyku (aczkolwiek Ł. był już w Houston…), co prawda mgła tym razem była we Frankfurcie, co prawda mimo że poszła, to coś innego opóźniło lot o ponad pół godziny… Ale co to do tamtych 47, prawda?!

11 października

1 komentarz

Idź już spać – pisze mąż na skypie.
Już, już, tylko wypiję do końca
A co pijesz? :)
Koperek?

Coś się dzieje? – koperek to ja piłam podczas pierwszych miesięcy życia naszych dzieci, Ł. jest zaniepokojony, w sumie niedziwne:).
BO BYŁ POD RĘKĄ

Dalej chyba jednak jestem zmęczona, choć Lula nieco lepiej. Jeśli budzi się z takim rozpaczliwym płaczem, to daję ciut nurofenu i jest jakoś lepiej.
Ale za to pochorowaliśmy się. Bo czemu nie?
Wyjmuję z szafki Bioaron i wit. C, jedno dla Siaja, drugie dla Luli
Stawiam Bioaron przed Franiem, połyka, potem odmierzam kropelki C, podaję, chcę schować…
YYYYYYYYY!!!!!! – córka aż się trzęsie z pretensji, że nic nie dostała.
Nic nie dostała….
Komu dałam wit. C?
Franiowi:).

Ale dzieci dzielnie mnie wspierają (patrz niżej), a Ł. już leci z Ameryki, w Houston żadnej mgły nie było.
Wraca, wraca, wraca.

W

3 komentarzy

W zasadzie mielismy iść na rower, ale poszliśmy na traktor z przyczepą.
Trzeba być elastycznym.

Aktualnie…co popołudnie, bo potem likwiduję:)

Tak, jestem, troszkę zmęczona. Jakby. Dzięki Bogu za rodziców, a dziś np. za kolegę, który wpadł wieczorem i przy okazji popilnował maluchów w wannie, bo kapać i kłaść dwójkę samemu się da, ale nie jest zajęciem jakimś tam szalenie atrakcyjnym.
Lula mnie chyba postanowiła wykończyć – za co córka, za co????
Z niedzieli na poniedziałek wstałą o 4.45.
Z poniedziałky na wtorek – 4.00
Z wtorku na środę – ……………7.30, ale niestety jest haczyk. Od 23.30 do 2.00 nie spała i płakała. Załamka. A 7.30 w tygodniu nic mi nie daje, bo ja muszę o 6.45, jeśli dzień w domu.
Nie wiem, czemu nie może spać. Dziadek wypatrzył, że jakiś ząb na górze, trójka lub czwórka to musi być, może to?
Nota bene córunia odsypia to potem raniutko i humorek ma szampański. O:

 I kasztany – -najlepszy przyjaciel maluszków :))


  • RSS