cypisek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2008

Rok!

7 komentarzy

To były wspaniałe urodziny Lulci – powiedział Franio, kładąc się spać.
I miał rację.
Laurka od Wspaniałego Starszego Brata (cud miód i orzeszki, dla równowagi podkusiło go, żeby ją ot przewrócić, lekko, ale miała szanse uderzyć w stolik. Za co mu było przykro;)).


Mocniej narysowane są właciwe litery, miejsca pomiędzy to hmm błędy w produkcji:).

Następnie sam wybrał w książce ciasto i entuzjastycznie podszedł do koncepcji „Niech to będzie torcik dla Juli”. I nie mógł się doczekać…

…by móc pomóc siostrze dmuchać (5 razy).
Siostra ogólnie zachwycona, laurkę miałą tylko chwilę (bo ma być oprawiona, życzenie ofiarodawcy), prezent za to na full, czyli talerzyk, który od razu wybróbowała. Tort smakował jej szalenie. Dodatkowo tak malowniczo się kruszył… A jak fajnie leci, jak się talerzyk do góry nogami obróci…

Julcia – nasze marzenie, skarb i słoneczko. Promienna dziewczynka i dziki uparciuch. Szybka – rodziła się w tempie, teraz pogania mnie, bo za wolno podaję jeść. Przytulak, podchodzi i obejmuje, głaszcze, daje buziaki.
Nasza córeczka.
Dziękujemy Ci za nią Boże.

Śnieżnie

4 komentarzy

Jako, ze ponoć zimy ma być niewiele, to my musieliśmy w te pędy wykorzystać warunki:)))
Niedziela:

Mając śniegu niemal całkiem sporo nie jest łatwo pchać….
Ale poganiecze już pędzili nas do pracy.

To wersja lżejsza (odczułam ZARAZ po tym, jak zmieniłam się z Ł. przy Franiowych sankach).

Ale w sumie czyż taka Straszna Mysz może być poganiaczem niewolników?

Jula była zainteresowana, ale w niedzielę już jednak poszła do domu.

Za to…
Poniedziałek:
Brat zrobił wstępne zapoznanie (najpierw wraz ze mną obleciał trasę z sankami, i sam pchał twardo).

Ale potem już musiała sama sama sama. I nie chciała wracać!

Kolega Bałwan II (I powstał w niedzielę).

Franio niestety nie w formie, zrobiło mu się cos w buzi, jakiś wirus opryszczkowy, boli okropnie. Nie może jeść, dla mojego jadka to cos strasznego, zresztą jest po prostu głodny. Chce obiad, piecze ze mną ciasto i nie może się doczekać skosztowania, a potem stoi i łzy lecą po policzkach. Dziś i wczoraj chyba apogeum (przynajmniej mam taką nadzieję) i żyje na kisielu i Julciowej kaszce. A jeszcze bardziej mi go żal, gdy taki mały, biedny dzielnie otwiera buzię i choć wie, że będzie go bolało, to daje sobie posmarować. Serce się kroi.
Dziś prawie nie mówił, tylko kiwał głową i pokazywał, szok. Wziął wielgachną encyklopedię, którą ma jako podniesienie przy stole i oglądaliśmy, a ja czytałąm, co jest na obrazkach. Nie pozwałał nic omijać. No to: trójtlenek siarki, budowa teleskopu, wybuch supernowej:))).

***
A ja dziś lecąc z zajęć widziałam przejazd konwoju z gen, Sikorskim – normalnie dreszcze mnie przeszły.
C.d jutro:)

20.11.2008

1 komentarz

Julcia chodzi tak zabawnie, wysuwa zawsze prawą nóżkę, potem dostawia lewą. Może dlatego uznałą ostatnio na rehabilitacji, że Pani Asia chce jej ukraść prawą i nie chciała dać ćwiczyć? Lewą można ćwiczyć bądź ile.
Ze spaniem hopki, regularnie 23-23.30 budzi się i popada w rozpacz:
Tak mi źle, łożeczko mnie gryzie, czuję się samotna, koniecznie, koniecznie mnie zabierze. NATYCHMIAST!!!
Gdy odwijam jej bandaże i zdejmuję gips, wskazuje rączką na drugą nóżkę, nie zapomnieć o drugiej, nie zapomnieć. Nagle wszystko rozumie, daj rączkę, zanieś tatusiowi, gdzie Franio, druga nóżka. Nie rozumie tylko, że w nocy trzeba spać.
Miesiącami „spradawane” zabawy nagle w pełni zaowocowały, Julcia umie kosi kosi, „nie ma nie ma Lulci”, „tyyyyle kłopotów”, tak śmiesznie kiwa główką i trzyma się za nią rączkami.Umie też „moja moja”, najchętniej głaszcze Siaja, tylko trzeba uważać, żeby nie robiła tego klockiem.

U Siaja trwa Małgosia story:
Czy dobrze opietowałaś się Małdosią? – pierwsze pytanie po „Dzień dobry”, gdy wróci z przedszkola. Musimy ustalać, jak Małgosia będzie zabawiana, obiecuję, ze nie zostawię jej samej.
Co jeszcze robią tatusiowie z dzidziusiami?
Dziś rano przwdziwy dramat. 6.15 – rozpaczliwy krzyk Frania, „Mamusiu, przyjdź”. Lecę, Jula się oczywiście rozbeczała, ale najpierw trzeba utulić Siaja. Bo Małgosia się rozleciała!!! Głowa się urwała (Małgosia ma tak z 15 lat więc zrozumiałe), kulki wypadły. Obiecałam leczenie.
„Trzeci oficer” wybornie się nadał do szycia (wcześniej akurat dziś pracowałam, a potem z Julą to o szyciu nie ma mowy). Dosypałam gorczycy, Małgosia lekko więc przytyła, zszyłam, Siajo „nakarmił brzuszkiem” i zasnęli. Oboje.

I Siajo prorocki:
To autto jest moje ulucione, tupiliśmy je dawno dawno temu…Jat jeszcze nie było Lulci, ani mamusi, ani tatusia, ani babci. Był tylto Dziadzio i ja…

A Duch Boży unosił się nad wodami…

Hmmmmm

2 komentarzy

Julcia w niedzielę w kościele. Ubrana w sweterek w biało-różowo(jasno)-różowo(ciemno)-oliwkowe paski. W całkowicie różową kamizelkę. W niebieską czapkę z różowymi kwiatkami (no akurat zdjęta). Spodni i butków nie widać, bo siedzi w wózku. I pani mówi do swojej córeczki „Nie zabieraj CHŁOPCZYKOWI”.

To musi być ta oliwka.

No bo przecież nie to, że jest łysa:))))))
(Znaczy niby nie jest, ma nawet sporo włosów, ale krótkie i nader jasne).

I – syn miał się przebrać.

Twój syn to cała twoja żona. Od zawsze – poinformowała moja mama, zwracając się do Ł.
Fakt, czytam, kiedy tylko mogę. Najgorszą karą w dzieciństwie był zakaz czytania. Dom lśnił, bo nie wiedziałam, co robić z czasem, to sprzątałam.
Gdy położna zleciła zabrać rzeczy i na porodówkę do kieszeni szlafroka wsunęłam książkę.
w pokoju dzieci ma zamelinowaną gazetę – jeśli zajmą się zabawą ze sobą, to czasem kawałek zdążę.
Każde kolejne dziecko skraca mi czas na lekturę, ale wciąż walczę.

Sparafrazowane za jakąś gazetą, Ostaszewska tam miała „Na służbie u Franciszka”.
Jestem na służbie albowiem Julcia uważa, że ma mnie na wyłączność. No nie zawsze, ale zasadniczo nie chce do nikogo, albo najwyżej na moment, jeśli ja jestem obok.
Popada w rozpacz, gdy teoretycznie ją zostawiam, czyli np. robię trzy kroki do kuchni:))).
Budzi się, gdy ja wstaję – prawie bez pudła, lub wstaje ze mną, bo obudziła się wcześniej. Idziemy się myć.
Za to mama dostaje buziaki. I jeszcze czasem Franio. Do reszty się śmieje, ale najlepiej z rąk mamy :))).

Chodzenie jest niejako remedium. Bo trochę ją jednak korci, żeby pogonić i owszem da chwilę luzu.
Julcia chodzi jakby w zachwycie, że potrafi, całe ciałko skupione, ramiona napięte, powoli startuje, by za chwilę pędzić przed siebie, zwłaszcza, że problemy z równowagą stara się poprawić przyszpieszaniem. Aż do bęc.

Oprócz chodzenia Julia potrafi wiele. Po miesiącach przyzwyczajania się uwielbia jeść. Czekając niecierpliwie stuka nóżkami w krzesełko, wydaje okrzyki lub – w końcowej fazie – strzela pomidorka. Ciężko jej wytrzymać przygotowywanie śniadania, przeczekuje tylko modlitwę, klaszcze na widok złożonych dłoni. Gdy dostanie kęs wydaje sapnięcie z wydźwiękiem” No nareszcie” i je. Precyzyjnie pokazuje, co chce zjeść, zresztą za pomocą rączek i „Dy dy dy” o różnych intonacjach bardzo dobrze nam przekazuje swoje potrzeby.
Odkręcić klej – Julcia chce zjeść
Odkręcić cokolwiek  uwielbia zamykać i otwierać
Podać cokolwiek – np. nóż i tu zonk, okropni dorośli nie chcą dać. Piwa też nie dali.
Mówi: mama, tata, dada, baba, bam (piłka), mniam (jedzenie).
Rozumie „nie wolno” i oczywiście nie bardzo chce go słuchać.
Umie wspinać się na schody – ku moejmu utrapieniu.
Pokazuję oczka, rączki, podaje skarpetki i buty, kładzie je na nóżki i ponagla, żeby ubrać. Zrywa czapkę z głowy, po czym daje ją spowrotem i denerwuje się, że nie jest całkiem dobrze jakby.

Jest generalnie łobuzem, po spokojnym Franciszku, Julcia to tornado.

A tak chodzi:

A mnie zaskoczył listopad. Znaczy nie miesiąc tylko nagłe zimno i ta listopadowa dzienna melancholijna szarość. Nagle musiałam poszukać zimowych kombinezonów, rękawiczek, czapek. Dziwne.
Na szczęście po dwóch dniach dziś znowu urocza słoneczna, taka łagodnie chłodna jesień.
Franciszek od świtu ma afirmację życia.
Uwielbiam brotuły! (gotuję brokułową).
Dziś sobota, dzień sprzątania (z intonacją „Och jak wspaniale”. Franciszek dostaje zadanie zakupów, jedzie z dziadkiem, potem jest dzielnym rycerzem, który Nonem – i tatusiem jednak jednak – odkurza jakiś wrogów – wielowątkowa inspiracja bajkowa).
Uwielbiam ćwiczenia z wodzie – jedziemy na zajęcia na basenie.
Uwielbiam pana Tomta!
– instruktor.
W zasadzie jest do rany przyłóż, kilka wpadek, jedna większa.
Na deser piszingery zrobione z nie do końca udanych krówek (bo nie stężały całkiem, ale z andrutami to nawet lepiej, bo nie tak słodko). Krówki to piątkowe działanie, już jak Ł. czytał Franiowi nowego Franklina w poniedziałek to wiedziałam, że będę musiała szukać przepisu. Nie myliłam się.
Mamusiu, zrobimy trówti?
Zrobiliśmy, w kuchni było maleńkie pandemonium, bo naraz robiliśmy masę (trzeba mieszać), ja obierałam ziemniaki (obiad), Julia w szalonym skupieniu przenosiła po jednym ziemniaku z wiadra do małego garnuszka, Franio go ukradkiem wyjmował i podawał mi, żebym obrała i żeby Lulcia mogła dalej się bawić. Równocześnie w tym akurat momencie, w największym prawie garnku gotował zupę dla Małgosi (Małgorzta, żebyś słyszała jeszcze, jak on to ładnie mówi…) i żądał, żebym ugotowała / umyła garnek.
Wszystko jednak jakoś wyszło. I dziś mieliśmy piszingery, kończę przydługą dygresję.
I   dalej kulinarnie – na kolację domowa pizza. Fajna sobota, nawet wieczorna konieczność pracy (tym bardziej, że wczoraj zamiast pracy były hm hm kręgle firmowe:)) nie przeszkadza:))).

Małgosia

4 komentarzy

Jeżeli córce nie wyjdzie zaraz jakiś ząb, to ja już nie wiem co. Nocka pierwsza klasa. Najpierw Julcia wpadała w czarną ropacz, aby koło 23.30 już tylko ze mną móc leżeć. Niestety po chwili nawet to nie było dobrze. A ponieważ rankami Franciszek przybywa do nas, gdy nas usłyszy, to tu też przybył. Bo słyszał nas. Nawet bardzo nas słyszał. Jakoś po północy chyba było. A właściwie to przybyli Franciszek z Małgosią. O czym zaraz, bo najpierw noc. Przygnietli mnie z dwóch stron, a mi się tak chciało siusiu. Gdy wreszcie się mi udało wstać, byłam przekonana, że to już ranek, bo ileż moze trwać noc. No może, bo była 2.00… Stałam w drzwiach pokoju Siaja i patrzyłam na duże puste łóżko. Kusiło, ach jak kusiło. Niemniej jednak uznałam, że nie mogę tego zrobić Ł. Więc wróciłam i tylko przesunęłam Siaja (z Małgosią) na środek, żebym nie musiała go jeszcze trzymać. Małgosia była spokojna. W sumie jej obecność nam najmniej utrudniała spanie.

Kim jest Małgosia?
Małgosia dołączyła do nas jakieś 4 tygodnie temu.

Siajo zajmuje się nią czule, aczkolwiek miewa okresy znużenia rutyną opieki nad dzieckiem. Wtedy wraca do puzzli, klocków, czy np. jak dziś tworzenie naszyjnika z makaronu. Ale troskliwy jest.
Pakuje ją w becik  – j.w.
Zmienia pampersy (lub zleca to mi)

Karmi – mlekiem z brzuszta (jeśli dane nam będzie mieć trzecie dziecko, to już mu powiem, gdzie to mleko faktycznie jest…), teraz tak ustalił i się trzyma, głupio mi zmieniać po tylu miesiącach.
Nosi na rękach – lub zleca mi, o przedwczoraj: No! Zajmij się trochę dzidzią.
Bo najpierw to była dzidzia. Ostatnio nam powiedział, ze dzidzia jest dziewczynką i ma na imię Małgosia.
Jak wracamy z przedszkola, to muszę mu opowiadać, co dzidzia robiła.
Jak każdy niemowlak Małgosia chadza na spacery. Czasem przygarnia ją Julcinka (tak dziś Siajo powiedział na siostrę), ale może być ciekawiej…

Mamusiu, co jeszcze robię tatusiowie z dzidziusiami?
W kwestii pochodzenia dzidzi – Siajo jest tatusiem, a ja mamusią. Elementarne.

Ł. mi opowiedział (byli we wtorek na mszy za dziadka Ł. a potem na cmentarzu). Zapalili, spoko wszystko, ale za chwilę chciał już wracać. Ł. rozmawiał z rodziną, więc Franciszek sięgnął po twarde argumenty, że dzidzia płacze. Ojciec twardy był i zripostował, że przecież dzidzia jest z mamusią.
Z mamusią. Syn przetrawiał to jakieś – zdaniem męża 30 sek. i wypalił:
Ale ona woła TATUSIA!.
No to pożegnali się i poszli.

I jeszcze przy okazji dzidzi syn złożył nam propozycję:
Zróbcie jeszcze jednedo dzidziusia….
Hmmmmmmmmmm.

Czy mogę dać rewind i weekend jeszcze raz? Bo taki był fajny.
W sobotę impreza, rodzinna parapetówka, w sumie najbardziej męcząca część. Ale w porządku.
W niedzielę pogoda jak malowanie,a więc…
Siaju, gdzie byłes?
W dórach!


Ja wiem, że Kozia Góra, to niespecjalnie wysoko, ale jednak niespełna czteroletnie nóżki naszego synka pokonały ją samodzielnie.


 A potem była herbata z cytryną, frytki i pierwsza w przyszłej kolekcji Frania pieczątka ze schroniska. Julia też pokonała górę w komfortowych warunkach pchania przez ojca w wózku. Jako że wybraliśmy podejscie od Błoni, to szliśmy starym torem saneczkowym, bo ścieżka raczej niewózkowo obfitowała w korzenie i wąskości.
A potem hajda na naleśniki!!!!

Wczoraj ogród, a potem wyskok do sfery. Cały nasz syn – zamienić swoje lody z bitą śmietaną na mój jogurt z musli:))),
Nowy Franklin z księgarni.
A dziś pilne prace. Bo rogale to raz, a dwa prezenciki dla prababci. Franio był bardzo bardzo zajęty. Tym bardziej, że jako młody rodzic… ale o tym jutro.

Kapusta

3 komentarzy

Mam ogromnego fioła, żeby mój syn lubił i widział, jak generalnie fascynujące jest życie. Więc. Podarowano nam 2 główki kapusty i przypomniałam sobie, jak to kiedyś kisiliśmy kapustę i jak ja to lubiłam. I ze gdzieś w czeluściach piwnic mamy garnek. (Pod domem rodziców jest 7 piwnic, normalnie mieszkać tam można). Namówiłam mamę na kiszenie, tata dokupił 2 kapusty.

I kisiliśmy aż miło.

Zgodnie z przewidywaniami Franiowi się szalenie podobało, bo deptał.

Julii też się podobało, jak on deptał. Dodatkowo świanęła ze stołu jabłko i samodzielnie zjadła 2/3 gryząc zgodnie z wszelkimi regułami sztuki wg stylu jedzenia jabłka mamusi (tatuś je inaczej).
Franio deptał. Ordynował zabieranie nadmiaru wody. Idealnie wszedł w lekko staropolską aurę samodzielnego przerwarzania dóbr natury i wzywał:
Kobiety! Kminek!
No to sypałam.
Kisi się nam pół garnka kapusty.

***
A propos Julci i jabłka, które jadła jak leciało, czyli ze skórką.
Mama moja daje jej winogrona. Dopytuje, czy obrać ze skórki, czy pestki zabrać. W sumie byłoby fajnie, tylko…
Dyskusja staje się akademicka, gdy Juleńka zwija całe winogrono i wkłąda do buzi. Na szczęście ma odruchy altruistyczne i poproszona nakarmi mamę. Czyli mnie. Bo ja mam sporo przywilejów za to że jestem na służbie u córki.
Babcia walczyła i jednak obierała. A i tak Jula w minimalnej chwili nieuwagi zrobiła jej to co mi, czyli porwała i zjadła same skórki.
Dlatego od początku byłam sceptyczna;).
I jeszcze dlatego, że jak miesiąc wczesniej zbieraliśmy nasze, to porwała całą kiść i sobie ogryzała:).

***
Debet snu chwilowo nie do opanowania. Mam do wyboru:
-rzucić pracę,
-rzucić dzieci,
-rzucić tzw. INNE życie, czyli poczytać, napisać, zjeść kolację.
Z niczego jakoś nie bardzo mogę lub nie chcę:))).
Mam świadomość, że nie można przegiąć i staram się. Bardzo. I czekam aż będą spać dłużej:))))>

6.11.2008

4 komentarzy

W zasadzie wszystko ok, ale jakiś dołek mam. Trochę trwało zanim jednak przyzwyczaiłam się do nowego miejsca zamieszkania, może nawet nie tylko o samo miejsce chodzi. Tylko wciąż tyle rzeczy jeszcze, a że TPSA odmówiła nam telefonu, a więc i netu, to muszę pracować u mamy, czyli obok. Tak więc w zasadzie z Ł. wciąż jesteśmy gdzie indziej, bo on wieczorem ogarnia trochę dom.
W sumie to sytuacja podobna do pierwszego miesiąca po narodzinach Luli, gdy byłam bardzo szczęśliwa, ale zarazem totalnie oszołomiona nową sytuacją.
Dobrą stroną jest, że już mnie warczę na męża:(((. Głupio mi strasznie, bo raz, że dla niego to też nowości, a dwa ja tu taka jędza, a on mnie ratuje (tak, w tym tygodniu co prawda nie zgubiłam kasety, ale zapomniałam jednego tekstu. Kochany mąż udał się do biblioteki i skserował).
W dodatku to nie wiem czemu – i powoli mnie to zaczyna martwić – jestem tak strasznie strasznie zmęczona. inaczej – niby wiem: wstaję codziennie przed 7, a czasem i wcześniej, spać chodzę minimum po 23, gonię po schodach, najczęściej z obciążnikiem czyli córką. Ale czy to naprawdę wyjaśnia, że chwilami praktycznie zasypiam? Koło 18 zazwyczaj? Może też pogoda, najpierw halny, potem to męczące ciepło. Ja lubię ciepło, ale tak normalnie jakoś. No więc nie wiem, jak to z tym zmęczeniem. Bo nachodzi mnie, że wcześniej tak nie miałam. Ale też nie miałam dwójki dzieci.

Angina w odwrocie, dziś ostatni antybiotyk. Wielkim wsparciem było nam tym razem „Było sobie życie”, a punkcie którego syn dostał hopla.
Rozpocząć operację mitoza, słyszymy o poranku. Lub: Lula śpi, ja szybciusieńko zaglądam w maile, a od kanapy dobiega: Do atakuuuuuu!
No więc rozumiemy się: angina, niedobre bakterie, mnożą się (ostatnio tłumaczyłam, co znaczy słowo mnożenie), więc antybiotyk czyli przeciwciała, kapitan Metro, już walczy. Za antybiotykiem jeszcze coś, żeby się kolega antybiotyk nie pomylił i dobrych bakterii nie zjadł, czyli nystatyna (Franio jest przywiązany do bakterii coli i makrofagów, które zresztą uważa za rodzaj żeński – jestem matrofada mamusiu i haps malinkę lub poziomkę).
Syn niestety jest jeszcze mocno osłabiony, wczoraj padł o 18 na kanapie i nijak nie szło go obudzić. Jakoś wepchaliśmy leki, potem troche umyłam i położył się spać. Wstał, gdy ja wstałam robić śniadanie.

Jak generalnie wiadomo młodsze dzieci zazwyczaj robią wszystko szybciej. Bo od rodzeństwa się uczą
Jula też.
Od dawana umie sama trzymać butelkę, chce sama jeść – jak z zupą nie wychodzi, to wkłada rączkę, łowi coś, nakłada na łyżkę i dopiero do buzi.
I malować też musiała. Franio malował swoją tarczę i miecz (partii…:)), oczywiście Franklina Franklin).
Julcia poTworzyła.
Pędzel jeszcze nie jest interesujący.

I tak, farba ładnie rozsmarowała się po buzi.

Kaszojady!!! – czemu nie mogę dodawać komentarzy???? Za każdym razem blox mi pisze, że adres URL nieprawidłowy… Więc spóźnione, ale nie z mojej winy życzenia dla Ciebie!!! dla Leosia też pewnie się nie uda wpisać u Ciebie.


  • RSS