cypisek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2008

Od Wigilii padał śnieg :)))). Tak więc od pirwszego dnia świąt codziennie pędzimy na sanki. Albo na spacer, albo na górkę (ho ho, z 200 m zjazdu) albo do lasu, gdzie się scigamy, jako że mamy dwa pojazdy.
Gotowi do startu.
Julia uwielbia też, gdy Franio siada na jej sanki.

A tak to nie bardzo chciała, chyba nóżki ją bolały, woli jak pedzi się za sankami z Siajem. Zjazdy z Siajem odbywamy na zmianę, oboje z Ł. uwielbiamy sanki (kiedyś jeszcze B.C – before children – pożyczyliśmy od małoletniej sąsiadki, bo mieliśmy chęć pojeździć).

Chyba nie trzeba dodawać, że Franio też lubi. Opcjonalnie poza wyścigami i zjazdami może być jeszcze rozwożenie preznetów jako św. Mikołaj.

A tak wyglądałam w drugi dzień świąt. Ł. pojechał na chwilę do rodziny, my z ospą nie:). najpierw poszłam z samym Siajem, bo Lu spała. Na narty i sanki i plan był, że potem Lula, a on idzie na nogach. Ale jak widać….

Wyścig. W lesie obecne też sarny i łanie (ścigały się przez drogę :)).

Siostrobratopchacz

Poza tym, to sprawdzamy, czy lód twardy i jakie ślady są w lesie i ile budek wisi i czy w karmniku są ziarenka.
(Jaki on malutki się tu wydaje, normalnie w kontraście z Miniacórką jakoś większy, aczkolwiek sam to krasnalkowaty).

I – lubią się.

Ach jak fajnie. I jeszcze koleżanka wczoraj napisała, że mąż szuka towarzystawa na narty i Ł. był i bardzo zadowolony, a wieczorem byliśmy  w kinie (bo bilety z firmy do końca roku tylko). I na jutro mały plan, może wyjdzie.

Nasza szopka, Maryja i Józef poszli po coś do jedzenia;), zrobię ich w przyszłym roku. Za to pojawili się też nieortodoksyjni: bałwan kaczka i nietypowych rozmiarów biedronka.

Święta cudne.

Nasze aniołki. Julcia co prawda rozpoczęła wigilię od rozpaczliwego płaczu, ale w końcu zrozumiałe – na stole tyle jedzenia, a tu nic nie dają. Składanie życzeń jakoś szło, bo można było zjeść opłatek;). Ale potem oboje wcinali równo. Pisma o dzieciach donoszą, że znaczna część dzieci nie lubi świątecznych potraw. Nie dotyczy to naszych.

Tu, proszę – sałatka ostatnie starcie.

A potem dziwnym trafem, jak na chwilę wyszliśmy, to przyleciał aniołek. A raczej chyba chór anielski, z ilości sądząc. (I tak nie był to koniec, bo ciut jeszcze w I dzień Świąt i całkiem dużo w II dzień, bo wujowie dojechali.)
Franio mianował się św. Mikołajem, a Lulcię swoim pomocnikiem. Pięknie składał literki, z niewielką pomocą ustalał imię i roznosili. Lulcia w sposob dość hmmmmm dowolny? Np. jakiś czas nosiła wszystkie mojemu tacie;).

Mikołaje przy pracy

Czasem trzeba się naradzić, ustalić strategię.
Mikołaj-guru i Mikołaj-czeladnik

Mówiłam nieraz, że córka nasza to wojowniczka? Żaden rozmiar prezentu jej nie straszny. jak już nic nie mogła zrobić, to po nim deptała.

I jak widać poniżej, było super. Wszystkie przygotowania były, prezenty trafione idealnie i bawimy się na całego, nastrój był fantastyczny, dziękujemy Boże za takie święta.

Ponadto spadł śnieg i…, ale o tym już jutro.

Wigilia

Brak komentarzy

Za oknem pada śnieg, w domu pachnie makiem, konfiturą i grzybami.
Wszystkim czytającym i sobie samym życzymy wielu łask Bożych i  wszelkiej pomyślności życzymy My.

Stan generalnie tzw. tuż przed. Porządek jeszcze przed fazą, gdy go widać. Wczoraj zapowiedziałam Franiowi dwa dni porządków, ach jaki szczęśliwy. Bo u nas sprzątają wszyscy, aczkolwiek najbardziej Ł.. Zasadniczo jednak mamy pełną świadomość, że w obecnym okresie życia możemy osiągnąć zaledwie chwilówkę.
Mak na makowce gotowy, prezenty zapakowane (prawie 3 h, bo ja pakuję ogólnie na rzecz całej rodziny), życzenia wysłane.
Choinkę ubraliśmy z Siajem, jak Lula spała.
Gdy wstała…

Podoba się, tylko nie chcą dać pobuszować.

A Julia uwielbia sama sprawdzać. Posiłki teraz są z opcją talerzyk (Franio jej wybrał na urodziny) i widelec. I je, całkiem sprawnie, tylko czasem jej trzeba nabijać. A jak się zmęczy manierami, to odrzuca widelec (ma taki wielkopański gest) i łapkami. DZiś np. kalafior i ziemniaki, a wczoraj placki ziemniaczane. Gorzej z zupą;).

Franiowa ospa w odwrocie, i on zadowolony (Nie będzie marudy teraz przy smarowaniu, mamusiu) i  dla matka odczuła luz (10 minut paćkania, a nie 20).

Julcia znonwu chce wszystko z mamą, więc bywa i tak.

Ale rogaliki (w niedzielę) były dobre.

21.12

2 komentarzy

W czwartek były zajęcia otwarte….

Śnieżynki były rozczulające, naprawdę jestem fanką przedstawień przedszkolnych. A drugą świetną rzeczą było, że przedstawienie kończyło się zaproszeniem. Otóż św. Mikołaj dostarczył choinkę, ale bez ozdób i rodzice / babcie robili z dziećmi. I zrobił się TAKI fajny rozgardiasz. Aczkolwiek nic nie przebije sajgonu, jak w piątek przyszłam po Siaja na koniec przedszkolnej wigilii, 90 dzieciaków w jednej sali ha! A w czwartek było jeszcz ciasto i kawa / herbatka. Bardzo lubię nasze przedszkole. Panie znają każde dziecko (nie tylko wychowawczynie, panie z kuchni też), dodatkowo uwielbiam piechotą chodzić z Julą po Frania i potem spokojnie, bez pośpiechu wracać spacerkiem z obojgiem. Co prawda logistyka jesienno-zimowa jest doprawdy niezapomnianym przeżyciem. Franiowi czasem tzreba ubrać rajtuzki, potem ubieramy buty, zakładamy kurtkę, czapkę, szalik, rękawiczki. W tym czasie Juleńka X razy zwiewa nam w kierunku stopnia lub chowa się między szafkami. A raz udało się jej wyjść z cudzym kapciem, trzymałam ją na rękach, a ona go jakoś za moimi plecami schowała. No i po wyjściu sprawa się rypła i jeszcze raz biegiem spowrotem.

W naszym ambitnym planie adwentowym kolejna pozycja zrobiona, czyli figurki i ozdoby z masy solnej. To są w zasadzie bohognioty, bo ze mnie totalne beztalencie plastyczne (w podstawóce mama czasem za mnie malowała, a co roku musiałam zdawać na piątkę z plastyki). Ale dla syna – nie ma sprawy. Masa solna okazała się właściwym tworzywem, bo spełniała ważny warunek, a właściwie dwa:
- nie smakowała Luli;)
- łatwo się sprzątała i nie robiła plam.
Więc robiliśmy.

W naszej szopce będą… hmm.. Jezus, wołek, 2 owieczki (na razie więc ok) plus bałwanek, biedronka rozmiarów imponujacych i aniołek. Generalnie moim zdaniem najlepszy jest karp:).
W naszym planie ciężko natomiast mieści się sprzatanie. Na razie jest lista niezbędnych czynności;).

Beztalencie plastyczne ze mnie, ale mam nową dziedzinę wyżywania się artystycznego. Maluję Frania. Na biało. Na ospę:).
Obecnie w szczycie choroby (oby oby) seans malowania zajmuje mi 15 minut. Więc, choć Franio przechodzi ospę super i nawet go nie swędzi, to tyle paćkania jest ciężkim wyzwaniem dla naszej cierpliwości.
Wizualizuję ewentualne paćkanie Juleczki, czyli np. mnie goniącą za córką.
Franio mówi o sobie – Biały Ser.
Obecnie jest bardziej biały niż cokolwiek innego.
Ale jest nam dobrze, machnęliśmy jeszcze piernik (bo fajny przepis dostałam i musiałam po prostu musiałam wypróbować), a dziś rogaliki z makiem, albowiem mieliśmy już gotowa mase makową z poprzedniej produkcji,a  do makowcó światecznych zrobię nową.
Oba pomysły pozwoliły mi odsunąć opcję – skończyć tekst, ale jednak w końcu dziś go skończyłam. Następne czekają.

Co do córki, to ostatnio hitem jest jedzenie widelcem. W środę byliśmy w karczmie i błyskała manierami (nie zawsze błyska, a przynajmniej nie manierami, zwłaszcza, gdy jej zdaniem za wolno przygotowuję jej talerzyk). Lubiła i chleb suchy i ze smalcem i sałatkę i zupę czosnkową i na koniec pełny talerzyk gotowanych warzyw.

Przyjęcie

1 komentarz

Bardzo, bardzo dziękujemy za wszystkie życzenia:)).

W sobotę było podwójne przyjęcie. Skoro póki co dzieci nie domagają się osobnego. Przyjęcie było bardzo udane, goście byli, prezenty dali, jedzenie było, zabawa też, czegóż chcieć więcej.
Jubilat starszy ok. 19.30 był tak padnięty, że udał się do pokoju i zasnął. Zadziwia nas to czasem. Dziś Ł. mówi:
Zbadał i wyleczył Malgosię i drugą lalkę, schował narzędzia, zamknął porządnie kuferek, odstawił, obrócił się na boczek, zamknął oczy i już. I śpi, w dwie, trzy minuty śpi:))). W sumie ja też tak zasypiam (tylko zamiast leczenia lal mam inne obowiązkowe i nadobowiązkowe zajęcia), więc wychodzi, że po prostu prowadzimy szalenie intensywne życie;).
Jubilatka młodsza natomiast brylowała i balowała, padła też ładnie, ale dopiero po gościach, czyli po 21!!!
No więc prezenty:

To ten wózek. Nie, żebyśmy byli jakoś super szczęśliwi z wózka na zimę, ale cóż skoro tak się urodziła. Julia bowiem pędzi z nim entuzjastycznie wołając „brumbrumbrum”, a że nie umie skręcać wali w każdą pzreszkodę. Pomoc przyjmuje z najwyższą niechęcią, jest bardzo wkurzona, gdy trzeba zawrócić.
Roczny Franciszek dostał rowerek, też było to ciężkie, ale wtedy schowaliśmy. Teraz chwilowo nie możemy, bo Franio też się wózkiem bawi (wózki są wśród chłopców szalenie popularne, ostatnio w przedszkolu, jak czekałam na Siaja, to jeździło 5 chłopców i jedna dziewczynka. Pewnie dlatego, że dziewczynki mają w domu).
Torty – robiła jednak cukiernia, bo z powodu chorób nie wyszło już, ale dziadek zamawiał indywidualne, dostosowane do adresata.
Wywołał zachwyt obojga.
Franciszkowy (inspiracja Tomek i przyjaciele)

Julciowy (inspiracja brumbrumbrum, nawet w basenie mówi brum, gdy ją holuję).

Syn

9 komentarzy

Urodził się równiutko (lub prawie równiutko) 4 lata temu.
Czy mi  się to wydaje niedawno?
Raczej jakby był z nami od zawsze. Czy kiedyś go nie było?
Franciszek
Dowód, że synowie są fantastyczni.

***
Dostał od nas zestaw małego lekarza.
Taki kuferek, plastikowe przyrządy. Drobiazg, ale przemyślany.

Mamusiu, tat strasznie chciałem to dostać! Dziętuję, dziętuję, że mi to tupiliście!!!
Syn barokowy.

16 grudnia

Brak komentarzy

Dziś Kraków miły, pogoda łaskawa, ale przede wszystkim kawa z Lisią Norką i Mi. Milence w kawiarni się chyba podobało, aczkolwiek miała nieco inną wizję spędzania tam czasu niż my.
Dziękuję za spotkanie, bardzo mi było potrzebne!

Adwent trwa, na wieńcu palą się już trzy świeczki. Moje postanowienie tym razem to więcej pokory. I jak tylko sobie generalnie wszystko przemyślałam, to zrobił się spokój, nie denerwuję się tak, nie złoszczę, gdy coś mi wpada do planu.

MiniaCórka też wpadła w harmonię, złościć się złości, ale nie lamentuje za bardzo, przeciwnie radosna jek prosię w deszcz i co chwila się przytula. Rozczulające.
Poza tym chce malować kredkami. Znaczy nawet może, ale chce nie tylko po kartce. Ostatnio pomalowała po ścianie, niania jej nie pozwoliła (bardzo sie obraziła). Ale następnego dnia pokazywała mi plamę i mówiła: „Ba. ba ba”. Zakładam, że była to skrucha,a  nie opinia o zakazie…:)

Franciszek ma na wszystko odpowiedź, albo ma ją nawet gdy nie było pytania.
Nieco zdegustowana informuję go, że lamentuje jakby był dzidziusiem
To nie jest właściwe słowo mamusiu!
???? A jak mam mówić?
Franio do mnie mów!

Triumfy święci gra planszowa „Zawody” (w sensie rolnik, kucharz), gramy przy kawie i jest super, nawet Juli obserwuje dłuższą chwilę.
Juli dostała wózek. Bardzo różowy, bardzo. Podoba się jej, bo ma kółka, na zawartość nie zwraca uwagi lub usuwa.
Franciszek natomiast….

Małgosia na spacerze :) (kiedyś byliśmy razem, oboje w chustach. Wierzę, że uśmiechy sąsiadów wyrażają pogodną życzliwość).
Zawsze chciałem tat pojechać mamusiu.
Bardzo chciałem, żeby Lulcia tati wózet dostała.

Taaaa.
Sugeruje też nabycie dla Lulci (hahaha) którejś z reklamowanych lalek-co-to-np.-na-nocniku-siedzą.
Jasne.

12.12

4 komentarzy

Ciężko, ciężko, ciężko dziś.
Tydzień jak razdko kiedy, bo i Warszawa (czyli pobudka o 3.50), w środę po południu skok do Krakowa, bo święto, z ktrego wróciłam o 23.30, czwartek konferencja. Ufff, dobrze, ze poza mną. Dziś dom, ale niekoniecznie lepiej jakoś.
Zadzwoniłam rano do przychodni i zarejestrowałam F., J. i Ł.:).
Bo Franio dalej kaszle, Julcia włąśnie kaszle, a Ł. coś niewyraźny jakiś.
Efekty wizropyyty średnio dobre:
-Franio ok, jeśli nic nie pogorszy się nagle, to spokojnie wychodzi,
-Lula nieźle, ciut gorzej niż Franio, ale ona sobie świetnie póki co radzi z chorobami,
-mąż – angina:).

Może i dzieci sobie radzą, ale i tak Lu marudziła, bo katar i kaszel ją męczą, Franio wciąż wzywa z chusteczkami. A wieczorem wymyślił sobie opcję lamentuję, normalnie straciłam cierpliwość :(. Ostatecznie jednak łzy zosatły wstrzymane, dzieci wypiły wszystkie syropy i udały się spać. Ja częściowo praca, częściowo krojenie na sałtkę na jutro, bo jutro urodzinki do kwadratu.

A – zważyłam Lulcię w przychodni. W sierpniu ważyła 8100. Teraz przytyła, a jakże… waży 8400.
Co na to pani doktor? – pyta moja mama.
Że filigranowa
Taką mamy córkę kieszonkową.
Ale nie ma szans jej przeoczyć.
Jak ktoś wychodzi, to Lula leci i swoje buty też przynosi.
Oczywiście asystuje jedzącym (Franio zazwyczaj też), są opcje biegania za dzieckiem z jedzeniem, a u nas jest bieganie ZA jedzeniem.

Skoro zostawiłam Frania w domu, to adwetowych czynności c.d.
Robienie ozdób na choinkę.
Najpierw bardzo spokojnie…

…a potem wstała Lu.

Spodenki ma w farbie, nawet na włosach ją miała.
Obraziła się, ze nie daję.
Podstępnie starała się dorwać.
Ale ostatecznie udało się skończyć.

10 grudnia

4 komentarzy

Przepis na prośbę :)) (Lisku oczywiście, ze zdążysz, a z Mi to już w następnym roku będziesz robić:))):

1/2 kg miodu – do rondla i grzejemy, do tego
1/2 kg cukru – dosypujemy i topimy i
1 kostka margaryny

Aż się ładnie połączą, nie zagotować.
Odstawić do wychłodzenia. Potem dać:
2 jajka
łyżeczkę sody rozpuszczoną w 2 łyżkach letniej wody
Lyżeczkę cynamonu, łyżeczkę imbiru i mielonych gożdzików (goździkóe nie miałam, dałam więc jeszcze łyżeczkę przyprawy do piernika)
sok z cytryny plus otartą skórkę
Wyrabiamy sypiąc mąkę, aż zrobi się dobre go wałkowania ciasto (mi chyba przynajmniej z kilo weszło). Odstawić na godzinę (bo inaczej pierwsze będą za bardzo rosły). I robić :)))

Uwaga: ja robiłam z tej proporcji i mamy dużo: pół wiadra, puszkę na choinkę plus 10 sporych serc. Jak nie macie potzreby tyle, to zróbcie jeszcze z połowy.
smacznego!

***
Wczoraj Warszawa, poranny pociąg. Interesująca konferencja, a że materiały zebrałam, to potem się zwinęłam. Złote tarasy – podobało mi się tam, bo przez ten dach było widać niebo, zapalajace się pomału światełka, nie było tak obco. W H&M nie mogłam się oderwać od dziecięcych rzeczy, trochę pokupowane (część po telefonicznej konsultacji z babcią na jej zamówienie), śliczna staroświecka sukienka, fioletowa w groszki, będzie na wiosnę.
I kawka w uroczej kawiarni. Dobrze było pierwszy raz od dawna pochodzić po centrum handlowym samej, bez pary rozbójników, z których to mniejszy jest tym większym:). I wystarczy, już się nasyciłam:) sklepami.
Kupilam coś niecoś dzieciom.
W porządku, a sobie?
No coś ty! Nawet nie patrzyłam. Sama?
Bo tak naprawdę nie lubię sama za bardzo.


  • RSS