cypisek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2009

29.01

2 komentarzy

Na dole pachnie sernik. A miałam miła wizję, że została reszta pączków, co wczoraj robiliśmy z Franiem i dziś nie piekę. A potem mnie olśniło, że jutro w przedszkolu dzein babci i dziadka (przesunięty o tydzień, bo pomór dzieci;)), a ja obiecałam zrobić ciasto. No to siup, Franciszek fartuszek i klasyczny wiedeński w toku. Taki ładny nam wyszedł i tak pachnie, obiecałam Ł., że w weekend zrobimy drugi;). Nie dziwne, że ładny, w końcu włożyliśmy w niego z Franiem całe serce, a Julcia dodatkowo nawet pyszczek. Wisiała nam nad makutrą i próbowała zjeść, a rodzynki to już musieli oboje dostać.

Wczoraj dzień – masakra. Julcia postanowiła w południe nie usnąć, po godzinie musiałam iść do Frania, bo tyle mam max czasu, on wtedy ogląda bajki, a po Lousie, co gotuje, wyłącza. Julia walczyłą jeszcze długo, a jak już wstała, to określenie, że nie była w najlepszym humorze jest daleko posuniętym eufemizmem. Franio miał opcję, że nie ubierze spodni, normalnie coś w nich wlazło. Jak wyjeżdżałam z nimi do lekarza, to już miałam dość. Ale skoro ostatnio było w domu ok, a u lekarza sajgon, to może odwrotnie?
I tak na szczęście było, m. in. że tym razem dotarł do nas Ł. I dobre wieści, zdrowi oboje, Julcia tylko musi skończyć antybiotyk i inhalacje. Ufffffffff, bo teletubisie 3 x dziennie to lekka przesada (przy misiach nasza Misia siedzi nawet z maseczką, w innej sytuaji zwiewa.

Dziś znacznie lepiej ogólnie. Po Frania z saneczkami, Julcię popilnował dziadek, bo jednak zimno, a to długo. Ale potem chwilę się pobawiliśmy w ogrodzie. Franio zachwycił się wizją obiadu – super klasycznie: jarzynowa i kotlet z zieloną sałatą (dla kontrastu z wczoraj: zupa serowa i spaghetti sorrento) i jadł, ze hej, Julcia tak samo (jak Ł. wrócił to jeszcze jemu wyżerali).

Wersja spacerowa z poniedziałku:

Plus spacerowa Małgosia

A to już wersja środowa i czwartkowa, jakby inaczej

Wczoraj w przychodni zdziwienie. Czekaliśmy już, gdy spóźnione wychodziło ostatnie dziecko zdrowe – bo zazwyczaj są oddzielone. Noworodek, 2 tygodnie max. Płakał. Tata biegał, położył na przewijak pieluszkę, żeby nie było zarazków. Ok. Ale potem ZAMIAST natychmiast się z nim zmywać mama postanowiła, że musi się najpierw uspokoić. maluchowi szło ciężko, bo i ciepło i hałas (5 dzieci czekało). Jak już się uspokajał, to go kładła i on znowu w ryk. Ponad 20 minut tak chodzili, a dzieciaki kaszlały. Jak dla mnie bez sensu, przecież lepiej chwila płaczu, ale nie ryzykować choroby.
Dzieci tym razem u lekarza w wersji aniołki, Franio zgodnie z ustaleniami przeprosił panie pielęgniarki, pani dr nie, bo tamtej już wczoraj nie było. Generalnie krzyczenie wygaszamy, Franio chwycił – żadna nowość, ale co jakiś czas odkrywa na nowo – że mama na krzyki głuchnie, zaprezentowałam mu też jak niemiły jest dla ucha wrzask (godzinę mnie gardło bolało, ale opłacało się, bo przyznał że bardzo niemiłe;)), sami też skontrolowaliśmy, żeby nie przesadzać ze strofowaniem. No i możliwość pogonienia po polu, wszystkim nam poprawia nastrój:)).

7 i 14

8 komentarzy

7 lat temu – to znaczy w piątek 23.01 było siedem – pielęgniarka obudziła mnie coś po 5, wcisnęła garść leków i poszła. Połknęłam, powlekłam się umyć włosy (zakodowałam to sobie, bo nie wiedziałam, kiedy znów mi się uda) i bach spowrotem spać. Poprzedniego dnia dali mi coś nasennego, taki standard na kardiochirurgii, pewnie, żeby pacjenci dotrwali, ale że nigdy nie brałam nic takiego to mnie zmiotło. O 7 było małe pandemonium, łóżko po mnie przyjechało, a mnie nie ma, nie czaję się, czekając na operację. No nie, bo spałam. W końcu jedna pielęgniarka mnie znalazła, sajgon, dokumenty depozyt, na szczęście dwie siatki (na OIOM i na zwykły pooperacyjny, gdzie mam nadzieję dotrzeć za dwa dni były gotowe). Ja też byłam gotowa, wreszcie, dwa dni pobytu, przy przyjęciu uroczy lekarz, który dał mi Kinder Bueno (bo to potrwa, Pani padnie z głodu, a w badaniu nie wyjdzie), potem grupa 30 studentów, którzy kontemplowali mój przypadek, 15 stetoskopów próbuje badać naraz (obecnie moje zdjęcia rtg sprzed i po operacji są używane na wykładzie z anatomii, który prowadzi moja przyjaciółka;)). Mili ludzie, fatalna, fatalna psycholog. Nie powinna tam być, po pierwsze za godne pracy z nią uważała tylko starsze panie, mężczyzn i takie rodzynki jak ja zlewała, do mnie wcale nie przyszła! Zresztą te panie też beznadziejnie wspierała, potem skarżyły się, że tamta pani mówiła, że będzie lepiej, a tu nic. Za to świetni rehabilitanci, którzy nas szkolili, jak oddychać po wybudzeniu i super ojciec, zakonnik, który chętnym mającym nazajutrz operację oferował codziennie małe nabożeństwo. I rozmowę. Tym razem naprawdę wspierającą.

No więc zabrali mnie, wbili mi masę igieł i dla mnie dzień się skończył. Czasem łatwiej być pacjentem. Bo mama i Ł. siedzieli i czekali. A operacja zamiast 3h trwała ponad 5. I wszyscy do nich dzwonili, a oni nie wiedzieli, co się dzieje, wiedzieli tylko, że trwa, że profesor jest na bloku, czyli coś robią.
Robili a jak! Rozcięli cały mostek, porazili płuca i serce, podłączyli płucoserce. Okazało się, że moja piękna wada, była piekniejsza, że dlatego rok to diagnozowali, bo żyła celowała w dziurę w sercu i dziurę zasłaniała, za to rewelacyjnie szkodziła, że dlatego było coraz gorzej. Tak rok może jeszcze by to trwało, powiedział profesor.

Obudzili mnie wieczorem, nie to akurat nie jest wspomnienie, które chcę pamiętać, ale lekarkę która trafiła w sedno to tak – „Była tu Pani mama. Wszystko będzie dobrze”. Tata złościł się na mamę, że weszła na ten OIOM i patrzyła mnie w tych monitorach i kablach, ale ja rozumiem. Teraz jak najbardziej.

Dzień później byłam na pooperacyjnym, dzień leżenia i tylko wstanie, bo dreny, mama i wujek byli na chwilę, ale więcej nie chciałam, patrzenie mnie męczyło.
Ale w piątek, dwa dni po operacji wyszłam do mamy i Ł., trzymając rehabilitantkę za rękę, ale wyszłam.
W szpitalu w Krk byłam tydzień, Ł. przychodził co rano i mnie czesał, przynosił po jednej mandarynce i monte, chodził ze mną po korytarzu, bo miałam chodzić, a nie miałam siły. Mama przemycała kawę z McDonalda.

Potem szpital sanatoryjny w Rabce, codzienna rehabilitacja, było tam miło, byłam generalnie maskotką, jako jedyna z chorych miałam dietę na przytycie, oni mieli gotowaną cielęcinę, czekali co dostanę ja. Dziwne życie, gdy wszyscy chorzy, tworzy się specyficzna hierarchia, zawałki patrzą z obawą na bypassy, a creme de la creme to zastawki i wady;). Wieczorami oglądaliśmy olimpiadę lub M jak Miłość (lub oba na zmianę).

Ludzie czasem jakby nie chcieli wyzdrowieć, na rehabilitacji prawie bili się o miejsca, gdzie nie było widać i mogli się obijać, jedna pani raz PO miała niższe tętno niż przed ćwiczeniami;), niektórzy całe 3 tygodnie nie wychodzili na spacer, bo ach och zaszkodzi, cukrzyk wymieniał swój biały chudy ser na wędlinę, a ukradkiem na mieście jadł kurczaka z rożna, inni palili za rogim budynku.

Po dwóch tygodniach wróciłam do domu i nastały miesiące rehabilitacji, 3 miesiące spanie tylko na plecach, wszystko prawie bez użycia rąk praktycznie, jazda bez pasów, nic ciężkiego. Wróciłam i skończyłam studia, bo Ł. mnie woził, bo koleżanki nosiły mi książki. Mostek się przesuwał więc 5 miesięcy bandażowania na dzień i noc, po pół godziny luzu rano i wieczór. Kontrole.
Czy to się źle zrosło? Jest minimalna różnica w wysokości płyt mostka – pytam na kontroli, co i jak.
Nieee, to komora serca się powiększała i w sumie to garb się robił. Ale pani by się nie zdążył zrobić…
Moja mama się złości za takie teksty, ja jakoś spokojnie. Także tekst:
Nie najlepsze wyniki, ale rozrusznika nie trzeba - przyjmuję na luzie.
Moja przyszła teściowa co tydzień przywozi mi galaretkę z nóżek (dobre na kości), przyszły teść czasem wozi, gdy trzeba. Ja mozolnie ćwiczę, pilnuję się, wstaję z łóżka przy pomocy drabinki sznurowej (patent ze szpitala, kupiliśmy do domu;)).
….
Po pół roku wyszłam za mąż. Tak jak obiecał profesor, że będę tańczyć na moim weselu. Blizna była jeszcze bardzo wyraźna, ale ja i tak miałam suknię bez ramion – wybraną dwa dni przed pójściem do szpitala, wybraną bo tak mnie zachwyciła i kupiliśmy z manekina, leżała jak ulał.
Niektórzy – z dobrego serca – pytali, czy nie chcę innej, zasłaniającej, taaa chyba z golfem. Ale ja celebrowałam życie, tańczyłam dwa dni prawie bez przerw.

Crazy pisała o lekarzu, który jej sugerował, że ma sie cieszyć, że ma męża, bo blizna i rozstępy. Dobrze, że mnie nie leczy, bo ach: cięty mostek, blizny po laparoskopii, po przepuklinie, po drenach i tak, rozstępy też mam. Ale i tak czasem czuję się ładna;).

Julcia ma dziś 14 miesięcy, patrzę ma moje dzieci. Dziękuję Bogu za życie, nie byłoby ich bez operacji, nie mielibyśmy szans przeżycia. Dziękuję za upór mamy i Ł. bym poszła do lekarza i za lekarza, którego nie zadowolił brak anemii i cukrzycy, który chciał mieć pewność.

Tydzień z kategorii ciężki. W poniedziałek, środę i piątek u lekarza. Bo najpierw była próba bez antybiotyku, potem już nie. W piątek dodatkowo z Julcią i niestety malutka też zapalenie oskrzeli i antybiotyk. Dwie noce kompletnie w plecy, bo kaszel tak ją dusił, że spała w zasadzie albo na mnie, albo miotała się strasznie. Ech.

W piątek w przychodni była ogólnie masakra. Nie było naszej ukochanej pani doktor, zastępczyni mnie nie do końca przekonuje. Nie dyskutuję o antybiotyku, gdy słychać zmiany, ale reszta jakoś tak… U Frania od razu poznała, że miał ospę, a u Julci pytała skąd zmiany na skórze. Kazała jej teraz nie wprowadzać żadnych nowych owoców. Hmm – Julcia już ma wszystko wprowadzone;). Dieta lekkostrawna – trudno, jak Julcia nie chciała nic, tylko kiełbaskę, to dałam. Generalnie wydawało mi się, że zalecenia jakby na wyrost, ale w sumie drobiazgi, zasadnicza diagnoza niestety zupełnie mnie nie zaskoczyła.
Masakra nastąpiła potem. Nasza pani dr daje Franiowi zawsze przybić pieczątkę. A w zasadzie dwie. Ta nie za bardzo chciała, dała w końcu jedną, o drugą już nie prosiłam. I co syn? Ano był (nie)uprzejmy wpaść w rzetelną histerię, z tupaniem, krzykami. Już na korytarzu, ale nie ma obaw, nawet myszy nas słyszały. Ponieważ generalnie w miejscu publicznym zdarza się to super rzadko, nie mam jakiejś recepty. Zrobiłam to co zawsze – czyli swoje. Musiałam przecież ich ubrać, więc ubrałam i poszliśmy. Ale mi było wstyd! Dodatkowo takie okropne poczucie bezradności, że moje dziecko tak wrzeszczy, że taki drobiazg powoduje taką lawinę. W samochodzie się rozbeczałam, ech lepiej nie mówić. Franio powtórzył to samo w domu (bo dostał karę) i jeszcze raz w sobotę. Temat jest więc do przeciwdziałania. Postawiliśmy na dwie rzeczy: konsekwencja – krzyczy, więc np. traci bajkę. Plus analiza – chyba za dużo podniesionego tonu do niego ostatnio było, sami więc też musimy popracować. Efekt (może na zachętę tylko, ale zawsze) od razu dziś – dziecko wróciło do mormalnego stanu.
Przyjmuję, że też choroba, siedzenie w domu, kiepska pogoda – wszystko się skumulowało. Ale było mi źle.

Oboje wciąż słabo jedzą. Tzn. wiem, że wielu rodziców, by się ucieszyło – nie ma żeby nic, zupa idzie w całości, Franio w zasadzie każdy posiłek tylko ciut mniej. Ale jak dla nas i jak na nich to słabo. Czyli chorzy, co już wiemy. Na szczęście dziś z tym już lepiej, a najlepiej szedł rosół z kluseczkami na wrzątek rzucanymi i kolacyjne parówki w cieście francuskim. bo mieli być znajomi, ale jedni też mają chore dzieci, a drudzy właśnie zdrowe;) więc trzeba było odwołać. I to był dla mnie kolejny powodzik do dołka, bo naprawde byłam strasznie zmęczona i liczyłam na tą chwilę rozmowy z dorosłymi, nie studentami;).
Zmęczenie to u mnie też kłotnie z Ł. ech ech ech. Nawet jak wyskoczyliśmy na chwilę i kupowaliśmy spodnie narciarskie, no klapa. Aczkolwiek spodnie bdb.
Poslałam wczoraj Ł. z Franiem i dziadkami na Madagaskar (lubimy bilety open z firmy), ja niestety z Julcią home, bo mała się nie nadawała nigdzie. Ale jakie byłyśmy nieszczęsliwe!!!! I ja – bo dalej uziemiona i ona, bo chciała papa. Cały czas co chwilę klepała siebie i mnie po głowie, zeby ubrać czapeczki i iść:(. A tu kaszel i katar taki, że małe oczka całkiem zapuchnięte.
I jeszcze te tony leków. Franio chciał antybiotyk tylko w budyniu, więc musiałam gotować rano i wieczór , dziś zgodził się zjeść w Monte.
Do tego Franio 2x a Julcia 3x inhalacje. Nebulizator będzie mi się śnił.

Ale w końcu, dziś sama sobie dałam kopa i…zrobiło się lepiej. Bo w sumie bez przesady. Troszkę dołka, ale ale ale ale, jak mawia mój syn. I pokory trochę – zwłaszcza w kontekscie mojej piątkowej rocznicy, ale o tym następna notka.
Franiowi obiecałam narty (jak pogoda) i lodowisko – jeśli tylko w środę kontrola będzie ok. Na razie wyskoczyliśmy dziś we dwójkę do szopki ludowej w Mesznej. A potem czwórką spacer, sorrrrrry, piąteczka, bo w wózku szarym Julcia, a wózku różowym ubrana ciepło Małgosia (bluza zdarta z krokodyla maskotki i czapeczka oryginalnie gadżet do jajek na miękko).
I kawa plus Ojciec Mateusz, bo mi się spodobał.
I jak sama się nie rozkręcam, to od razu lepiej.
Nawet Julcia mniej kaszle.
Tylko zaległości pracowe niestaty nie chcą same się zrobić…;).
Ale mąż – mimo mojej ostatnio jedzowatości – wziął i mi pomaga. Dziękuję.

20 stycznia

3 komentarzy

Nadeszła niestaty odwilż, wieje halny. Dodatkowo Franio się rochorował, zobaczymy jak bardzo. Wczoraj był osłuchowo czysty, ale mamy pokazać się też jutro. Syn dzielnie walczy z chorobą, łyka syropy wszelkich kolorów. Nie lubi jednych kropelek, ale mamy na nie pomysł:). Znaczy Franciszek tak to określa. Zmęczona (bo łyka gorsze, a tu się tak zaciął) jego lamentem, dolałam mu tam kiedyś do tego ciut kakao. No i teraz zawsze to w czymś podajemy.
Mamusiu miałaś bardzo dobry pomysł…
…Nie zgub go!

No więc pilnuję tego pomysła.

Ale weekend był fajny.
Żeby dopełnić spektrum sportów zimowych…

Zabraliśmy syna na łyżwy. Pierwszy raz w czwartek, miał takie łyżwosanki, ale spadały mu z nóg, więc – z powodu zachwytu lodowiskiem – kupiliśmy regulowane łyżwy buttowe:)).
Pytam męża, gdzie bierzemy dzieci w sobotę (w pt sanki). Na lodowisko, bo najmniej męczące (a stan nie-zmęczenia był nam bardzo potrzebny).
Ale się nam tylko wydawało!!!
Bo w czwartek sporo czasu spędzliśmy zapinając spadające łyżwy.
Za to tym razem nic nie spadało. A amortyzowanie i podnoszenie 20 kg to hmmmmmmm.
Ale naprawdę niesamowita frajda, patrzeć jak dziecko załapuje i się cieszy.

Dobra forma była nam niezbędna – mówiłam, że prowadzimy strasznie wyczerpujący tryb życia – bo znowu poszliśmy na bal. Tym razem do sąsiadniej miejscowości, na taki od 7 lat robiony przez księdza tam, bezaloholowy. Bal na 100 par – a raczej znacznie więcej, po prostu rewelacja. był wodzirej, był polonez na wstępie (doszliśmy do szestastek i nikt nic nie poplątał), różne pokazy i występy, zabawy i tańce, kankan i zorba, świetna orkiestra i super towarzystwo przy naszym stoliku:). Brak alkoholu nam nie przeszkadza, Ł. i tak jeździ,a ja z zasady nic na takich imprezach nie piję, bo wtedy szybciej chcę spać:)))). Natomiast miło, że nie ma jakiś rozpaczliwych widoków zalanych ludzi. Jestem za.

Niedziela jest na narty:)))

Chyba, że jest się Julcią – na zmianę: ekstremalne zbieganie z górki (w końcu mama złapie) lub…

…sama sobie popcham saneczki.

16.01.

1 komentarz

W środę skończyłam i się wysłał tekst, który mnie bardzo dręczył i bardzo był pilny (a pilny czy nie pilny ja i tak piszę wieczorem i czasem w południe, jak Lula śpi). I od razu jakże się fajnie zrobiło. Wczoraj prasowanie zamiast komputera. A dziś… tajny plan II, czyli 12 zjazdów na Solisku, w sumie ponad 12 km przejechane :))). Julia prawie cały czas naszej nieobecności przespała, co oznaczało, że wieczorem będzie bunt. I – co za dziwo:) – był.
Po południu uczciwie coś dla dzieci – sanki. A że sypało dziś mocno (hura), to nowość – jazda po nie jechanej trasie Siajo sam też zjeżdżał, kamikadze, gdzie sanki poniosą. Raz poniosły za rów i hyp – Franciszek był już przed nimi. Ale że profi-man, jeździ w goglach (moich, ale to są dziecięce, jak kupowałam, to inne były na mnie za duże), to zero lamentu.

Julia dziś – Amundsen przed wyprawą, entuzjastycznie brnęła w głęboki śnieg, jak szła do góry, to ją wywracało, więc spryciara, wymyśliła zakosami.

Franio też spryciarz – Ł. chciał go przekonać, że będzie sam wchodził pod górę, Siajo negocjował ciągnięcie.
Chodź, będziemy razem ciągnąć sznurek.
No choooodż.
No, chwyć koniec sznurka.

Franciszek wychylił się lekko z sanek i chwycił koniec. Jak tatuś kazał. A że nie sprecyzował, że chodziło mu NIE o ten przywiązany do sanek? Precyzja panie.

Wczoraj – ach ach ach – nastąpił ten pierwszy raz!
Pierwszy raz na naszego syna naskarżono, albowiem rozrabiał zbój jeden. Co prawda w sumie to pani nie chciał mówić, ale Siajo sam mi powiedział, że pani Ola coś MUSI mi powiedzieć. Cóż – rozmowa wychowawcza, przeprosiny itd. W sumie  in plus – tylko rozrabia, nie ma jakiegoś większego przewinienia. I dwa inplus;) – skoro rozrabia, to znaczy, że czuje się tam dobrze.
Mam dziwne przeczucie, że nie była to ostatnia taka przygoda matki:))).
Franio się wstydził, negocjował ze mną niemówienie dziadziowi (tym razem się zgodziłam, dziadzio poszeł ze mną po niego, dzięki czemu miałam tylko jedne sanki do obsługi) i tatusiowi, na co się nie zgodziłam – Ale mamusiu! Tatuś nie zrozumie…:)))

I jeszcze Franciszek. Ciocia przywiozła mu delicje i zjadł sporo. Potem mówii, że coś brzuszek boli. Może za dużo ciastek, pocieszam, zaraz minie.
Proszę mi więcej nie dawać tat dużo ciastek! – oświadczył zdecydowanie syn.

Narty

8 komentarzy

Życie jest tak intensywne, w zasadzie wciąż coś się dzieje. Oczywiście wg kryteriów różnych, dla wielu może być to absolutnie nudne.

W sobotę rano dżinsy, i kurtka pracowo-miejska i z mamą do sfery a potem fryzjer. Delikatne ułożenie i brokat, czyli pójdziemy na bal. Potem spodnie z polaru, kamizelka i czapa, bo jeszcze z dziećmi na sanki. Sanki i taka fajna bitwa na śnieżki, Jula zanosiła się śmiechem, Franio gonił przez pole, wzywając: Goń mnie, goń mnie. W zasadzie opisane traci, nie umiem przekazać tego nastroju, gdy w  czwórkę się po prostu bawimy. Potem spódnica z tafty i srebrna bluzka i bal. Orkiestra, kwiaty i kotyliony.
A w niedzielę znowu na stok.
Jakiś taki wyczerpujący tryb życia prowadzimy :))))) (zwłaszcza w świetle artykułów, które rozpaczliwie piszę wieczorami).
Ale ta zima, ta zima. Tak mnie cieszy, że śnieg, że sanki, że dzieci takie zachwycone.
W piątek pierwszy raz Franio stanął na nartach z butami, na górce (w czwartek spróbował na uliczce). Trochę kombinował, ciut zjeżdżał, ale za chwilę już chciał na sanki. I też nowość, z połowy góry zjezdżał SAM, wersja kamikadze, co na drodze to moje, ale jechał i się cieszył.

No to… złożyłam propozycję z gruber rury. Że w niedzielę Szczyrk – spełnienie marzeń czterolatka, bo TAM gdzie mamusia i tatuś jeżdżą i WYCIĄG. Chciał bardzo. No to siup:

Sprzęt. Tylko fotela nam brak. Ale jednak jakoś każda z osób i każda rzecz zostały dostarczone na stok

Lulinka była bardzo zainteresowana. Wszystkim. Tu kontempluje tatusia i Siaja na wyciągu. Poza tym rozkoszowała się bieganiem po śniegu – wreszcie się ośmieliła, bo na początku to miała spore opory, bo sypkie, a chodzić po tym?

Pierwszy wyjazd, Franio w opcji worek kartofli. Popędziłyśmy za nimi na górę, bo miałam obawy i słusznie, bo zaczął od swojego: alealealeale. I on chce sanki, nie chce jechać. Ok, ale sanki na dole, więc zjechać muszą. No to zjechali, a potem z rozpędu raz jeszcze, a potem, POTEM Franio załapał, poczuł to moje szuuuuu (;)) i sam gonił tatę do wyciągu. Wyciąg też załapali i jeździli już na luzie. 10 RAZY!!!!, cały karnet, jedenasty gratisowy tatuś sam zjechał ku zachwytowi dziatek

Piękne zdjęcia nie? Wbrew wszelkim ewentualnym pomysłom, to poważne omówienie postawy narciarza (Jula przyjmuje ją bez trudu i wprawdzie nie wiadomo po co, ale chętnie ćwiczyła).

No i jeźdzlili.

A tak 1/3 stoku (płaską bardziej) Franio pokonywał sam (stok tak ok. 200m w sumie). Jaka byłam z niego dumna! Mój ostrożniaczek, dopiero w tym sezonie letnim przestał bać się zjeżdżalni. A tu tak! Nie wychodzę z szoku i tak strasznie się cieszę.

Julia robiła furorę jako…
Mamusiu św. Mikołaj!!!
Tatusiu św. Mikołaj!!!
Tatusiu, ten Mikołja za nami chodzi!!!!

A potem jeszcze trochę na sankach i czule przytuleni udali się do auta i podjechaliśmy na nagrodę dla narciarzy (mamusiuuuu, czy ja mogę być narciarzem? Tak chcę być narciarzem) , czyli gorąca czekolada i deser w kawiarni, którą uwielbiam.

Idealny dzień, idealny weekend.

Piątek

3 komentarzy

Ten tydzień dręczy mnie konieczność zajęcia się instytucjonalnymi problemami imigrantek, a wcześniej było jeszcze zagadnienie przemocy domowej. Innymi słowy wieczory są dla pisania artykułów. Ale coraz bliżej końca.

Poza tym to uprawiamy siłownię na śniegu. Matka-stachanowiec: pchać jedno dziecię w sankach, drugie sanki ciągnąć. Odebrać drugie dziecię z przedszkola i wykonać wyprawę z obojgiem (ok. 1,5 km) uwzględniając górki, pola i las. Ł. zapytał, czy trenuję przed wyprawą na biegun północny.

A dziś znowu mały plan – Ł. musi zejść trochę z urlopu, więc siup i byliśmy na nartach. 11 zjazdów dłuą trasę na Solisku, wiatr, słońca, mróz i pocałunki na wyciagu (trudne, bo nie po to wyprodukowali gogle, ale taka to nasza tradycja, a tradycje należy szanować). Potem wpadliśmy do domu, zjedliśmy, Julkę ubrać, Frania z przedszkola i na obiecaną dużą górkę. Nie tylko sanki dziś, ale i narty dla Frania.
Duuuuużo cierpliwości trzeba, ale chwyta chwyta!!!!

A jutro – jutro jutro jutro – idziemy na bal.
……………
O ile zdążę kupić rajstopy.

***
Jedziemy ze Szczyrku. Jakiś chwilowy korek.
Pojedźmy w lewo, koło tego sklepu.
Kooooootek
– w głosie mojego męża jest w zasadzie tylko rezygnacja – to nie TA droga. TAMTA jest na Żywiec.
Ciągle mi się to zdarza;).

I strumieńska szopka.

… jest ładnie, czyż nie?

A propos „czyż nie?”, to jak się nazywają question tags po polsku? Partykuły to są? Question tags mnie ostatnio dręczą, bo jeśli użyję zdania z QT „nie?” na końcu, syn mi odpowiada:
Nie.
A potem wyjaśnia, że przecież powiedziałam, że nie.
Język jak widać nas interesuje.
Widź mnie, widź mnie! – krzyczy Franciszek bawiąc się w chowanego. Krzyczy, jeśli nie znajdziemy go odpowiednio (jeo zdaniem) szybko. Czyli tak po 20 sekundach.
Dziadek szuka:
Gdzie jest ten Franio…. Może jest pod stołem…
Nie słyszę Cię, nie słyszę cię
– dobiega spod stołu.

Inne:
Franciszek je, jemy w karczmie na lotnisku, wujo nas zaprosił urodzinowo-dzieciowo.
Przepyszne – entuzjamuje się syn.
Po chwili popada w zamyślenie (stan absolutnie typowy, najbardziej się zamyśla, gdy nam zależy na pośpiechu. W karczmie akurat mógł do woli).
Czy jak jest przepyszne, to może być przeniedobre?

Inne2:
Popatrz mamusiu, wytrzałem rączki.
Język bazujący na logice konstrukcji słów poznanych szybciej (jasne, że szybciej się biedak nasłuchał „wytrzyj rączki” niż sam ustalił, że „wytarł”), język z minimalnymi obocznościami. Słowotwórstwo i neologizmy.Fascynuje mnie to. Ot, zboczenie lingwistki.

***
Mycie rąk co chwilę nieźle je wysusza. Różne środki czystosci, o te, to potrafią wysuszyć. Sudocrem też fajnie przesuszy skórę. Ale jakby ktoś bardzo chciał dobrze i trwale przesuszyć skórę, to polecam puder na ospę :))). Teraz już mam krem do rąk, a i tak nic pudrowi rady nie daje.
Ale finiszujemy z pudrowaniem, bo Julcia przez ospę, jak burza. Dwa dni i zaczęo zasychać, teraz już luz, tylko będzie powoli znikać.
Julcia smarowanie przyjmuje z rozbawieniem i raczej nie ma oporów. Tylko, ze w koncu się nudzi. A jak się znudzi, to zaczyna się kręcić i sięgać (po piloty) i generalnie puder wędruje.
Więc w naszym domu jest nagle więcej chorujących:

Nie, nie, lalkami bawi się raczej Franio, Lu sięgała po piloty.
Kanapa też jest chora na ospę. Nasza kochana kanapa w kolorze brudnym. Bardzo odpowiedni, dobrze przyjmuje kolejne katastrofy. Aktualnie białe kropki. Ale dostanie pranie, jak wyzdrowieje.

I mucha z ospą (okulary po Lulciowym pradziadku chyba):

Niestety chwilowo długi weekend się skończył. Ale w niedzielę jeszcze podjechaliśmy do Strumienia, bo jest piękna, duża, żywa szopka. Ach jak bardzo się podobała!

Bo nasze miasto, choć nieduże, jest ładne.

Wieczorne spacery:

Jacy oni są totalnie różni. Julia pędzi przed siebie, zupełnie niezmartwiona faktem, że my być może nie nadązamy. Choinka ją zachwycała, to leciała do niej, potem ku ulicy, bo takie śliczne ach śliczne brumbrumki (jak mówi Siajo) jechały. W sklepach znika między wieszakami, wchodzi do przebieralni i przegląda się w lustrach. Franio w sklepie ogląda zabawki, ale musi nas mieć w pobliżu. Na rynku rozpędził się między światełkami i nagle stracił nas z oczu. Chwilę biegł, potem zobaczył, że nas chyba nie ma.
Mamusiu!
Tak, widzialam za choinką byłeś i nas nie widziałeś.
ale ja cię widziałam.

Podstawa, mały chłopiec spokojny.

A 2.01, urodzinki, w prezencie urodzinowym, zbiorowym, śliczny, nowy laptop, tamten wyłączał się znienacka.
I jeszcze po pięknym uśmiechu mojego męża do jego mamy (albowiem moja wyjechała i na baby-sitting jest niemożliwa), teściowa przybyła do nas wczoraj o – AAAA – 7.15, a m siup, 7.55 pod Soliskiem i już wjeżdżamy na wyciągu.
Nagrodą za wczesne wstawanie są wjazdy bez kolejek i pierwszy zjazd po pustej trasie, ach jak pięknie. Na Solisku są długie trasy, można szusować w dół.
Wrażenie ekstremalne – śnieg z armatki jest niesamowitą maseczką, po pierwszej próbie naciągnęłam czapkę głębiej, żeby brwi mi nie mroziło, ale czerwona trasa dzęki temu jeszcze lepsza.

Po południu jeszcze sanki z dziećmi, tak jest to mały wyczyn kondycyjny. Dla Frania krótki wykład z właściwości lodu, tak aby nie próbował wchodzić na zamarzniętą rzekę (Francisek lubi wiedzieć dokładnie, po opowieści mojego taty o prądzie, wszystkich informuje o koniczności zachowania ostrożności i możliwcyh konsekwencjach. Wyjątkowo pogodnym tonem).

Tajny, mały plan nam wyszedł, mianowicie byliśmy na NARTACH. Ach, jak pięknie. Pierwszy zjazd i było szuuuuu.
[Szuuu to kwintesencja narcisrtwa, kiedyś wyjaśniałam to przyjacielowi, bo twierdził, że nie rozumie, jak mżna lubić marznąć itd. Po moim wyjaśnieniu stwierdził, że dalej sam nie chce, ale zdołałam zaszczepić mu przekonanie, że jest to coś. Czyli szuuuu;)].

Potem mała kolacja u dziadków, no i fajerwerki, Siajo zachwycony:)))), czyli warto było.
Jula, która zasnęła w krzesełku, spokojnie spała na środku ścieżki w polach. Tak się cieszę z tego śniegu. Dzięki temu faktycznie wszystko bardziej urokliwe.
Następnie ustaliłam z synem, że skoro sylwester to może nie spać, ile chce, więc ubrał piżamkę (bo to było w umowie), usiadł i zasnął. Pokazy o północy, to jeszcze nie dla niego :))).

Nowy Rok zaczął się niejaką nowością, czyli…
Ale numer! Lulcia ma ospę! – ogłasza Franciszek każdemu. Ospę, czyli kropki, też nic więcej. W sumie bardzo spoko choroba, bo o prawda lekki  ostracyzm, ale na sanki można, a my w jakieś ludne miejsca nie chodzimy. Tylko Cafe 6, gdzie mam chęć na herbatkę chwilowo odłożone i basen, ale raczej i tak póki śnieg, to basen nie.
A pod wieczór tatuś zbudował TOR, bo z małych liter to jednak nie można tego pisać:))).


  • RSS