cypisek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2009

Popielec

Brak komentarzy

Środa Popielcowa zaczęła się nam nader wcześnie, bo Ł. poszedł do kościoła na 6, ja na 7.30. Potem on Frania do przedszkola i Julę do ortopedy. Jak potem pojechał do pracy, to wreszcie mógł trochę odpocząć.
Ja wykorzystalam dziwne 40 min całkowitej samotności sprzątanie. Nie żebym bardzo chciała, ale jednak kiedyś trzeba. A ansze sporty zimowe rujnują jakikolwiek plan sprzatania.

Potem poszłam po Frania i chyba ostatnie wyjście do przedszkola sankami to było. Ciężko już, bo pług zgarnął śnieg na części ulicy, no i śnieg takie już ciężki, ale jednak zawsze warto. Ponadto wózek nie jest łatwiejszy specjalnie po śniegu.
Standard ostatnich dni, czyli rzuty dzeićmi w śnieg i jazda na łopacie i hop, jest ten drugi posiłek.
Post czyli oczywiście człowiek taaaaaki głodny. Jak zrobiłam Juli kaszkę to myślę – jak nie dokończy, no to zjem. Ale zjadła. Wszystko!

A ponieważ nagle z rannego zimna zrobiło się słoneczne popołudnie, to krótki tekst z Ł. na gg i postkaliśmy się na lodowisku. Franciszek wczoraj ćwiczył odpychanie się samodzielne, więc moje placy ćwiczyły podnoszenie. Julia doszła do wniosku, że ona też chce na lód i koniecznie chciala nam to wytłumaczyć.

Gdy wieczorem dotarłam już do laptopka z moją pracą zawodową najzwyczajniej na świecie nad nią zasnęłam. Zwłaszcza, ze takie nudy akurat….
Ale dziś będzie pasjonująco, bo fryzjer i wpisy (połączyłam, często tak planuję, ze jak już jadę do pracy, to coś obok robię). Wpisy są tym elementem sensacji, bo nie wiem ilu ich dotrze. Potencjalnie ma prawo być 300, bo tylu w tym przedmiocie przeegzaminowałam.

***
Tłumaczę Franiowi, że tata i ja polecimy rano do kościoła, bo święto, Środa Popielcowa, początek Wielkiego Postu. Franciszek ożywia się jak zawsze, bo raz że zawsze chce pogadać, a jak idzie spać to w szczególności, a dwa życie go ogólnie fascynuje.
Wielki Post to przygotowanie do świąt…
Do TYCH świąt mamusiu????
– syn prawie zrywa się z łóżka, od chwili zakończenia Bożego Narodzenia czeka na święta z malowaniem jaj….
Tak, tych.
A ile będziemy czekać.
40 dni
  – darowałam sobie info, że ciut więcej, bo nie wiem o ile przekracza, zależy ile niedziel.
A to tyle, to wytrzymam – wzdycha z ulgą syn.

***
Mama dzwoni z Wolina, bo rodzice moi wyskoczyli dokładnie najdalej, jak się od nas da. Gadamy i pod koniec mam dorzuca:
Lecę myć głowę, bo ksiądz tak nas posypał, że się aż zsypuje :))))

Mamusiu nauczyłem się liczyć do 12 – oznajmił syn (w zeszły poniedziałek) w przedszkolnej szatni. Rano.
Wieczorem updejtował do 13, a potem zachęcony naszym zwerbalizowanym podziwem i faktem, że załapał zasadę liczył dalej.
W głębokim skupieniu:
Czternaście… Piętnaście… Szesnaście…Siedemnaście…Osiemnaście…Dziewiętnaście….DZIESIĘTNAŚCIE.

Jak wielokrotnie powtarzałam dzieci to czysta logika.
Co Kant na to? Choć on to lubił czysty rozum. Ja go nie lubiłam (Kanta, do rozmumu nic nie mam), a kurczę dwa razy się musiałam uczyć.

Z logiki franciszkowej dwa kwiatki jeszcze:
Ty zrób a ja pożarnę.

Mamusiu nie widź tego, na mnie patrz!

***
A ponieważ jak wiadomo był bal… I jak wiadomo mocno go przeżywaliśmy…
A pani Danusia na spaniu robiła łańcuchy…
To my ofkors też.
Karnawałowy pokój dziecięcy i tak od dwóch tygodni.

Obrazki

Brak komentarzy

Piątek, Ł. ma wolne, jedziemy na narty, pierwszy raz od dawna jeździmy nie tylko na Solisku, ale i na Czyrnej, dziwnie tak, z tych akurat stoków mam wspomnienia przedślubne głównie, jeżdżąc omawialiśmy tam nasze przyszłę życie.
na uldach i stromym kawałku zacinam się, narty mi uciekły, a potem tylko gorzej, usztywniam się i męczę. Mąż zdecydowanie neizadowolony ze mnie, ale następne zjazdy lepiej:)).

Sobotni poranek, śnieg lekko sypie:
Trafię w was, trafię – krzyczy Franio, ale na razie oddala się w dół stoku, bo musi mieć pewność, że my nie trafimy w niego. Julia w wersji Mundzio rusza za nim w te pędy, z całych sił swoich którkich nóżek, zupełnie niezrażona faktem, że stok jest dość stromy…
Bach i już można Mundzia zbierać.
Mundzio – bo Amundsen, Julia lubi nowe szlaki, wejść w kopny śnieg, cóż za problem, w końcu zawsze ktoś wyciągnie.

Po południu, lodowisko, grają Czerwone Gitary, delikatny zmierzch, jakiś tata walcuje z małą córeczką, zachęca ją do samodzielnego jeżdżenia, mała się wywraca, tata chce jej pokazać, wywraca się też. Chłopak trzyma szczuplutką dziewczynę, on pewnie jedzie, ona cała na nim zawieszona, elegancka fryzura, dorosły makijaż, ale na twarzy dziecięca radość, że się udaje. Chłopcy w wieku liceum/technikum, jeżdżą świetnie, popisują się przed dziewczynami, one pozornie niezaintenteresowane, jeżdżą parami. Odwieczność,

I odwieczność raz jeszcze, dziewczyna zagaduje, że koncert był, że fajny, chłopak z musu niemalże mruczy „Taaaak?”, „zgadnij, jaki?”. Nic nie wskazuje, by chciał zgadywać, ale nagle ożywia się znacznie.
Czy wiesz, ze masz buty … (podał nazwę tworzywa, ale nie będę się kompromitować, nie pamiętam), to najlepsze podeszwy na świecie!
A bo ja wiem, z czego mam – dziewczyna najpierw wyraźnie nie wie, czy chce ten temat, ale pochyla się nad butem i zaraz już zgodnie, głowa przy głowie analizują podeszwy, w końcu od wszystkiego można zacząć, mnie Ł. np. uczył grać w siatkówkę.

Stoję z Julką przy bandzie, patrzę, słucham. Potem zmieniam się z Ł. i do tych Czerwonych Gitar  jeżdżę sobie z moim ulubionym synem. Ulubiony syn poczynił znaczne postępy, już nie boli mnie ręka od zawieszania się na niej, popycham go i jedzie sam, a ze mną kręci piruety i  nawet – kompletnie ignorując fakt, że nie umie sam się rozpędzić na nogach dwóch – podnosi jedną i kręci na drugiej tylko. Entuzjazm. Jetsem dumna z niego.

Niedziela dziś, pogoda cudna (była, już jej przeszło), Franio wskakuje na narty, wjeżdżają z Ł. na stok, Zjazd jeden drugi, trzeci i nagle szok, tak 1/3 stoku Franio jedzie sam, minimalnie kierowany przez Ł., i nawet skręca! W prawo bardzo fajnie, w lewo słabiej (co ma po mamusi). Wznosimy z Julią okrzyki, ja z radości, ona do towarzystwa, jestem w szoku, że już się ośmielił.
Potem sanki na góce obok, znajjomi ze swoją dwójką, jeździmy, wpadamy w zaspy, dzieciaki piszcząz  radości.
Niezła siłownia, nie? – rzuca A. ciągnąc na górę swojego trzyletniego syna, jej mąż holuje pięcioletnią córkę, ja pcham sanki z Julą, która pogania mnie, Julia lubi szybką jazdę, Ł. wciąga na sankach Franciszka.
Franio robi na śniegu aniołki, potem wrzucam go do głębokiego śniegu ( po południu okaże się najlepszą zabawą na podwórku i to dla obojga, nawrzucałam się nieźle). Julcia zmęczona, zasypia podczas ostatniego podejścia pod górę, ale do auta mamy ostry zjazd, Franio z tatą śmiegają i Race-Julia też otwiera swoje błekitne zaspane oczęta i z zadowoleniem wita mój szybki bieg z górki, a zasypia chwilę potem a samochodzie. W rezulatacie spędziła tzry czwarte dnia na polu, bo daliśmy ją do wózka, a po obudzeniu zupa i znowu na spacer, spokojniejszy, Ł. pojechał na rodzinną imprezę, więc sama jadę naszą standardową traską po uliczkach.
Potem rozrywki najnowsze podwórkowe: wspomniane rzucanie, odśnieżanie, bo Franio dostał miniaturę parwdziwej łopaty do odśnieżania no i hit – jazda na łopacie. Tak moje plecy też to lubią.
Zjadamy obiad, Franciszek zmiata leniwe – Pyszne mamusiu, brawo dla ciebie – miło nie? W piątek tak samo docenił naleśniki:). Dostał jeszcze „deser narciarski” – za piękną jazdę obiecałąm deser, wybrał galaretkę w kostkach (kostki, bo na opakowaniu tak było) i dostał.

I jeszcze walentynki nasze, magnes i bukiet żelkowy dla Ł., Mamma Mia dla mnie (plus Songs.pl Janowskiego, prezenty dobrze wyczajone), a te czerwona z niebieskimi serduszkami to walentyki od Frania (inspiracja: Franklin i walentynki). A więc i on dostał, od nas czekoladki-serduszko, od dziadków dostali z Julą puchatkowe naklejanki na ścianę (bo dziadzio akurat do castoramy też musiał;), ale pełny zachwyt).
A po tych wszystkich prezentach udaliśmy się z moim mężem romantycznie, w ostro padającym śniegu, na sanki, w kopny śnieg. mieliśmy ideę, że dołem będzie nam łątwiej dość na górę, ale doprawdy, w wyobraźni ścieżka miała byc przetarta! Górka też zresztą. Realizowaliśmy narciarski ideał dziadka (jak wspomian narty z czasów młodości), samemu sobie udeptać śnieg…

Ja muszę zrobić walentynti!
A dla kogo robisz Franiu?
Dla wszystkich, todo tocham!

A więc dostali: mama, tata, Julcia, babcia i dziadzio. I sam Twórca, tak, sobie też zrobił i sam sobie dał.
zrobił na kompie, jego uluiona tam obecnie działalność, to rysowanie kształtów, zmienianie linii i kolorów w wordzie po prostu.
I posyłanie na gg, ostatnio odkrył i zmienił mi kolor czcionki.
Na kremowy.
Na białym tle.
Ale miły był, nie musiałam szukać, pokazał mi, jak zmienić spowrotem.

19 luty

6 komentarzy

Calendula – u nas chyba więcej, ale czy ja wiem…?
Jula na tle bandy śniegowej u nas w ogrodzie:).

Hola – sopelki mówisz…


Strącony dla Frania celnym rzutem łopaty. Dobrze, że celnym, bo obok było okno.
I Franciszek postanowił obejść dom naookoło…

Sąsiedzi czasem wyrażają współczucie, gdy ciągnę i pcham. Ale akurat dla mnie bez sensu, nie-wyjście z dziećmi to gorsza sprawa, spacery lubię.
Mniej ubieranie. Procedura przedstartowa obejmuje wysłanie Siaja do łazienki, zmianę pampersa Juli i kremik na buzie. Ja smaruję ich, oni mnie. Ostatecznie w zasadzie wszyscy są posmarowani.
Potem ubieranie, Franiowi też muszę pomóc. Niespecjalnie mnie to dziwi, bo jednak rajstopy są dość trudne. Dodatkowo Franio ma obecnie okres „jestem duży, ale jednak taki maleńki” więc i ubieranie i odkrój mi skórkę z ogórka itd. Jasne dlaczego.
Juli też rajstopki, a ciąg dalszy ubierania już na dole. Franio ubiera się częściowo sam, ale z kurtką i czapką trzeba pomóc. Julia ma furę ciuchów: spodenki wełniane, kombinezonowe, buty,bluza, czapka, szalik, kurtka, cieniutkie rękawiczki i grubaśne.
Syn, który ostatnio ma fazę na nieustające wyścigi ustalił ze dwa dni temu, że on wygrywa i Julcia czasem wygrywa, i tatuś, a mamusia zawsze przegrywa! No rażąca niesprawiedliwość.
No więc potem jeszcze tylko ja, ubrać się, wziąć kocyk i śpiworek, klucze do domu, klucz do garażu, wyjąć dwie pary sanek, zapakować Julinka i ruszamy:)))).
Niemniej niezmiennie cieszę się zimową zimą. W niedzielę o poranku bardzo wczesnym (7.00), skoczyliśmy z Ł, na narty i było jak w czasach, gdy zaczynałam! Był co prawda w nocy ratrak, ale sypało tak, że powstałą gruba warstwa puchu. Zjeżdżaliśmy jako pierwsi po czerwonej na Suchem i widok do zatrzymania pod powieką, Ł. śmigający w dół i chmura śniegu za nim. Warunki wymagały zjazdu dość ostrego, by nie stanąć na płaskim, więc to moje szuuu, świst wiartu w uszach, mróz chwytający policzki i radość wynikająca z samego tylko pędu były chyba jeszcze większe niż zazwyczaj.

***
Franciszek bierze drewniane coś, co w założeniu mojej teściowej miało być na gazety, a służy jako podręczna biblioteczka i pakuje kartki i książki.
Wyjeżdżam
A gdzie?
Do Sztotholma mamusiu.

Franciszek krząta się i widzę w nim odbitą siebie. Będę za wami tęstnił, ale nie martwcie się, niedługo wrócę. Obdarza nas buziakami i powoli zbiera się na lotnisko.
A czemu tam jedziesz? – Ł. zainteresowany przebiegiem akcji, dopytuje – Jakaś delegacja?
……… –
Franciszek rozważa chwilę swoje motywy i wreszcie się rozjaśnia – Zrobić zdjęcia! Nic dziwnego taka percepcja, w sumie obejrzał te 200, co zrobiłam.

***
Jako że Tłusty czwartek, to pączki zrobiliśmy. Franio awansował, w tym sezonie oprócz wycinania, pozwalm też obracać je w garnku. Pączki z zasadzie to były, są jakieś marne resztki. Jula nie chaiał zupy, bo niebacznie zostawiłam je w zasięgu wzroku, trudno wpadka, przed drugim daniem sc howałam i gryczana szła aż miło.
Na pociechę po pączkach mamy jeszcze bdb ciasteczka orzechowe, czyli inauguracja Franiowej książki kucharskiej (dostał, ososbiście. ks. kuch. dla dzieci i sie zachwyca). Ja wczoraj dostałam o przekąskach i rybach. Ulubiony typ literatury Frania (moja też:)) – przepisy ze zdjeciami. Kontempluje te przekąski drugi dzień i wymyśla, co zrobimy. A nam łasuchom w to graj!

18 lutego

1 komentarz

Cztery miesiące mieszkamy w naszym nowym domku. Niby niewiele, ale mi się już wydaje nader długo. I pomyśleć, że tak się obawiałam przeprowadzki. Franio przywykł momentalnie, Jula tym bardziej. A i mnie bardziej obce wydają się stare pokoje.
A tata kiedyś, siedząc nad kawą, powiedział do mamy – „Zrobił się tu prawdziwy dom, niewielki, ale tak tu przytulnie”. I o to chodziło.

Oczywiście mamy tu jeszcze full roboty. I kosztów, co akurat mnie zupełnie nie cieszy. Ale już jesteśmy i z niczym nam się przesadnie nie spieszy.
Może tylko regały na książki;)

A dziś wstałam i musiałam stanąć na palcach, żeby zobaczyć co się dzieje za oknem. W sumie… sypało, równo od tygodnia już:).
Sanki codzienne są coraz bardziej wyczynowe, bo pcham / ciągnę ich ostro przez śniegi. Ale soboty nic nie przebije (o tym jutro).
A na palcach – bo do połowy okna mamy piękną zaspę na parapecie…

Odebrałam Frania równie zachwyconego jak o poranku. Bal okazał się wielkim sukcesem, były tańce, zabawy, zdjęcia i soczek w przerwie. Nie było spania:). Najbardziej emocjonujący był fakt, że Franio odnalazł oczko z motylka Oliwci, a Oliwcia się tym martwiła, bo tu zdjęcia, a motylek nie ma oka.
Cieszę się, że tak to wszystko przeżywa. Entuzjastycznie.
Strój pirata:
-inspiracja – Burt Lancaster
-spodnie i pas – od cioci-niani, która uszyła to kiedyś swojemu wnukowi
-koszula – moja bluzka
-chustka – znaleziona gdzieś w ciuchach i zatrzymana z wizją takiej okazji właśnie
-przepaska na oko – uszyte przez mamę, konsultacja techniczna i darcie starych spodni w celu uzyskania podszewki – babcia
-luneta – tekturka z folii aluminiowej, przezornie odłożona przez mamę, pomalowana przez Frania
-pasek do lunety – upleciony przez mamę, 6 kolorów mulinki. Przy okazji króki kurs plecenia dla syna.
-skarpetki – z szuflady, coś na nogach mieć musiał, Burt był ach ach bosonogi, przynajmniej w tej scenie, z której czerpałam
- kapcie – no bo.

Zabawy dla ogółu na czas dłuższy:))).


Droga z przedszkola. Obecnie zredukowana do wąskiego tunelu-ścieżki. Pchanie jednych sanek, a ciągnięcie drugich, było skomplikowanym zadaniem logistycznym. Z licznymi wpadkami, czyli „mamusiu uważaj, zaspa!!!!”
Ta droga jest jak z czytanek z klas pierwszych, kolejne pory roku. Przemierzaliśmy ją w końcówce lata, potem złota jesień i delikane listopadowe mgły (jak leje to Franio wraca samochodem, stąd sama idylla u mnie). Szadź i lekki mrozik początku zimy. I teraz – śnieg, sanki, śmiech moich dzieci.


Odśnieżanie rulez. Franio ma też małą łopatę, ale zostawił ją w pt na podwórku i obecnie łopata czeka na wiosnę. Podobnie jak jedna z misek naszego psa, odśnieżona przypadkiem przez moją bratową.

Bal

Brak komentarzy

Od ponad tygodnia mamy temat bal.
Bal tarnawałowy, bal przebierańców!
Będę miała przepiękną suknię księżniczki – usłyszałam wchodząc do przedszkola w zeszły poniedziałek. Basia opowiadała babci.
Bal dziś od po-śniadania.
Zaprowadziłam Siaja, ubrałam, dałam akcesoria.
Wszedł do sali zachwycony i powitany równie zachwyconymi spojrzeniami (większość dzieci jeszcze nie była przebrana, to się pławił w chwale;)) i werbalnym podziwem pani Danusi.
Wróciłam do domu.
I jako ta kwoka martwię się i myślę – żeby się dobrze bawił. Żeby. Żeby.

Od środy pada. Pierwsza spektakularna zamieć to byłą już w niedzielę, jak z ulewnego deszczu zrobił się śnieg. W środę jeszcze mokro, ale od wieczora już siadło. Dziś podwórko nasze dwa razy odśnieżane… hmm… no BEZ byłoby WIĘCEJ. Bo efektów większych brak raczej.

Julia kontra śnieżyca

Po przejażdżce

Model okrętu Vasa, który miał być gwiazdą floty szwedzkiej, ale zatonął podczas swojego dziewiczego rejsu i to tuż po wypłynięciu, na oczach publiczności. Cala załga lus żołnierze i kilku gości (2 kobiety) zginęli. Z tyłu sam okręt oryginalny, wydobyty w 1961 po 333 latach leżenia na dnie. Wrażenie niesamowite, normalnie aż się czuje te wydarzenia. Dodoatkowo mnóstwo makiet, zrekonstruowane głowy kilku marynarzy (jak żywe, ciarki przechodzą!), symulatory (spróbuj sam utopić okręt), film o budowie, tragedii  wydobyciu. Zlokalizował go gościu z ręczną, amatorską sondą.

Fragment okrętu. Niestety mój aparat, a w zasadzie lampa nie miały szans.

W tych hmmm osłonkach siedzieli żołnierze, jeżeli dochodziło do walki wręcz podczas bitwy morskiej.

Nadzwyczaj urozmaicone i oczywiście doskonale zbilansowane pożywienie. Racja na miesiąc. Szkorbut ante portas.

„Czy była to klątwa Boga, czy złośliwość Polaków? (;)))
Czy załoga była pijana, czy okręt źle zbudowany?
Miasto huczało od plotek.”

Aquaria Museet. No comments

Mój trzydniowy bilet pozwalał mi jeździć metrem, tramwajem, autobusem i promem. Albowiem prom to publiczny środek transportu. No to jechałam. Co prawda dopłynęłam zupełnie w inny kawałek miasta niż sądziłam, ale była stacja metra czyli luz.

Wspomniany środek transportu miewa problemy. Z płynnością.

Moje ulubione podejście do równości – czyny. Dziecko ma tatusia, tatuś tez przewija. W naszej rzeczywistości nieliczne przewijaki są zlokalizowane tylko w damskich toaletach, no czasem w specjalnych pokojach, ale to jeszcze rzadziej. Tam zresztą jest pełno dzieci, są wszędzie, w muzeach (są specjalne ścieżki), w kawiarniach, restauracjach. I mile widziane.

Budka telefoniczna

Skrzynka pocztowa

Taki zadowolony jest złośliwiec mały

Mój Sztokholm – do zapamiętania

My little pony w wersji baby. Na fali naszego życia z Małgosią (aktualnie kombinujemy z czego zrobić jej szlafrok) zrobiłam fotkę. W szwedzkich autobusach trzeba mieć pasy. Właścicielka pony-baby (lat około 6) chciała rysować. Baby jechało więc bezpiecznie przypięte na kolanach mamy…

No i końcówka, gdy po raz pierwszy cieszyłam się, że NIE ma ze mną dzieci. Od rana była mgła. W Sztokholmie i niestety na lotnisku Skavsta również. Przyjechałam tam o 13, lot miałam mieć o 15.40. Wszystkie loty od rana były odwołane, przyloty kierowali na Arlanda. Siedziałam, piłam kawę, czytałam gazetę i łzy stawały mi w oczach na każdy kolejny komunikat, że znowu odwołują. Due to bad weather condition….
A w niedzielę o 10.30 mieliśmy roczkową mszę Julci! Bombardowałam Opatrzność apelami, a tymczasem dalej nic nie było widać. Pracownica stanowiska odprawy była nastawiona nader sceptycznie. Prewencyjnie wzięłam numerek obsługi i  ach ach 300 ludzi przede mną. Szanse ewentualnego przebukowania na ten sam dzień – zero. Latałam tanimi liniami, więc zero hotelu, noc w poczekalni. Ludzi tłum, tłum, tłum, najbardziej żal mi było tych z dziećmi.

I nagle – 15.05 jeszcze odwołali, 15.17 dopuścili pierwsze lądowanie. Nam wypisano opóźnienie. Światełko. Ostatecznie wylecieliśmy o 17.30!
Wróciłam.

Wróciłam byłam (ja tak lubię czas zaprzeszły, wiem, że go nie ma już w polskim, ale i tak sobie go wtrącam). Wróciałam szczęśliwa, bo i było dobrze i wracałam chętnie.
Po pierwsze konferencja, do której nastawiona byłam nader sceptycznie okazała się fajna.
Po drugie mogłam wdać się w dyskusję po angielsku, miałam swobodę mówienia, dotychczas niemiecki tak mi wchodził, że ciężko mi szło, a tu totalny luz. nawet wymowa mi się ciut poprawiła, po paru dniach osłuchania.
Po trzecie trzy noce spania od początku do końca to nie lada gratka.
Niestety samotne wędrówki i zwiedzanie nie jest dla mnie takie fajne, wciąż myślałam, że to tak by się podobało Franiowi, w muzeach są ściezki dziecięce. A śniadanie w hotelu! Moja ulubiona rozrywka, dzieciaki też by były zachwycone.
Bardzo chciałabym ich tam zabrać, bo Sztokholm jest uroczy, a Szwecja szalenie przyjazna dzieciom.
A teraz zalew fotek;)

Pałac królewski.

Ktos wpadł do króla.

Gamla Stan, czyli Stare Miasto. Uliczki zachwycająco wąskie.

Typowy widok miejski, woda i mosty co kawałek.

Bardzo mi się podoba sugestia, dla kogo ta ścieżka. Czyż to nie miłe podejście do znaków drogowych?

Pippi i jej domek;)

Sala Złota (90 mln złotych kawałeczków mozaiki). Sąsiaduje z Blue Hall, gdzie jest przyjęcie noblowskie i w niej po obiedzie noblowskim odbywają się tańca. Wiceburmistrz zaprosiła tu konfencjonistów na bankiecik. Podstawowym elementem łosoś. (Na śniadaniach w hotelu tez był, plus fura innych ryb, kawior do smarowania, ot lokalne smakołyki).

Przedszkolaki idą do skansenu. Szwedzka idea bezpieczeństwa przewiduje odblaski w każdej formie. Czasem aż cali świecą (dorośli też), ale jednak, jednak…sensowne.

Skansen

Skansen był rewelacyjny  – domy, farmy, kościoły z dawanej Szwecji. Zwięrzęta: wilki, rysie, foki, misie (spały), rosomak, sowy, łosie…

…renifery. Czyli zwierzęta domowe.

Jedna z chatek Samów:).

Kawałek miejski.

Na drzwiach do kawiarenki z XIX wieku. Weszłam…


i musiałam po prostu zostać tam na kawę.
C.d.n.


  • RSS