cypisek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2009

29 kwietnia

6 komentarzy


Jako, ze miałam ostatnio wrażenie przytłoczenia, to zadziało to chinskie przysłowie, że jak nie masz czasu, znajdź sobie dodatkowe zajęcie.
Jakoś przed świętami jeszcze wpadłam taki pracowy dołek, że za dużo, że muszę za szybko, robię błędy, muszę jej poprawiać, ech. Potem zostałam ochrzaniona przez szefową za jedną pomyłkę w wykresie (które nota bene robiłam dla niej, nie jako mój obowiązek przypadkiem). Błąd był, ale wtedy robienie tych wykresów przerwało mi wymiotowanie Julci i jak już mogłam wrócić, to nie zauważyłam, że mój super czuły komp przesunął tabelę odrobinę. Ale – już nawet nie miałam chęci jej tego wyjaśniać, błąd był ofkors, nie tu sprawa.
W ogóle połowa mojej pracy ostatnio mnie nie cieszy, znaczy kontakty międzyludzkie w pracy krakowskiej. Gdyby nie kawy z Liskiem i Milenką, to całkiem klapa. Przed świętami szefowa w porywie zrozumienia nie kazała mi już przyjeżdżać na zebranie. To od koleżanki usłyszałam (przeczytałam na gg), że fajnie mieć taryfę ulgową. Wykorzystałam ( tę taryfę) na jazdy z Franiem do lekarza i ratowanie go w przychodni, gdy wymiotował. Ale też już nie mam nawet chęci wskazać, że ja się nie obijam. Jeżeli moje bezdzietne na razie koleżanki tak to odbierają, trudno. Się zniechęciłam. I po prostu unikam wszystkich.
Moja szefowa – poza porywami – jest mistrzynią demotywacji. W zasadzie życzy nam dobrze i dba o nas, ale zarazem jest taka, ja wiem, zgorzkniała, poza sferą zawodową życie jej się nie ułożyło. I źle reaguje na stan zadowolenia.
Weszła wczoraj studentka, oddała pracę mgr, cała szcześliwa, bo „tak, oddałam, tak się cieszę, już kończę i jeszcze za mąż wychodzę” – i całą promienieje. No to szefowa:
Gratulacje, ale Pani nie chodziła do mnie na demografię, a wskaźnik rozwodów gwałtownie wzrasta.
Zgrzytnęłam w duchu zębami i dodaję, ze ja chodziłam, a jednak za mąż wyszłam. I clou programu:
Ależ przed Panią całe życie! Co Pani taka pewna tego męża! Marcinkiewicz taki pobożny, a zostawił żonę z 4 dzieci.
No – Ł. ma szansę jeszcze. Jak mu opowiadałam to oświadczył, że trzecie dziecko, a potem piąte, to unikniemy ryzyka.
Co do rozmowy, to zgrzytnęłam jeszcze raz i jednak odpowiedziałam, że wierzę w miłość do śmierci. „Ja też”, dodała studentka, a ja poszłam sobie uczyć.
Poza tą optymistyczną konkluzją w krótkim doprawdy czasie (całe szczęście, że miałam zajęcia), szefowa zasugerowała, że może bym powinna wziać urlop wychowawczy (bo tyle mam pracy) – jasne, teraz w maju, taka troska to ja dziękuję, wszyscy wiedzą, że nie wchodzi w grę. A zaraz potem kazała mi szukać grantu, bo powinnam więcej działać. AAAAAAAAAAAA, doprawdy.
Ale potem jechałam sobie spokojnie do domu i zrzucałam ten Kraków z siebie i paradoksalnie, jakoś mnie to ruszyło z tego dołka.
Nie, nie zamierzam chwilowo szukać grantu. Pracuję porządnie, ale więcej pracy nie chcę chwilowo. Zwłaszcza, że wieczory trwają tylko tyle ile trwają, a Franio ma fazę na dłuższe czytanie i przytulanie się. Jestem zmęczona, ale wizja wakacji się zbliża. CZasem sobie pomarudzimy z koleżanką i dalej idziemy. Bo właściwie to co? Owszem mogę urlop, ale realnie to po sesji, więc po co teraz o tym myśleć. zresztą tak naprawdę to ja tylko ten semestr mam taki gorszy.
Powoli łapię więc pion, mimo że jakby nic nie uległo zmianie. Ale nie mam takiego poczucia zamglenia, zagubienia, nie wiem jak będzie dalej, ale teraz jest dobrze i tego się trzymajmy, a jak ktoś ma wizję, że powinna być kariera itd. to trudno, to nie moja wizja.

Poza tym pięknie mamy w ogrodzie, fasola na oknie rośnie, pole rzeżuchy już niemal szumi na talerzu (niedługo, bo Franio zaczął je zjadać), kontemplujemy nasz ogród z synem i córką, jest cool, nawet jeśli w jakiejś części życia nie idzie zbyt super, to przecież nie może mi to zatruć całości.


A weekend był imprezowy, dwa grille, dwie imprezki:))))
Franciszek z innymi mężczyznami pilnie studiowała, jak uruchomić nowy grill

Niestety upadł i wybiła palec (szczęście że tyle, bo puchł i siniał, bałam się złamania, ale na szczęście nie). Przeżywał strasznie, bo oprócz że boli, to on lubi się porozczulać, babcia dała szaliczek – temblak.

A skoro Nanio miała, to Juleńka też, a jak!
I Julia to zasadniczo lubi grilla, lubi. W sumie to jest jak szarańcza, zje co trafi:)))

Franciszek z hamburgerem, miał go obiecany od zimy, bo Louis taki w Minimini gotował:

A w niedzielę tata dostał od nas prezent imieninowy, Schwarzwaelder Kirschtorte:)))). Znalazłam przepis i kusił mnie od dawna, więc zaryzykowałam. Wyszło.

W niedzielę byliśmy na Błoniach. Jak już wracaliśmy do samochodu Franio wyprosił balonik, taki podłużny, długi.
Niestety kawałek dalej balonik pękł.

Mój śliczny balon! – rozpłakał się Franio, a moje serce rozpadło się na kawałeczki. Tak mu było przykro. Ale dalej jest druga pani z balonami, kupię ci nowy. Ale czy będzie taki balon, nie będzie mamusiu, nie będzie takiego koloru. Ale obiecujesz, że będzie taki sam? Nie wiem, chciałabym. Nie ma takiego mamusiu. Jest, zobacz, pani ma w woreczku.

Był. Taki sam. Łzy obeschły.
Niestety nie zawsze będzie tak prosto.

18 kwietnia

3 komentarzy

Jakoś tak wygląda – wysapałam rozpaczliwie pedałując pod górkę – że wiosna TEŻ będzie wyczynowa.

Albowiem odpaliliśmy wszelkie rowery. Mój dawno nie używany staruszek (nabyłam go w liceum, towarzyszył wielu naszym nie-randkom, czyli długaśnym powrotom z siatkówki, wtedy go prowadzałam. Jak zdarzało się, ze to Ł. miał rower, a ja nie, to on mnie woził na bagażniku. Ja go nie woziłam, bo nie mam bagażnika:))) był w spa, został trochę odmłodzony i doposażony o siodełko dla Lu. W ten sposób ja zostałam doposażona o 9 kg córki (może już je osiągnęła). Nie narzekam, skądże, w koncu Ł. jest doposażony w 20 kg syna.

Wersja 1 – dzieci jeżdżą, czyli teoretycznie mniej męcząca.
Ale – Julcię się pcha, co jest drobiazgiem. Gorzej, że Julcia podpatruje Frania i ma ambicje do kierowania. I znienacka (bardzo znienacka) skręca. Inaczej niż ja planuję!
Puls standard czyli wyścigi z Franiem.

Wersja 2  – my jedziemy, oni siedzą. Zalety – no właśnie, oni SIEDZĄ. Przypięci. Plus wizja, że mój brzuch będzie wyglądał lepiej.
Jechać z Julcią można spoko, tylko dobrze mieć zapas picia. Wady – wadą jest całe moje ukochane miasto. Kolega jeden, który kiedyś u nas był, skomentował, że u nas to wciąż góa-dół, góra-dół. No taaak, tak właśnie jest, w sumie wciąż się wspinam / podjeżdżam, ale doprawdy, na rowerze jest to jakoś BARDZIEJ.

A dziś był bonus. Bo najpierw jechaliśmy minut ok. 30, potem bawiliśmy się nad rzeką. No i wracamy. A tu bach! szoruję felgą.
Tylko powietrze ci zeszło – uspokaja Ł., pożycza pompkę od grupki młodych chłopaków. Fakt, jest ok. Przez 10 minut… a potem znowu felga, czyli jednak … mamusia złapała gumę!
Jazda na flaku nie byłąby taka zła, bo akurat spowrotem było z górki, ale dodatkowo – jakbym na narowistym konu jechała – siodełko też się zepsuło. Stawało na sztorc i mnie jakby zrzucało. Więc dodatkowo co chwila stawała i je poprawiałam:)))).

Pt

2 komentarzy

Julcia obudziła się z popołudniowej drzemki i wezwała mnie, jak zawsze w trybie super pilnym. Wyjęłam z łóżeczka, terrorystka wskazała nasze lóżko, spodenki i kapcie. Ok, ale zanim ubrałam położyłysmy się na sekundę przytulić, a ona… położyła mi się na brzuchu spokojnie zasnęła ponownie.

***
Wieczorami Franio – jak wejdę do niego do pokoju – chyta mnie za rękę, przytula i pyta
Czy możesz ze mną na chwilecztę zostać? Tylto na chwilecztę. Tyle ile masz czasu.

Nie ukrywam, to działa.

Kolanko

3 komentarzy

Przynajmniej pół roku, o ile nie rok wcześniej niż Franio. Pierwsze krwiste starcie – Julia kontra grawitacja (bo ogólnie to Julia sprawdza codziennie wielokrotnie i na różne sposoby, czy tego Newtona to nie da się obalić).


Plasterek wybrany i przyklejony by syn.
Julci leci trew mamusiu, tatusiu, ja też tat tiedyś mialem i trzeba było wyszorować i natleić plasteret, natleimy Julci plasteret. Ja natleję ja, ja ja.
….



Różowy jej wybrałem, dobry dla dziewczynek.

Wielkanoc 2009

1 komentarz

Jak wspomniałam MIAŁAM zamiar napisać w środę wieczorem na gg. Ale najpierw odebrałam syna  z przedszkola. Z czarowną doprawdy informacją, ze wymiotował. A że ten kaszel mu też nie przechodził, pojechaliśmy do lekarza. Z wizytą w myjni, jako pociechą dla Frania (niestety Julcia się tam wystraszyła). Wysiadłam pod przychodnią, Jula na biodro, Franio wyszedł i… – Niedobrze mi mamusiu!!!! Tyle, że na bok ulicy zeszliśmy, jedną ręką Frania, drugą dalej trzymałam Julcię. AAAAAAAAAAAAAA Jakiś człowiek patrzył na mnie i oprócz współczucia miał w oczach wyraz w stylu „uf, to nie ja”. Poprawka była po wejsciu do przychodni, na szczęście nikogo na dole nie było, a pani sprzątająca akurat stała i natychmiast umyła, to godność Frania jakoś mniej ucierpiała. Ech. Wizyta w sumie tak sobie, bo niby wciąż jakby nic, ale za długo i dostaliśmy dodatkowo bactrim. I w sumie od tego momentu zaczęło się poprawiać. Franiowi.

Bo w Wielki Czwartek wieczorem Julcia rozpczliwie zapłakała. Poleciałam na górę i ledwie zdążyłam się schylić nad łóżeczkiem jak zaczęła wymiotować. A że leżała na plecach, to zaczęła się dławić, więc myk na bok, a dopiero potem ją wyjęłam. 4 akcje później i 3 zmiany ubrania (raz się udało bez) ostatecznie zasnęła, a następne półtora dnia miała biegunkę. Zasnęła, nie chciała nic pić i bałam się, czy nie trzeba by do szpitala, ale jednak  – spała, byłam obok, szpital blisko, a stres dla niej byłby okropny. I słusznie, bo rano rzuciła się na picie. Na jedzenie niestety dopiero w niedzielę, więc Miniacórka jest jeszcze drobniejsza. Potem poleciałoooooo – w piątek wieczorem smectę :) miałam ja, potem w sobotę babcia i dziadek, Ł. wykpił się bardzo lekką wersją, ale za to mój brat z żoną zajęli dla siebie koljne dwa dni:))). Ech.

Niemniej ostatecznie zrobiło się dobrze.
Posprzątać, posprzątaliśmy nieźle, głównie dużą pracą męża, a my okazjonalnie współdziałaliśmy:). Zasada u nas jest taka, że sprzątają wszyscy, bo wtedy wszyscy są mniej zmęczeni (chwilowo kontrowersyjne założenie) i wszyscy mogąś potem robić co innego. Ponadto po prostu wszyscy się dokładają do tworzenia domu.
No więc się dokładali:

Franio czyścił prontem z tatusiem, Jula poprawiała…hmm… poprawiała lub wykańczała mokrą chusteczką.
Zmienialiśmy pościel:

Jak w piątek spektakularnie padłam, tak w sobotę rano byłam znienacka znowu zdrowa. Więc udaliśmy się z synem do kuchni – syn w wersji anioł, normalnie całusiańki dzień ze mną pracował (w przerwach graliśmy w pisanki:), grę planszową z gazety).
Zrobiliśmy mazurek, babkę marmurkową z kawą (super, padła prawie całą w Wielką Sobotę już), trochę zwierząt:


Jeszcze był zając, bo z barana zostało ciasta.
Zrobiliśmy sałatkę jarzynową, jajka w cebuli i jajka w kolorach -  Franio mieszał i wyjmował z wielkim pietyzmem, Jula siedząc wygodnie na rękach Ł. oglądała zafascynowana.
A ponieważ tamte to były traszanti (kraszanki) mamusiu, traszanti, trasznti, a przecież jeszcze musimy zrobić pisanti! Jasne nie? Jakże to same kraszanki. Do pisanek mieliśmy drewniane jaja (rewelka, polecam, kosztowały złotówkę za sztuka, a lepsze dla takich maluchów od wydmuszek).
Franio miał wizje (m.in, jajko ze znakiem minimini), Jula BYĆ MOŻE też, ale nie zdradzała,
Malowali pilnie. Ja nie. Ja jestem cerberem, który wydziala Julczce tylko jedną farbę naraz (odkąd wsadziła kiedyś całą rączkę do czerwonej, wytarła we włosy i łysinkę, a potem jeszcze wzięła pełną garść kangusiów). No i konsultantem jestem.

Wielki Post jest nieco trudniejszy do przygotowania niż Adwent, ale w sumie coś niecoś nam wyszło. Niedziela Palmowa otwierała, a potem omawialiśmy kolejne dni, Franio miał też kolorowankę z odpowiednimi obrazkami. Potem wynosił cieżką naszą kołdrę do Ł. na balkon i :
Tak tołdra jest tat cięzta jat krzyż Pana Jezusa.

Zaryzykowałam też i wzięliśmy go na misteria Wielkiego Piątku. Bo w sumie najkrótsze i też moim zdaniem najciekawsze – zawsze ale to zawsze uważałam je za najbardziej tajemnicze. Plan wyszedł może nieco inaczej niż wstępnie założono, bo na czytaniu Męki i kazaniu Franio spał – po całym dniu sprzatania i biegania. Ale w sumie to było bdb, bo tego się bałam najbardziej, ta częśc jest w sumie najtrudniejsza, bo tylko słuchanie. Potem natomiast był bardzo zainteresowany, zadawał sporo pytań, a o to co się dzieje i powiedział, że się mu podobało. A pytania nie zawsze są proste:
Mamusiuuuu, czy wtedy dawno, tat jat czytamy w Biblii, to Pan Jezus też był w opłtattu?
A czy w niedzielę sie mu uda wydostać z opłatta?

Usłyszał też o Duchu Świętym i ajajaj zapytał o Trójcę Świętą, ale udało się na razie krótkim wyjaśnieniem zamknąć temat.
Następne dni wracał do tematu – Jat togoś utrzyżują to trzeba poleżeć trzy dni w grobie, żeby się zagoiło?
Mamusiu, a ja tu zbudowałem Boży Grób z pociagów.
Nie wiem, jakie poczyni wybory w przyszłości, ale póki co mam wpływ. Chcę, by rozumiał, co się dzieje i dlaczego.

Święcić też oczywiście byliśmy> Julcia jeden swój chlebek zjadła, jak jechaliśmy tam, a drugi spowrotem, Jak skończyła, to zajrzała ponownie do koszyczka, zobaczyła jajka i kiełbaskę (bo tyle jej tatuś dał), pomedytowała, stwierdziła stanowczo NE i nakryła ponownie.

Ponieważ babcia z dziadkiem nie byli jednak w stanie iść do kościoła, to po kilkuletniej przerwie załapałam się na rezurekcję. Potem była kolacja, Franio miał być, ale po całym dniu… zasnął o 19.10, bardzo znienacka. Żeby nie było mu smutno, sprzedaliśmy mu wersję, że wszyscy poszli spać i było uroczyste śniadanie. Bo było.

Pogoda ładna, oba dni miłe, zajączek obdarował wszystkich troszkę, dzieci bardzo – mamusiu, mamusiu, zajączet wiedział, że marzyłem o takim bidonitu i takim stattu!
Akcji – mam inną wizję niż moim rodzice – nie było za dużo, a w Lany Poniedziałek Franio miał swój dzień. Polał wszystkich, zaczynąjąc ode mnie i Julci rano. Ale potem jeszcze przewinęła się liczna rodzina.
Bo wiesz mamusiu, ja stałem tat… i trzymałem dwie psitawti, a tatuś tat… i też miał dwie, i szedł wujo A. i mysmy go polali i wujo zawołał tat: AAAAAAAAAAAAA!!!!!
U nas w uliczkach nie ma dzikich band z wiadrami (była raz, jak miałam lat chyba 17, malo dzika, moich 15 kolegów robiło obchód znajomych dziewczyn, dwóch wchodziło, usypiało czujność lekką gadką ( umnie jednym z nich był mój obecnie mąż…) potem wywlwkali ofiarę, reszta z indiańskim wyciem wypadała zza krzaków i lała te 13 wiader, a potem kulturalnie prosiła ojców dziewczyn o możliwość nalania nowej wody). Więc Lany Poniedziałek jest fajny.

I konteplacja psikawki…

Naprawdę było dobrze.

Święta

1 komentarz

Cukrowy baranek ma złociste różki
pilnuje pisanek na łące z rzeżuszki
A gdy nikt nie widzi chorągiewką buje
i wesoło meczy
Święta – Alleluja! –
 -
recytuje nam Franio.

Miałam w środę wieczorem napisać do Lisiej Norki na gg, ale… nastąpiło sporo zawirowań akcji i ech komp nie miał szans przez kolejne dni.

Ale już jest dobrze, przygotowaliśmy się do Świąt, zaraz lecimy na Wigilię Paschlaną i Rezurekcję, więc wszystkim

                              WESOŁYCH ŚWIĄT

wtorek

2 komentarzy

Dzięki niespodziewanej łaskawości szefowej (nie muszę jutro na ekstra zebranie, ciekawe kiedy za to odpokutuję, przekajawy łaskwości niekiedy nagle zanikają), mam już wyjściowo wolne. Bo praca domowa i zdomu zawodowa to ach ach jakoś nie chce pójść.

A dziś chodziłam po pracy z wielkim nożem. No bo kupiłam bułeczkę, chciałam zrobić sobie śniadanko i pożyczyłam nóż z sekretariatu. Do wyboru był tasak niemalże albo mały plastikowy.
Starałam się omijać studentów, na szczęście mało było.
Bo wiecie, jak to radośnie na gg ujął mój mąż…
Hit kinowy?
Socjologiczna Masakra Tępym Tasakiem.

***
Nie będę mu już czytać Biblii. Nie będę. Nie będę – nader stanowczo informuje mnie moja mama.
Chyba że dostanę wykładnię.
Bo tak to on mnie poprawia. On! Bo „mamusia inaczej czyta”, „mamusia nie tak to czyta”.

Poza tym – także moja mama – przyszedł do mnie i ponformował mnie, że „fatalnie babciu kupiłaś tego Pysia”. Fatalnie!
Bo rozumiesz te same naklejki były co w pierwszym. Ale – ten pierwszy dobry, to kupił dziadzio, a ten zły to ja…
( w sklepie byli razem…).

j
Palma sporządzona wspólnymi siłami: syn plus mama. Plus jeden element chaosu, czyli Julia (plus bibułki). Albowiem córka opanowała zsuwanie tego papierowego trzymacza bibuły. Potem rozwija i szuka kolejnej.
Dziś w kościele Franio z dumą podstawił palmę do święcenia.

wczoraj upiornie po prostu męczący dzień. Mąż zawziął się i umył wszytskie okna. Wszystkie czyli: 5 dużych normalnych, 4 dachowe, dwa balkonowe i jedno wielkości balkonowego tylko nie otwierane. Czyli odnotował spaktakularny sukces. Ja nie, bo ja głównie opanowywałam zbójników i ponieważ nagły wybuch wiosny i upału mnie męczy zazdrościłam mu pracy w spokoju. My tak: umyliśmy sprzęt sportowy zimowy, zagraliśmy w piłę, udaliśmy się na spacer rowerowy, umyłam lodówkę, byłam z nimi na ćwiczeniach na basenie  i aaaaaaaaaaaaaaa miałam ochotę gryźć. Doprawdy ze śnieżycy i śniegu z deszczem znienacka przeszłam do 20+.
Tak wieczorkiem, jak myli rower, to ja poszłam zdejmować zasłony i firanki ze sznura. bo najdalej i jak szybko poszłam to miałam moment zanim mnie dogonili. Dodatkowo to Franciszek mówił……………… ale o tym napiszę osobno.

A Franio pełna profeska nie? Całkiem jak typowy mężczyzna w domku na przedmieściach myjący swój wóz. Widziałam x razy w filmach.
Dla scisłości – tu wóz mamusi. Bo w planie nabycie krzesełka dla Juli. Z rowerami w naszym mieście to problemem jest hmmm pofałdowanie:).

W południe dziś spacer nad stawami. gdzie spotkaliśmy oprócz stadardu: łabędzie, łyski, mewy, kaczki także rzekotkę i rosły tam już leśne pierwiosnki (zawilce widzieliśmy w pt w lesie). Teraz polujemy na kaczeńce, na razie tylko złocienie.
a po południu Ł. poprawiał Franiowi wysokość kierownicy i siodełka w rowerku, Jula nakazała (a w nakazywaniu jest dobra) wyjąć swój i pojechaliśmy (niektórzy znaczy szli) znowu na rundkę. Odbyło się ok. 12 wyścigów, Franio zdobył 10 pkt., Julcia 7 (remisy dają punkty obojgu) i zgodnie z instrukcją sporządziłam nagrody. 17 nagród.

Pamiętam tamte czasy… – oświadczył Franio, w którejś z dziesiejszych kilometrowych rozmów ze mną.
Matuzalem normalnie.

Wieczorem jedną z najnowszych atrakcji jest liczenie. Kilka dni temu Frania szalenie rozbawiło, że jest coś jeszcze po liczbie 110. Z jakichś powodów chciał znowu zacząć od 1.


  • RSS