cypisek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2009

Doprawdy na brak akcji nie mogę narzekać. Odliczam dni do Bożego Ciała, gdy wróci mój normalny rytm życia.
W poniedziałek do Krakowa, we wtorek do Warszawy, w środę z Wawy do Torunia, na konferencję i po południu z moimi rodzicami, którzy byli tak kochani, że zaplanowali podróż pod kątem mnie-odebrania, spowrotem do domu…

Dodatkowo w poniedziałek zniknął mi głos. Czarujące w kontekście mojego zawodu. Drugi objaw wirusa to ropienie oczu. Równie czarowne. Jeden wykład musiałam w połowie skończyć, na drugim miałam gościa uf. Ale we wtorek dalje to samo!!!!
No więc w tym tygodniu muszę jedne zajęcia odrobić.

Ale tak czy siak zaraz sesja i byle byle do sesji. Bo to nie tylko ja mam dość, ale znowu obrywam za wszystko:(.

Konferencja ciakawa, o reformie edukacji. Mój sprzeciw wobec reformy tylko się utwierdził:).

Ł. był sam z dzieciakami i nie szczędziły mu wrażeń. Ponoć każde dziecko musi zaliczyc swój epizod z Sudocremem, Franio nam nie zafundował, ale Julcia czemu nie. Sporo tego nadzwyczaj wydajnego kremu i cały buziak Juleńki solidnie wykremowany. Strasznie była obrażona, że Ł. ją ochrzanił, że musiała się drugi raz myć.
Po drugie we wtorek Ł. zadzwonił, że F. zgubił sandały. W domu i zagrodzie, więc na luzie założyliśmy, że zaraz sie znajdą. A tu zonk. Nie ma. Aż w środę w nocy, jak wróciłam, to szukałam, no bo jak to? Jak mogą tak zniknąć.

Znalazły się w czwartek.
Za domem, w kamyczkach.
Super mokre, ale dobre sandały, nic im nie zaszkodziło.
Wszyscy mieli natychmiastowe skojarzenia, jak też biedactwa się tam dostały.
Winowajcyzni nie przyznaje się i nie poczuwa do skruchy. za to ucieszyła się, jak je znalazłyśmy.

I doprawdy – zimno, wieje i leje – ale gdzie z tego wynika, że nie należy iść papa?
Julia i kalosze – rozmiar 19 jakoś nieosiągalny, więc ma 20/21, troche się potyka, ale darzy je miłością nader głęboką.

Dzisiejszy House pierwszy normalnie odlot.
Franciszek kaszle dalej, dziś o 5.40 już nie mogłam dalej spać, bo leżał koło mnie, biedny bardzo. Ale jeszcze z antybiotykiem czekamy i choć może to sobie wyobrażam, mam wrażenie, że jakby to było przesilenie. Taki gapcio-pechowiec ostatnio. W niedzielę na fajnym placu zabaw (15 min. rowerami) tak się dobrze bawił i na koniec jakoś nieszczęśliwie przyszczypał paluszek. W domu okazało się, że wbita jest długa drzazga, mocno wgłąb, gąbka no chance, szczotka mimo samozaparcia syna, też nic nie dała. Musiałam igłą mu wyjąć. Łzy lały się mu po buzi, ale dostał mnóstwo pochwał, bo mimo lęku, trzymał rączkę dzielnie.
Potem szpanował jako kombatant
Dobrze, że Lulcia nie miała takiego staleczenia, bo ona nie rozumie, ze tzreba trzymać rącztę bez ruchu.
A Franciszek, laseczki teżca i te sprawy, „Było sobie życie”.
Julcik robi, co może, żeby skupić uwagę na sobie, generalnie jest ciekawie:).

Julinka dostała czapeczkę od A. i Milenki.
Pytanie – czy czapeczka się podobała?
Odpowiedź – zdjęcie zrobione 21.30

A w niedzielę byliśmy (matka z synem) na:
Lato Muminków

Śliczne, bajka czarująca, Kowalewski jako narrator dodatkowo dodawał uroku.

Poniedziałki krakowskie stały się teraz nader miłe, zajęcia co prawda do późna, ale potem sałatki z Liskiem:))). Fajnie, fajnie.
A po powrocie do domu, tydzień, który był dotyczas tylko straszny, stał się – od chwili, gdy Franio zaczął o 3 kaszleć i nie przestał – masakryczny. Franio niby wciąż nieźle, ale recepta na antybiotyk jest i czekamy. Tydzień masakryczny, bo maj. Wszyscy chcą coś w maju. Nawet jak teoretycznie nie mają, co chcieć, to coś wymyślą. A czas na pracę, wciąż ten sam.
Przeczytałam dziś 3 prace dyplomowe plus kawałek czwartej.
W jednej są całe pasaże kopiowane, czekam na reakcję autorki:(.
Niestety nie zdążyłam jeszcze jednej – znaczy zdążyć bym zdążyła, ale nie mam już siły.
Następny tydzień jeszcze gorszy.
Potem powoli powinno być lepiej.

Majowe zawalenie pracę trwa, więc nie nadążam.
Ale dziś – święto kwitnących azalii:)



W uroczej kawiarence zamówiłam sobie ciasto z galaretką, ale zjadłam tylko kawałek sernika, którym podzieliła się ze mną moja mama. Ciasto z galaretką zjadł mój syn, któren oryginalnie nie chciał ciasta tylko koktajl truskawkowy. Koktajl wypiła za to córka.
Rodzina orzekła, że w zasadzie ja nie powinnam się zastanawiać, co zamawiać, bo i tak jem resztki:)
W zeszły weekend ulubiony basen w W. i inaleśniki w U., tym razem ogrody w Pisarzowicach.

Jula w tygodniu miała trzy masakryczne noce, nie wiem, czy trójki, czy coś jej dolega? W czwartek ciagnęła za uszko, ale potem nic. Teraz już lepiej, ale ja w sumie jako zombie, bo i praca i płacze nocne.

Franciszek zbliza się nieśmiało do literki „k”. Od dawana zna ją i  i potrafi wymówić, ale mówił ją tylko ekstra, w zasadzie wtedy, gdy wymieniał litery w alfabecie albo coś takiego. I mówił strasznie sztucznie. Ćwiczyliśmy np. k…uchnia, ale teraz potrafi powiedzieć z k, np, kokon. Niemniej musi się skupić i mówi to trochę inaczej – jak sam twierdzi, aby mówić k, musi mówić głosem Mikołaja S. , jednego z przedszkolnych kolegów.

Z nowości tegotygodniowych, to byli w Banialuce z przedszkola, specjalnym autobusem, Reisefieber przez trzy dni:)))

A i F. twierdzi, że polubił buraki (jedna z minimalnej listy niejedzonych rzeczy). Strategicznie odkrył to w czwartek, a buraczki były w środę, ale TWIERDZI, że jak będą to zje:))))).

Sob

4 komentarzy

Tuż przed przybyciem rodziny na grilla dwa tygodnie temu Franciszek znienacka spracyzował swoją karierę życiową.

Jestem Franio, albo Franet, poborca podatkowy (niespodziewany bonus z jego ulubionej Biblii dla dzieci).

Wyjął swoją świnkę skarbonkę i przeliczył – mam 18 pieniędzy!
Ale rodzina, którą tymże hasłem – poborcy – witał, znalazła się właściwie i po wizycie miał już 56 pieniędzy.

Nominał na razie nieważny, ważny stan ogólny i jakoś wykonania.
Bo np. pięciozłotówka to…
ten pieniądz jest niedozłocony mamusiu – Ł. donosi, że złożył propozycję, ze go pomaluje. Już kiedyś syn pomalował na czarno groszówkę. Potem się zachwycał, jak śliczna i że nikt takiej nie ma. W sumie chyba racja. Zwłaszcza w opcji nikt.

Wczoraj i dziś pod hasłem wizyt z małymi chłopcami, wczoraj taki jedne u nas, dzis my u innego takiego, co ma też malutkiego nowego brata. Franio zachwycony wizytami. Ł. poproszono, by był ojcem chrzestnym:))). Mama i żona – dowiozła przyjaciólce i jej nowemu synkowi zestaw ciuszków po moich (sprzątaliśmy z Franiem, tych różowych nie dawałam, więc Franio je odkładał – dla nowego dzidziusia. Hmm).

W sobotę JEDNAKŻE coś popracowaliśmy w domu, np. ja z ogromnym bólem, ale zmuszona okolicznościami nadejscia wiosny, dokonałam wymiany dziecięcych ciuchów. Schowałąm kombinezony np. Bo ostatnio tata mi zrobił dywersję, słyszę ja nagle z ogrodu – Franiu, idź do mamusi niech ci da KRÓTKIE spodnie. Aaaaaaa, synu no chance, na pawlaczu są. Franciszek dzielnie mi pomagał i na szczęście w zalewie ciuchów dla Luli (wszystkie krótkie spodenki po Franiu np.) coś dla niego też leżakowało. Julinek to w zasadzie ma wszystko, tyle że w wersji chłopięcej:).
Potem jako nagroda dla wszystkich udaliśmy się do J. na Majówkę, która tam gmina z Czechami i Słowacją do spółki zrobiła. Fajna majówka, pyszne jedzonko. Siajo wynegocjował 3 przyjemności i było to:
-WATA CUKROWA – pierwsza w jego życiu, strasznie mu się podobało robienie, a dla nas ileż wspomnień (jak mi usuwali trzeci migdał i rodzice za nie-płakanie obiecali, ze coś mogę sobie wybrać, to watę chciałam, tylko kolorową, bo standardowo na osiedlu bywała czasem i tylko biała. Gość przybywał i kolejka na godzinę stała).
-zjeżdżalnia czyli klasyk
-skakanie w uprzęży na linach na batucie. Ach jaki był zachwycony.
Julinek dostał 20 min. w basenie kulkowym i bardzo ok, tylko pół majówki słyszało, że:
a) tata ją wyjął w końcu
b) nie pozwolił zabrać piłek.
Potem jeszcze placyk zabaw (Jula umie wspinać się na drabinki, jak się OKAZAŁO), a my z mamą po mioduneczce.

A niedziela… tradycyjny grill pracowy, piąty już.
Rejwach, sajgon, ciociu pomóż mi wejść na drzewo, to za kruche jest Szymciu, wejdź na czereśnie, podsadź mnie na budę psa ciociu, hej, dajemy ziemniaki do ogniska, tak podgotowują się, stawiam tu ketchup, chodźcie na karczek, już już, ciociu weszłam i nie mogę zejść (Ola na śliwce), Lila też nie może, już was sciągam, mamusiu, a ja też chcę, ok Franiu, ja je ściągnę.
Mamusiu, proszę tort galaretkowy dla mnie, Oli i Lili, tam wezmę na polanę, dobrze, ale z Ninką i Julcią się podzielicie, tak tak, czy dzieci dostały galaretkę, tak jedzą pod trzepakiem, a Jula i Tymcio i Mareczek młócą ciasto, gdzie Mareczek, pewnie znowu zwiał do domu do torów i samochodzików.
10 dorosłych,  9 dzieci, stanowczy niedobór dorosłych.
To nie leniwy grill z piątku, gdy teściowa zabawiała Julę, rozmowy się nam powinny rwać, bo wciąż biegamy, ale nie, dobrze jest. ja to uwielbiam:)))

Przed grillem niektórzy się dobrze wyspali, jedni w łóżeczku, inne pod śliwką

I potem radośnie witali gości

Jula z kawalerem

Owa”polana” i wcinanie, niezłe zapasy chrupek itd. tam sobie zrobili

Spalanie tego, co zjedli

Spalanie w wersji dla dorosłych

Szymon wielkodusznie zasugerował, ze jego to wujek samego lepiej niech kręci, zdjęcie by Franio

Ogólnie świat był w ruchu. Ruchu ciągły, niejednostajnym, przyspieszonym

W piątek postanowiliśmy wybrać się w góry. Julia mistrzyni papa (zdarza się nam być na spacerze o 8 rano też) nie dała nam wypić kawy (no skandal normalnie) tylko od razu, papa i papa.
Nawet buty przyniosła, a rodzice nic tylko ta kawa i kawa. (Bez kawy opcja zmobilizowania się marnie wyglądała).

W samochodzie zdradziliśmy Franiowi, że nie tylko w góry (po pieczątki i to dwie, bo dwa schroniska), ale też kolejka linowa. Juluś był trochę przestraszony, Franiowi nie zamykały się usta.

I start!

Niektórzy raźno szli w poziomie…

…i w pionie. nie muszę dodawać, że zębami dzwoniłam ze strachu, jak zasuwał tam po skałce? To wcale nie jest nisko, a wyszli aż na samą górę.

Czasem ci sami niektórzy się zmęczali i odpoczywali.

A inni, którzy się nie męczyli, też mieli potrzebę posiedzenia. Sama szła część drogi, szłą by znacznie więcej, ale doprawdy, dlaczego nie chce iść tam, gdzie my?

Klimczok zdobyty (1117 m n.p.m.), pieczątki zaliczone (bardzo jest z nich dumny), w drodze powrotnej Jula zaraz zasnęła w chuście, a Franio zaczął mieć wizję, ze nóżki go bolą. Więc ustaliliśmy, ze może co szlak robić zdjęcia. I tak te 40 minut spowrotem przemknął piorunem  i NAWET udało nam się przekonać go, że nie każde zdjęcie musi dotyczyć szlaku, stąd studia:
a) zwalonego drzewa

b) huby

c) mojego ulubionego miasta

I jeszcze frajda kolejką w dół i mała utarczka, bo najpierw chcieli pimpy, a potem Franio wymyślił okulary przeciwsłoneczne (standardowa opcja przewiduje, że może być naraz jedna rzecz). Franio popadł w chwilową rozpacz, kłócił się ze mną solidnie, a pewnym momencie potrzeba negacji byłą tak silna, że oświadczył – Storo wczoraj byłem w przedsztolu, to dziś jest sobota, a nie piątet jat mowiłaś. Potem dojrzał do samokrytyki i przeprosin i wróciliśmy w sama raz na grilla, którego dziadki robiły w ogrodzie. Strasznie zmęczone dziecko goniło jeszcze z tatusiem (to samo miał na Klimczoku, on już nie może, mamusiu, muszę usiąść, nie no dwa kroki jeszcze, o plac zabaw, mamusiu lecę tam, tyle go widzieli, zmęczonego).
Ale po pewnym okresie gonitwy i konsumpcji nagle – Ja muszę spać, ja chcę już spać. Ledwo zdążyliśmy go umyć :))))).

Dla Babi – przepis z blogu moje wypieki, tort szwarcwaldzki, ale uczcie informuję bardzo pracochłonny i nietani. Taki prezentowy albo uroczystościowy właśnie.


  • RSS