cypisek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2009

Dnioojcowo

2 komentarzy

Jako, że był Dzień Taty, to wszystkie dzieci popełniły laurki.
To Franciszkowa ( po lewej portret tatusia i doprawdy nie pytajcie, co ja w nim widziałam, że za niego wyszłam)

Julciowa (z autografem Tfurczyni u góry)

Ł. i ja namalowaliśmy nasze złotą farbą na butelczynie wina, wrzucilismy do koszyczka, plus parę różnych serków (skojarzenia z Czerwonym Kapturkiem?)

Przy okazji tworzenia laurki syn machnął jeszcze krainę dinozaurów. Widać jezioro i trawę z lasem zmieszaną (dinozaury i drzewa indywidualne nie są widoczne, bo to z daleka).

Poza tym jest średnio. Oberwanie chmury ma swoje prawa.

Nie mamy źle, nawet dom mamy na wzniesieniu i nie zalewa nam piwnic, jak sąsiadom kawałek dalej. Tylko zniszczyło nam większość upraw w ogrodzie. Ale ciężko patrzeć, na to co się dzieje.

Niemniej niektórzy się w sytuacji deszczowej dobrze odnajdują. Julia nauczyła się sama ubierać kaloszki (które określa mianem ApAp) i skrupulatnie z tego korzysta, minimum kilka razy dziennie, przy czym raz pierwszy jest o 8.10. Jak damy jej inne buty, to ostatecznie da się przekonać, ale po powrocie koniecznie musi mieć jeszcze kaloszki.
O, tu w środę, w małej przerwie w obrywaniu się chmur.
Franciszek nie aż tak entuzjastycznie, za to jak tylko chwilowo nie pada, prosi o berka w ogrodzie. No to siup – spróbujcie biegać w kaloszach, względnie w adidasach, ale zaraz w nich woda chlupocze, po ogrodzie przygotowanym do uprawy ryżu i jeszcze czasem z Juleńką na rękach. Dodatkowo są sztywne reguły i nie ma szans, by zbyt szybko zakończyć rozrywkę :)))))).

Bo ja kiedyś tańczyłam w zespole. Góralskim. 5 lat. A jak miesiąc temu bylismy na festynie dzielnicy to zespół był.
Tak samo tańczyli, jak my, ja wciąż to wszystko potrafię! I tak patrzyłam na Julcię, która biegała koło nich i Frania, który przestawiał nóżki w charakterystycznym kroku, stosowanym, gdy śpiewaliśmy (nigdy nie śpiewaliśmy stojąc bez ruchu jakoś). Przecież dopiero co ja występowałam na takich imprezach. I w Belgii, gdzie jak chłopcy przytupnęli, to deski podium podskoczyły, ku radości belgijskiej publiczności. I we Francji, w Bretanii, gdzie bisowaliśmy bez konca, bo tak bardzo rózniliśmy się od spokojnie tańczących Bretończyków. Pierwszy raz tam jadłam małże (i ostatni, ale wtedy byliśmy mega głodni). A siedząc kiedyś wieczorem i czekając na naszych Francuzów jakoś ktoś zainicjował śmieszne wymienianie, kto do kogo pasuje. Kolega powymieniał i akurat Francuzi nas zawołali. A ja? O mnie nie powiedziałeś? -zapytałam z udawanym gniewem. A ty pasujesz do mnie.
To było ładne, lubiliśmy się, trochę się w sobie podkochiwaliśmy, na zmiany raz ten był ważniejszy, raz ten. Jeden dokuczał, drugi grał na gitarze. Takie delikatne, jakoś inaczej niż teraz nieraz widać.
Jak rozrabialiśmy na próbach, to musieliśmy tańczyć spacer-polkę ze zmianami partnerów, przesuwając się o jednego dalej aż wróciło się do swojego. Polka to wiadomo, a w tej dodatkowo było podnoszenie. Jakoś szybko nas dyscyplinowało.
Było dużo burz, poszukiwanie kierpców po autobusie, bieganie w samych butach i skarpetach po śniegu. Kiedyś koledzy zaimprowizowali i w ramach tańca skakali przez ognisko.
Było pięknie.

A w ramach pikniku również…

Wata to wata, coś w sobie ma.
Gdy byliśmy mali i przyjeżdżał gość z watą na osiedle to kolejki na godzinę były.

I nasza WYSTAWA SZTUKI

A i miałyśmy dziś fajne przedpołudnie, bo byłyśmy odwiedzić i poznać Holę i Lenkę. Herbatka pyszna, ciasto super, dziewczynki bawiły sie zaskakująco dobrze (zadnych poważniejszych scysji, wielkie brawa dla Lenki, bo nie jest łatwo dzielić się zabawkami), mamy mogły pogadać. Dla mnie bomba, nie wiem jak Hola;), bo hmmm bałgan to jednak powstał.

Plasterki

4 komentarzy

Pani doktor wysłała Frania na USG brzuszka. No i niby nic, w zasadzie ok, tylko w jednym wymiarze wątroba jest trochę za duża. To w  zasadzie podobno nie może być nic ważnego, ale na wszelki wyapdek wysłano syna na badanie krwi, na 7 badań dokładnie.

No i dziś wybrali się z Ł. Franio nie był chętny, dał się przekonać, że trzeba, że robię mu kanapeczkę na potem itd., ale szczerze mówiąc to się dziwię, że tak łatwo dał się wyprawić, bo gdy już wsiadał do auta odezwał się w takie słowy :))), że załapałam, iż uważa, że 7 badań oznacza 7 kłuć:))).

Miał 2, bo krew była za gęsta i musiał wypić wody i potem drugi raz. Generalnie był dzielny. No i dostał 2 plasterki.

Nosił je cały dzień w przedszkolu – a jak, trzeba pobyć bohaterem, nie?
A w domu uznał, że już ich nie potrzebuje…

… i całe szczęście, bo Deń deń deń ich potrzebowała. Pilnie. Koniecznie. Na krótko, bo cóż za atrakcja, ale jednak trzeba było sprawdzić, czy brat nie ma się jakby lepiej a nuż.

Dni

5 komentarzy

Dostałam kiedyś od Ł. karteczkę z rysunkiem nieszczęśnika przygniecionego papierami i napisem: Przygniatają mnie cieżkie terminy. I tak właśnie miałam ostatnie trzy tygodnie. Dwie konferencje, końcowe zajęcia, zebranie komitetu rodziecielskiego w przedszkolu, zebranie ogólne w przedszkolu, nadprogramowe wizyty w pracy. Sezon sprawozdań, prac dyplomowych, wniosków o kasę. I to wszystko z niewyleczonym gardłem, super pięknie było super. Ale dotrwałam do środy przed Bożym Ciałem i semestr się zakończył. Trudny semestr nie ma co kryć. Chwilowo praca jest dla mnie trudna, wieczory się skracają, bo Franio prosi o jeszcze jedno czytanie, o grę, albo „opowiedz mi coś, prooooooszę”. Plus zmęczenie organizmu coraz większe. Plus zmęczenie materiału, nie tylko moje. Ostatnie dwa tygodnie Franio miał wyliczone, ile jeszcze Krakowów, a teraz wciąż upewnia się, że dziś NIE idę do pracy, ze tylko w czwartek. Ale dotrwaliśmy i już powoli lepiej. Co prawda wciąż spływają prace, tzreba ulożyć ptania do egzaminu itd., ale wreszcie powoli kończymy. Fajnie tak w poniedziałek rano na kawę do koleżanki zamiast się zbierać do zajęć. tylko wieczorów z A. szkoda, szkoda.
Co do tytułowych dni, to najpierw był Dzień Matki. Nasze mamy dostały ręcznie malowane (przez autorkę tekstu) wazony w kwiatami i hasłem: Mama jest najlepsza.
Na mnie też czekal bukiet kwiatów, aczkolwiek dostałam z 2 dniami spóźnienia i Franio wręczając kombinował, czemu mi je daje:).
Był też festyn rodzinny w przedszkolu z okazji Dnia mamy i Taty.
Tu maluchy – misie, Franio też mówił wierszyk, ogólnie dzieciaki wszystkie były super, a moje oczy pełne łez. No tak mam, no.

Po części artystycznej było oglądanie prac w ogrodzie, zabawy przy orkiestrze, jedzenie (bigos, grill, ciasta, sama jedno piekłam). Loteria, na które sami też przynosiliśmy fanty plus trochę od sponsorów. Uwielbiam takie imprezy, festyny, pikniki, uwielbiam się angażować, lubię, że wszystkie panie kojarzą mojego synka, że kojarzą nas. Pisałam kiedyś, ze prawie wszyscy są od wielu lat stąd, atmosfera taka rodzinno-sąsiedzka.
Z loterii łupów co niemiara, w tym LATARKA, która odegra ważną rolę w którejś z kolejnych notek.
I nawet pogoda była w miarę, dopiero po 5 zaczęło padać.
Wieczorem mamusia niestety nadprogramowo musiała jechać nach Krakau i tak strasznie mi – w kontraście z tym fajnym festynem – było smutno.





Był też Dzień Dzień Dziecka, prawda?
Franiowi spełniły się dwa marzenia: hulajnoga od nas, a babcia ach babcia umowiła się i pojechaliśmy do sklepu i kupiła mu Piranie atakują, grę o której marzył od pół roku.
I teraz mamy prawie jak w Las Vegas. Nic tylko gramy, przynajmiej 2 partyjki w najmarniejszy dzień, a kilka w lepszy. Ł. miał taką niedzielę, że zagrał 15 razy (mamusia zrobiła, to co robi raz na pół roku i NIE uczestniczyła, bo nadganiala pracę:))). Nawet na urodziny do kuzynki chciał je brać (choć E. ma swoje ale ale ale ale ciocia D. tat wolno je zawsze ściąga mamusiu).
EWENTUALNIE syn zamienia na inną grę, czyli zawody, ale też zasada podobna, bo to wszystko wariacje na tle planszowych.
Fajnie na niego patrzeć (choć na pieranie to chwilami już nie). i fajnie utrafić z prezentem.
Julcik dostał bujak. Bujak działa najlepiej, gdy brat huśta.



I były też imieniny prababci i 4 urodziny E. i wyprawa na rynek (to jutro napiszę). I Boże Ciało z procesją. Franio przyjął wszystkie wyjaśnienia, zaakceptował, że będzie DOŚĆ długo i uchwycił się słowa uroczystość. To on musi wziąć swój aparat (z Tomka i przyjaciele), bo na uroczystościach zawsze robi się zdjęcia. I robił.
Życie nas pochłania.

I są też takie dni jak piątek. Mieliśmy jechać odwiedzić moją przyjaciółkę ze szkoły, która normalnie w Anglii mieszka. Ale.
Julcia obudziła się z wysoką gorączką, strasznym płaczem i dziwnie czerwoną buzią. Migiem do lekarki, a ona jeszcze nie zbadała, ale już woła siostrę – na 90% zastrzyk będzie trzeba. Ostre zapalenie krtani, z dusznościami (stąd kolor i płacz), pilny zastrzyk ze sterydów. Lepiej. Jeszcze jeden epizod duszności miała w sobotę, wieczorem po kąpieli, ale już był naszykowany „słoń” (Julcia mówi „toń”) z inhalacjami i bez ubierania, tylko kołdrą okryliśmy i już wdychać. Minęło, a córce od razu zaczęły powieki opadać, taka tym była zmęczona.
Ale już lepiej, wychodzimy z tego.


  • RSS