cypisek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2009

Weekend

1 komentarz

Przede mną tydzien masakra, przy czym najgorzej jutro. Jadę na sporkanie do RPO i moje z dawna zadane mam dobre, ale ukochana tfu tfu szefowa wrobiła nas dodatkowo brzydko, mnie i koleżankę, nie lubię się błaźnić, mega stres.

Ale weekend pogodny i uroczy. W sobotę kidsy na Błonia plus miasteczko rowerowe. Franio wjeżdżał na rondo w lewo, a na skrzyżowanie z podporządkowanej bez hamowania i ścinał. Ale ma 4,5 roku, a niektórzy uprawiają to stale.



Potem szaleli na drabinkach.
Na Julę wszyscy mówili chłopczyk… – refleksyjnie informuje mnie mąż.
Czemu, przecież ma różową czapeczkę i TRAMPKI różowe?
No nie wiem, może dlatego, że wszędzie się wspinała, byłą usmarkana i wszystko chciała sama? A druga dziewczynka miała sztrykowaną czapeczkę z kwiatkiem, kolczyki i bała się?
A no może.

Ciekawa też sytuacja – 2 mamy, jedna z dwójką, druga tylko z córką. Dwójeczka leci zjeżdżać rurą, mama córce nie pozwala (tak 4 lata). Dziewczynka w płacz. Chłopczyk z dwójki pyta dlaczego ona nie może iść. Bo ja (mówi mama) mam strach przed takimi ciemnymi przejściami. W koncu druga mama przekonuje, że nie jest trudne (bo nie jest), że małą złapie. I łapie. Mała wniebowzięta i potem leci do mamy – Nie ma się czego bać, nie ma. Tam nie było czarnej dziury, widać światło!
Ciężko czasem schować własne lęki, prawda? Też czasem zaciskam zęby.

A dziś – w odwiedziny do Matki Boskiej (Franio), IV nasza rodzinno-przyjacielska pielgrzymka. Tym razem 57 osób (plus jedno w brzuchu), namłodszy miał 3 tygodnie. 4 lata temu mieliśmy Frania, Emilkę, Klaudię, Kamila i maleńkiego Bartka. Teraz są też Tomek, Dawid, Julcia, Pawełek, Dorotka, Pawełek drugi, Emilka druga i Piotruś :). Dołączają kolejni dorośli, z kuzynem Ł. przyjeżdża jego (absolutnie prześliczna) narzeczona, pokoleniowo to obejmujemy 4. Podziękować, poprosić.

Czyli wykopki

Matkipolkilicznychdzieci

Tak jakoś fajnie po prostu

A to mąż mi posłał ostatnio:))) (muzyka tu http://w35.wrzuta.pl/audio/9u2n0gUmz5d/a_ty_-_kondrak)

Myślę sobie że najprościej

Jest powiedzieć coś z miłości

Aż tu nagle niespodzianka

Ani słówka ani zdanka

A ty patrzysz tak słodko

A ty szepczesz tak czule

Ty uwodzisz szarlotką

Ty mi pierzesz koszule

Myślę sobie że najprościej

Jest wykonać coś z miłości

Albo kogoś dajmy na to

Kto zawoła o hi tato

A ty patrzysz tak słodko

A ty szepczesz tak czule

Ty uwodzisz szarlotką

Jesteś moim red bullem

Tak najlepiej najpierw zrobię

Potem będę myślał sobie

Bo w miłości to reguła

Najpierw rób a potem tłumacz

A ty patrzysz tak słodko

A ty szepczesz tak czule

Ty uwodzisz szarlotką

Ty mi pierzesz koszule

A ty patrzysz tak słodko

A ty szepczesz tak czule

Ty uwodzisz szarlotką

Jesteś moim red bullem

A ty patrzysz tak słodko

A ty szepczesz tak czule

Ty uwodzisz szarlotką

Ty mnie zawsze w ogóle

A szarlotka akurat pachniała wyjęta z pieca.

***
Franciszek – Idę na górę mamusiu (my z Lu jemy zupę) – muszę się zastanowić…
A nad czym? (
jestem zainteresowana, bo pójść się zastanowić, to on czasem musi, jak coś nie tak jest)
A…jeszcze się nie zastanowiłem, nad czy się zastanowię.
I poszedł.

***
Co było do jedzenia, to takie standardowe pytanie, bo ja lubię rozmawiać z synem i lubię rozmawiać o jedzeniu.
Nooo na podwieczorek było takie ciasto, pianka i galaretka, albo czerwona albo żółta.
A ty z jaką galaretką miałeś?
Z czerwoną i z żółtą. I z różową –
odpowiada spokojnie mój syn, o którym pani zdarzyło się powiedzieć – Franio jest trochę niewyraźny, zjadł tylko jeden podwieczorek.

***
Ja bym najbardziej chciał kupić sobie TIR-a – rozmarzonym tonem informuje mnie syn
Deń też! – nie pozostaje dłużna nasza Pilnująca Sprawiedliwości Bratersko-Siostrzanej.

Weenked był po prostu fantastyczny. W sobotę byliśmy tradycyjnie jak co roku na wykopkach. Ł. ma siostrę, siostra męża, mąż pochodzi z góskiej wioski i jego rodzina ma gospodarstwo. Wykopki tradycyjnie robi się metodą pospolitego ruszenia, więc byliśmy i my. Franio był w siódmym niebie, gonił z taczkami, jeździł traktorem (mogłem kierować!!!!! – owszem dziedek kuzynów mu pozwolił), a z pola wracał na workach z ziemniakami. Lu goniła w przyczepie i zbierała maleńkie ziemniaczki. Doprawdy i jeszcze za taką rozrywkę dla dzieci dano nam worek ziemniaków i jajka :). Po kopaniu zawsze ognisko, kiełbaski, ziemniaki (!), ciasto. Dzieciaki padły ledwo ruszyliśmy.
W niedzielę – chyba żeby się dobić – wymyśliliśmy wycieczkę w góry. Bo taka piękna pogoda była. Jakoś pokrętnie wymyśliłam, że skoro na Równicę wjeżdża się samochodem, to podejście piesze (1h) nie będzie jakieś trudne. Jednak było mocno strome. Ale Ł. wytachał Julę, a Franio – ogromnie pozytywne zaskoczenie i wielka duma – bez skargi się wydrapał. I był z siebie bardzo zadowolony. W schronisku pieczątki, zupa i potem na dół. Na koniec lody w Ustroniu dla dzielnych wspinaczy. Lula, która przespała drogę w dół, obudziła się w knajpce z okrzykiem jodzik!
I jeszcze krótka wizyta u prababci, która usłyszawszy, że byliśmy w górach natychmiast zrobiła kolację, kiełbaski dzieciom, a nam furę kanapek.





A koszmar to wczoraj. Lu spadła z jednego stopnia, jednego. Z tego co nam pokazała potem, to chyba weszła i zrobiła krok w tył. Uderzyła buzią, wybiła dwa ząbki do przodu. Pojechałam na pogotowie, wysłali do szpitala, pobiegłam do szpitala (to obok), proszę poczekać, czekam, ja nic nie pomogę, dzwonię po chirurga, ona też nic, bo oni to w ogóle nic tu ze stomatologią w dziecięcym nie mają, co teraz, no sama nie wiem (to lekarka), ale druga zadzwoniła do kliniki, dobrze, proszę tam jechać. Jedziemy, dziecko w koszulce i spódnicze zalanej krwią (akcentem humorystycznym było, że jak zbierałam rzeczy przed jazdą na pogotowie, to Lu koniecznie chciała się przebrać, a w szpitalu wielkim dranatem były brudne rączki, po umyciu od razu mniej płaczu). Tam znowu czekanie, ale ok, Julek już spokojnie, rysowała. A potem najgorzej, trzeba było znieczulać (kto znieczulał ząb wie, że zastrzyk podaje się bardzo powoli, Jula chciała uciekać, ja trzymałam ją, asystentka jej głowę, Ł. mnie, żebyśmy się nie ruszyły, płakałam razem z córką), rwanie, szycie. Na szczęście potem już ok, Lu zjadła 3 jogurty, spała spokojnie, dziś ok, nie trzeba przeciwbólowych, zjadła serek, pasztet, poziomki, maliny, kaszkę, wręcz obrażona jest, bo nie dałam jej kiełbaski i chlebka.
Ja gdzieś na dnie Rowu Mariańskiego, mam straszny żal do siebie. Pani dr tłumaczyła, że ok, że dobrze, bo szczęka nienaruszona, że wszystko będzie dobrze, to mleczaki. Ł. pyta czy chcę mieć kompetencje Pana Boga i że nie da się zawsze wszystkiego przewidzieć, ja niby wiem, że jeden stopień, że nie da się, ale … wiadomo.

Pt

3 komentarzy

Ujęłabym to tak – powinien być zakaz chorowania dla mam nie? Po Julce, która wykpiła się owym niedzielnym wieczorem chorowałam ja. I to ładne parę dni mnie trzymało. Najgorszy był poniedziałek. Ja nie mam siły palcem ruszyć, ale Jul nie życzy sobie być z nikim innym
Mami Deń idzie!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

W każdym razie tydzień nader średni. Ale wczoraj z sukcesem obroniły się trzy moje studentki i tak już wszystkie są po, a wcześniej miałyśmy bardzo miłą wizytę Holi i Lenki. Aż dziw, że zdążyły potem na autobus spowrotem, bo panny L. i J. w drodze na przystanek po postanowiły siadać na murkach płotów:). Patrzę na Holę (ślicznie wyglądasz!) i Lenkę i tak mi się przypomina jak fajnie się nam z Franiem wędrowało tamtej jesieni, gdy czekaliśmy na Julcię. Spokojnie, pomalutku, tocząc poważne rozmowy.

Dodatkową atrakcją tygdnia są nieustanne przetwory, ale przecież nie można zmarnować takiej obfitości gruszek i brzoskwiń. Więc dom tonie w bałaganie, a kolorowe słoiki się mnożą, nowe dołączają do tych sprzed 2,3, 4 tygodni. Mrożę śliwki, mieszam jeżyny i maliny, pieczemy ciasta owocowe, gotujemy kompoty. Franio z targu przywiózł kolejną uroczą papryczkę, tym razem kulistą. W środę było mnóstwo grzybów, pokazałam mu różne gatunki, starsze panie śmiały się do nas. Franciszek chłonie wiedzę jak gąbka, ostatnio zaskoczył moją mamę rozróżnieniem kontrabasu, wiolonczeli i skrzypiec.
Widzicie to?
Taaaaa –
to Ł. – w paru dni wałkujemy stronę o orkiestrze. Encyklopedia najlepszym przyjacielem syna. A, i kończymy pierwszą część Muminków, bo podjęliśmy czytanie dłuższych książek. Myślałam, że nie będzie dobrze, bo akcja wolniutka, ale co dobre pióro to dobre pióro, Franio rozkoszuje się różnymi zwrotami, ogólnie językiem i jest mocno wciągniety. Cypel mamusiu cypel! Narobił mu bigosu, BIGOSU!!!!!







Weekend

2 komentarzy

Dość tradycyjnie w weekend pogoda gorsza niż w tydzień, ale jednak nieźle. Franio miał ciężką sobotę, coś go nosiło, po przedszkolu chyba i mieliśmy spięcia na linii rodzice-dziecię, aż do zawieszenia prawie planu wycieczki. Ale jako że delikwent przymyślał, to ruszyliśmy. Kolejna pieczątka, górka co prawda mała – Dębowiec  536 m n.p.m. ale zawsze nie? Klasyka – kanapki, herbata i bonusik dla mnie i mojej mamy – piwko. I niespodzianka czyli tor saneczkowy, a Julci bambam z automatu. Potem muffinki wg przepisu z mojewypieki.blox. Tylko że: tam były tylko maliny, myśmy dali też jeżyny, tam biała czekolada, my mleczną i gorzką, bo białej nie lubię (Franio generalnie nie jada czekolady, a Jul białej chyba też nie kosztowała jeszcze), zamiast mąki pszennej razowej, dałam żytnią razową, bo taką miałam. Reszta zgodna. Never mind wyszło super, dzieciaki puchły z dumy, bo w zasadzie oni zrobili.
I jeszcze miły wieczór, przyjaciel namówił nas, by zrobić ognisko. No to duszonki, potem grillek jeszcze. Franio i Julcia byli tacy padnięci, że po zjedzeniu padli natychmiast. Ognisko paliło się łądni, isnpirując Frania do ułożenia piosenki (Straszny cień, straszny cień, i poszedł sobie – śpiewane za ogniskiem w ciemność) oraz do pełnego emocji okrzyku – Ale się pali! Spali się ziemia, spali się niebo, spali się bambus! Co świadczy jakby o potędze naszego bambusika:).



A dziś Franciszek występował w charakterze anioła doprawdy, dwa razy pozbierał siostrze wysypane rzeczy, ubrał jej butki, dawał kapelusik (może chusteczkę jej damy? Nie mamusiu, ja tak ten lubię…).
Pół dnia spokojne w domu, Julcik spał, my budowaliśmy w trójkę z lego, a potem skoczyliśmy na świetne diecezjalno-powiatowo-gminne. Cała wieś udekorowana, straż kierowała, by nie było korków, wystawa sprzętów rolniczych, udekorowane traktory, ptaki, rybki.
Były stragany z badziewiem (w tym roku królują peruki), ale jakoś nawet nie spojrzeli. Co więcej nie chcieli też na dmuchańce aaaaaa. Za to – jak to jednak można sprawić frajdę dzieciom, maszyny rolnicze (kombajn AAAAAA, lwazł Franio, to Julcik też oczywiście, a co ona gorsza?), stary traktor, można było pokręcić kierownicą, no i te rybki, rybki. Na koniec chleb ze smalcem, Siajo zjadł 2 porcje, Jul zjadł wszystkie ogórki. Niestety, zjadła też przy obiedzie, i teraz mieliśmy akcję wymioty, 2 razy. Ł. mył podłogę podglądając przy okazji mecz siatkówki, na szzęście byli tak mili, że wygrali w IV secie i mecz się skończył:))). teraz Julciuś już na szczęście śpi.
Dożynki czyli podziękowanie Panu Bogu, za to co wyrosło w lecie i że będzie co jeść (tłumaczyłam Franiowi i od razu nas to twórczo nastroiło z Ł. komu też dziękowano za PRL?)











Po przedszkolnie

1 komentarz

Przedszkolnie to Franio jest teraz w średniakach – chodzę teraz do drugiej sali! Wciąż te same rewelacyjne panie, mama Franciszka wciąż w komitecie, Pani Ś. zgodzi się być dalej? A zgodzi :))). Zresztę nie mam nic przeciwko temu. Poszedł zadowolony, ale wciąż też zadowolony wraca.
Zapisaliśmy go na pływanie, bo zaczął się już ślicznie kłaść na wodzie i z rękawkami pływa bardzo efektywnie. Tylko zanurzenie głowy jeszcze nie całkiem – jak trzeba było, mamusiu, wyjąć zabawkę, to ja ją holowałem nogą do brzegu i wyjąłem. :))) Trener chwali też za pomysłowość, a co. W każdym razie wczorajsza pierwsza lekcja bardzo się mu sposobała, a wrócił tak skonany, że nawet zjadł tylko pół swojego kolacyjnego hamburgera (hamburger Frania = kanapka z pomidorem, czasem serem i sałatą też).

W środę pojechał z nami na targ (o 6!!!!), zachwycony kontemplował warzywa i owoce, zaprzyjaźniał się z całym targiem, musieliśmy go siłą niemalże odrywać od straganów, zadawał pytania – Dlaczego ogórki są tylko zielone? (Dlaczego ogórek nie śpiewa? (…) Jeśli ogórek nie śpiewa,
i to o żadnej porze,
to widać z woli nieba
prawdopodobnie nie może, K.I.G. oczywiście). Dwie starsze panie, u których kupowaliśmy paprykę, były tak szczęśliwe, że tak go wciągnęły rodzaje papryki, że dały mu takie małe ostre. Trzy, bo strasznie chciał wszystkie kolory.

W ogóle w środę tak nam fajnie szło, sprawnie, i obiad (knedle ze śliwkami)i deser (jeżyny szaleją, więc co chwilę robię galaretkę, a deserowo zapiekankę z jeżynami), długi spacer z Lu, bo szukałyśmy ważnych materiałów do popołudniowej pracy z Franiem, byliśmy na pcozcie, pozbieraliśmy też gruszki i brzoskwinie i jabłka, a na koniec kolorowe papryki do słoików, w międzyczasie korale z jarzębiny dla Frania, Lulci i babci:))). Wieczorami z mamą i Ł. przetwarzamy to bogactwo, mam chyba ręce do kosci nasiąknięte owocowym sokiem :).

Czwartek za to bardziej zwariowany, najpierw tuż po 8  z Lulą na dół do sklepu, bo wieczorem środowym się okazało (samo samo), że papryczki muszą czekać, bo ocet wyszedł (sam). No to ocet, zalewa, studzi się, zupa dla ogółu. Odkrycie dnia – nie poprawiłam poprawek, a chciałam po południu uzgodnić oceny. No to siup poparwiamy, Lula kreśli po niewykorzystanych arkuszach. Nie tylko po nich niestety, po nogach też. Żąda umycia, kończy się kąpielą. Potem kończę ostatnią stronę, ona chce statki. Z papieru, ok. Jak statki, to basenik w ogrodzie, dobra kąpiemy się :)))).
Potem na zebranie i jeszcze biegi międzybudynkowe z umowami, wzięli, dóch studentów moze ćwiczyć uczenie w szkole. A wieczorem? Dr House i jabłka. Plus brzoskwinie.





Bywa

1 komentarz

Z Franciszkiem bywa różnie, ale raczej nigdy nie nudno.

Mamusiu tak bym chciał dostać dziś śniadanie do łóżka, proszę, proszę, proszę. Zaspał raz wyjątkowo i jak się obudził, to my byliśmy już po.
W sumie, czemu nie, rozumiem marzenie.

Produkcja żółci (najbardziej inspirująca wydzielina pokazana w Było sobie życiu, króluje od miesięcy). Niezbędna była woda z rzeki, bo nasza to bez przesady, nie nadaje się nie? Dałam pojemnik, jechałam minimalizując wstrząsy. Następnie zebraliśmy Pozostałe Potrzebne Składniki. Uczony kontrolował eksperyment, zapis na monitorze różowym (a potem wyślemy to do tatusia dobrze?).
I proszę zrobione.
Wciąż stoi, ja tam nie skuszę się na otwarcie, jak zrobi się bardziej jesień, to dyskretnie usunę.

Wodę wiozłam zresztą dwa razy (z naszych licznych pobytów, ostatni jeszcze w zeszłym tygodniu, pozyskałam też sterowiec i skrzypce, dla niewtajemniczonych dwa wielkie kamienie i patyk, strasznie dużo ludzi niedomyślnych jest, ale robimy próby grania, to łapią). Drugi raz wiozłam wodę / płyn do czyszczenia planet. W otwartej butelce (zakrętka nas opuściła). Franio obiecał trzymać porządnie i trzymał owszem, ale nagle patrzę, a temu się oczy zamykają. W ostatniej chwili odebrałam płyn, ale wiezienie go było wyzwaniem). A wtedy akurat szłam też na zebranie w przedszkolu i miałam zostawić dzieciaki sąsiadce. I przewie byłam pod domem i wciąż wyglądało, ze uśpiłam niewłaściwe dziecko. Ale tuż przed bramą Jula się złamała (sąsiadka, to mama przyjaciółki, też sąsiadki, też mamy dwójki i też idącej do przedszkola, stąd istotne było uśpienie kogokolwiek).

A jak poszliśmy na Rynek na koncert Grupy Mocarta i po jakiś 15 minutach Franio już się naoglądał i miał chęć iść, to wymienilismy następne 40 min na 2 Było sobie życia. To on też nie ma z nami nudno w sumie.

A dziś w planie korale z jarzębiny. To nie niam niam – ustaliła Lu, z lekką pomocą mamusi. Ano nie. Niam niam to knedle ze śliwkami dziś, bo targ rano był (Franciszek tak chciał z nami jechać, że o 6 wstał bez problemu).

A pokazy to na tej góce, co naszą dzielnicę oddziela od reszty miasta:))). Ponoć najmniejsze lotnisko w Polsce.

Flying, flying

1 komentarz

Jeżeli wrzesień, to wiadomo, że my jesteśmy na pikniku.

To najpiękniejszy pokaz w życiu!!!!! – czyli Franio był zadowolony:)))
Oprócz oglądania był jeszcze popcorn i jazda na karuzeli. W niedzielę wzięliśmy jeszcze małego sąsiada i ja też musiałam jechać na karuzeli, bo każdy z chłopców potrzebował dorosłego.
Franiu, będziesz pilnował mamusi?
Nie marw się mamusiu, to nic strasznego… będę cię trzymał.















***
A po dzisiejszej scysji z małym sąsiadem zakończonej atakiem lamentów i rozpaczy, zanim jeszcze pojawił się (po kilku przemyśleniach) koncept przeprosin, mieliśmy wykład Kalego:):
Jak ja nie chcę komuś dać, to nie ejst niegrzeczność, ale mi ktoś nie chce dać (w tym wypadku wspomniany mały sąsiad, a dać nie chciał kamienia, oczywiście nia było innego dobrego kamienia w całym naszym obejściu obsypanym dosłownie kamieniami…) to JEST niegrzeczność!

Wakacje 4

1 komentarz

Plac zabaw to nie
przyjemność –
 w opinii Frania, bo
przyjemności Franio miał dziennie 2, płatne. Nie należy też do nich żadne
jedzenie J.
Króluje jak w zeszłym roku cymbergaj, ale dodatkowo koszykówka, walenie
zwierzątek po głowie (one nie są
prawdziwe
).

Beee beee –  tak skomentowała Julcia zarówno jelenie (byk
sam sobie winny, bo ryczał) jak żubry. Czyli babry, a więc w jej słowniku oprócz szalenie potrzebnego toton (kokon), są też żubry.

Plaża jest najfajniejsza wieczorem , tak koło 19.można się
kąpać, kopać w piachu, grać w piłkę, a wszystko w tym jedynym w swoich rodzaju
przedwieczornym powietrzu, mieszaninie zachodzącego słońca, ciepła z całego
dnia grzania piasku i szumu morza.

 Papi papi – Julcia
była zachwycona swoimi nowymi butkami. Wszystkim je pokazywała, cała
szczęśliwa. A potem jeszcze Nianio papi,
mama papi, tata papi
– wszyscy pozyskali śmieszne, ale nader wygodne
klapki.

Z Franciszkiem królują zabawy tematyczne – w straż morską,
poławiaczy pereł, piratów i żołnierzy. A wodzie mamusia zmieniała się w konika
morskiego. W dziedzinie budowania to zamki rzadko, ale chętnie np. buduje rowy
melioracyjne, wyspy otoczone kanałami, czy np. wulkan, o.

Po trzech latach Franio dojrzał do zabawy w morzu na całego,
wbiega, kąpie się, szaleje. Wcześniej wolał przy brzegu, nie lubił zimnej wody.
Julcia zupełnie inaczej, bez strachów i oporów, ona chce ciap ciap. Radośnie macha nogami, pływa podtrzymywana i kompletnie
niechętnie przenosi się na ręcznik. To zresztą dotyczy Franciszka: Mamusiu za ile minut mogę znowu łowić perły?

Dzieci są
zmiennocieplne  -
 oświadczył Ł. – Franciszek podszedł i po prostu WSZEDŁ do morza. A jednak to
Bałtyk, a nie Morze Śródziemne.

 Zjeżdżaliśmy z górki z rezerwatu żubrów. Julcia w siodełku
za mną powtarzała sobie plan dnia: brum
brum
(nieważne, że rowerem), mniam
mniam, ciap ciap.

 Julię zdecydowanie lepiej ubierać niż karmić. Rybka, frytki,
surówka, sok, a potem – Jedziemy na
lodzika Julciuś? Nio!
(czyli tak, Julcinek opanował no i używa z
upodobaniem).

W ramach swoich dwóch przyjemności Franio wybrał raz
gokarta, a właściwie takie cuś rowero-auto na pedały. Wsiedli z tatusiem plus
Julcinek (Deń Deń Deń!!!!) i pojechaliiiiii

Ł. opowiada:

Deń
trzymała kierownicę z lewej, ja z prawej, jak chciałem hamowac, to hamulec też
musiałem prawą ręką. I wtedy Julcinek nam kierował. A jak świetnie się w prawo
skręcało…kierownica się jej wtedy odsuwała, to ona tym mocniej trzymała i super
:)
.





Zalew w Kamieniu Pomorskim i zamostowa urokliwa rzeczywistość











Franciszek był rejsem całkowicie usatysfakcjonowany, większość czasu spędził kontemplując fale.






Wieża Goeben, pozostałosć przedwojennych fortyfikacji niemieckich.


Panel administracyjny blog.pl







Trzęsacz, morze zjadające kościół, oryginalnie stał 1,5 km od brzegu.



Było cudnie, oczywiście szalenie męcząco, plaża 50 m od domku, po plaży, na rowery i do centum Międzyzdrojów (dobrze, że mieszkaliśmy 1,5 km od centrum, bo tak tłumy były, aleję gwiazd nawet widzieliśmy, 2 razy przejechaliśmy nią, bo nam tak droga na rowerze wypadła). No więc ryba, frytki, piwko, plac zabaw, 2 przyjemności, lody, molo. Potem znowu plaża, o zachodzie słońca, przed samym wyjazdem kąpaliśmy się jeszcze o 21.
Ale były też drinki  z Ł. i U. i nocne powroty plażą, morze takie dziwne, czarne, promy świecące z  daleka, muzyka z klubu na plaży.
W pamięci światło, dźwięki, zapachy. Lato, miłość, szzcęście.

Wakacje 3

2 komentarzy

Szczecin nas uwiódł urokiem, spokojem, jakoś nie było ludzi
specjalnie. Franciszek oczarowany wahadłem Foucault w wieży zamkowej wymienił
je wraz z portem i statkami jako główne atrakcje. Plus jazda pociągiem.

Zupełnie nie rozumiem za to, czemu w świetnej (wcześniej w
innym oddziale piliśmy kawę i jedliśmy ciacha) cukierni na dworcu na wynos
sprzedawano tylko czarną kawę?
Pozostało to dla nas tajemnicą, bo nie pytaliśmy panienki za ladą, tylko
poszukaliśmy obok.

Generalnie pogoda byłą tak fajna, że niewiele jeździliśmy, bo się moczyliśmy. Ale moczenie potem.


  • RSS