cypisek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2009

Na życzenie lepsza pogoda na zdjęciach

Ogólnie jakby bardziej słonecznie, znaczy zasadniczo wszystko ok, tylko ja ostatnio zagubiona jestem. Zamartwiam się ciągle czymś, sensownie i bezsensownie (bo umówmy się martwienie się, że Franio ach urósł i zaraz będzie dorosły ojej, to trochę lipa), ale nie wszystko takie wydumane. O, np. badanie krwi zrobiłam i prolaktyna się buja za wysoko:(.
Chciałabym więcej pisać, bo jak czytam wcześniejsze, to widzę, że wiele nie pamiętam no ale. Życie jest najważniejsze, więc jak ilość zadań rośnie, to trzeba coś przesuwać.

Jeszcze nigdy nie robiłam bałwana w październiku, ale w sumie czemu nie

Ciężko jakoś ogarnąć taką dziwną wizję roślinno-zimową

Franio wyprodukował całą rodzinę bałwanków: mamusię, tatusia, 3 synków i 2 siostrzyczki (najpierw była jedna, ale dorobił jej drugą), zdaniem Ł. hmmm trochę przesadził z rozmachem :)))).

Franciszek, hałdka śniegu (tuż przed pościegiem za mną celem rzucenia nią we mnie) i nasz ulubiony bambus

Dziś śniegu już niewiele, ale jeszcze się trzyma, bo jest zimno. W sobotę udało się kupić rozbójnikom buty na zimę (obojgu! za jednym wyjściem do centrum handlowego! chwilowo nie musimy tam iść jakiś czas!). Lulek jest zachwycona nowymi butkami (bee mamuciu bee – bo każdy ma owieczkę na cholewce), Franio też ze swoich zadowolony.

Środa, 14.10

Brak komentarzy

Cóż waćpan robisz?

Ryby sobie łowię

Franio nie nudzi się w domu, poprzedni tydzień nie chodził do przedszkola, ale pomysłów i planów było tyle, że się nie zmieściły:).
Zdjęcia z piątku, bo dziś to śnieg mamy oczywiście, jak pół Polski, bo czemu nie.
W związku z tym tata przywiózł kilo pomidoró z targu i zrobiłam krem z pomidorów plus grzanki z serem (nostalgicznie za latem) plus drożdżówka do posmarowania dżemikiem / miodem (miodzio mówi Lu), czekoladą lub niczym na deser (jako komponujące się z aurą. Ostatniej opcji smarowania nikt nie wybrał, ogólnie obiad miał niesamowitą aprobatę, Lu zjadłą zupę w trybie zasadniczym, potem z moją mamą i Ł.. Za każdym razem jadła też grzaneczki. Niańki, niańki -  krzyczała nie mogąc się doczekać aż je wyjmę z piekarnika. F. też nie pogardził (mimo pełnego zestawu posiłków przedszkolnych. Ciasto też jedli, tylko koniecznie sami musieli smarować. Tzn, najpierw musiał Franio, a skoro on, to Jul oczywiście, bo niby jak.

Jadę z Franiem, widoczność beznadziejna, szyby parują, opony mam letnie, bo któż mógł przewidzieć. Burczę pod nosem na temat pogody, obiecuję synowi, że się mam poprawić (po niedzieli). Ale mi się podoba.  Na mój komentarz, że lubię, ale z tego śniegu to nic się nie da zrobić kontynuuje. Nie chcę robić bałwana, podoba mi się jak tak widać. Nie podoba mu się tylko, jak mu do oczu sypie.
Odpalona zimowa kurtka, czapka, szalik. Do przedszkola Franio poszedł w moich rękawiczkach, bo nie zdążyłam już przekopać pudeł, ale teraz mamy wszystko wyjęte. Niebotycznie przejęta Lu pomagała mi i co chwilę biegała, a to w czapce, a to w szaliku, a przede wszystkim w rękawiczkach – łały, łały!!!!!!!!!
Całe szczęście, że Franio dostał końcem tamtej zimy takie za duże śniegowca, bo butów też nie mamy. Lul na razie siedzi w domu, chorobowo jeszcze, a i zeszłoroczne byłyby na upartego do włożenia.

10 października

3 komentarzy

Leje jak z cebra, Julcik niestety solidnie rozchorowany:(
Więc co? Kasztany z zeszłego tygodnia:)))

9 pażdzienika

Brak komentarzy

Październik był dla mnie jakoś tak zaskakujący. W sensie, że
jesienny. Bo wrzesień był u nas (z wyjątkiem dwóch weekendów) tak piękny, tyle
razy jedliśmy obiad w ogrodzie (Lisku, jak Cię w zimie będzie szlag trafiać, bo
coś, to o tym sobie myśl, obiad i kawa na trawie), nawet w połowie miesiąca
jeszcze basenik był w użyciu, że jakoś nie przyjęłam do wiadomości, że jednak.

A tu nagle chłód – upałów ostatnich dwóch dni nie liczę,
zresztą dziś znowu chłodek, mgły wieczorne, na rower z dzieciakami wkładamy Julci
chustę pod kask, a Franio chowa ręce w rękawy (nam natomiast jest ciepło,
zwłaszcza, gdy tak jak ja, pojedzie się na niedopompowanym rowerze).

W ogrodzie gruszki ustąpiły miejsca jabłkom i orzechom,
jeżyny już ścięte, jeszcze zjadamy poziomki i maliny prosto z krzaczka,
dojrzała ostatnia roślina – winogrona są granatowe i soczyste, skórka twarda,
ale i mają swój urok.

W sobotę była wyprawa na kasztany, ale o kasztanach szerzej
jutro, a w niedzielę skoczyliśmy na górkę znowu. Małą, bo Franio nie w formie
był, ale chcieliśmy wyjść i taką nienudną też. Czyli Tuł.

Można i pod samo schronisko wyjechać, ale my od drogi już
szliśmy. Zapamiętane z dzieciństwa zimowity mrugają z trawy (kiedyś z
przyjaciółkami-bliźniaczkami i ich ojcem przeszliśmy trasę Wielka i Mała
Czantoria – Tuł – Goleszów, pociąg. Cały dzień. Kiedyś to zrobimy z naszymi
dziećmi). Przy drodze śmieszne ucięte pół domu. Gospodarstwo na hali już i
schronisko z placem zabaw i pysznym jedzonkiem. Polecamy.

Dodatkowa atrakcja dla F. – zaparkowaliśmy tuż za
kamieniołomem.

A propos kamieni to Franio znalazł ładny i kropkowany,
powiedział, że wie, co to jest, bo ma w encyklopedii, przyniósł ww. i pokazał,
że granit, wskazując na granit. Chapeau bas synu.

A Julinka wczoraj wypowiedziała historyczne zdanie. Udała
się do łóżeczka zabierając Tupcia Chrupcia, ale zaraz mnie zawezwała i ………… Mama cita! Witamy w klubie.

 

Po czym niestety zaliczyliśmy tydzień chorowania. Na
szczęście lekko w miarę, w sensie leków, bo atrakcje jak zawsze. Jak już Franio
jest teraz zdrowy, to właśnie Julinek się rozkłada. Zamiast zamierzonych
działań pracowych, przytulanie małego ciałka. Mama ała tu. Jakiś taki paskudny wirus jelitowo-przeziębieniowy.

I znalezione skarby:

I zrobiona po powrocie szarlotka albowiem imieniny Franciszka były. Obecny stadard przewiduje, że dzieci robioą sobie też własne ciasteczka.

7 października

Brak komentarzy

A wczoraj mój tata miał urodziny.
Więc laurka dla dziadzia

Bo dziadzio jest bardzo ważny

Franio pilnie pracuje z dziadkiem w ogrodzie, z dużym zaangażowaniem zrywa pomidory i wkłada do szuflady, asystuje przy przycinaniu jeżyny, pilnie pędzie przy taczkach (w nagrodę spowrotem dziadek go nimi wiezie, niektórzy nie mają nic przeciwko jeździe w styly Jagny).
Aczkolwiek czasem się męczy… względnie czeka na towarzystwo.

7. 10

Brak komentarzy

Ubiegły tydzień spędziłam głównie siedząc, takie mi zostało wrażenie. Najpierw siedziałam w pociągu do Wawy, potem siedziałam w biurze RPO (bardzo stresująco siedziałam, ale w sumie oceniono moje wystąpienia bdb :)), potem znowu siedziałam w pociągu powrotnym, potem we wtorek na zebraniu i jadąc do domu, w środę znowu jadąc i potem na jubileuszu mojego ukochanego profesora promotora (uwielbiałam go zawsze, ale dopiero po paru latach pracy widzę, jakim niesamowitym wyjątkiem in plus jest), i znowu do domu, w czwartek ach no inauguracja i pt na zajęcia wstępne ze studentami. Toteż w pt wieczorem, po położeniu wszystkich dzieci, przystałam na ofertę mamy, że przyjdzie i popilnuje zbójów i udałam się z mężem na basen. 50 basenów i wreszcie zmęczyłam się inaczej niż tak nużąco, stagnacyjnie.
Ja rzadko miewam takie tygodnie, bo bardzo o to dbam. Tak ciężko w takich sytuacjach znaleźć czas na spokojną rozmowę z Franiem, wyciągnięcie z niego, jakie słówka angielskie były w przedszkolu, powtarzanie, zabawę, towarzyszenie mu w dziwnych pomysłach, na to wszytsko, co moim zdaniem jest bardzo ważne. Lu domaga się przytulania, a hasło, że mama jedzie oznacza płacz. Więc utwierdza mnie to, że nie czas na szaleństwa pracowe. Aczkolwiek po wczorajszej pracy znowu wróciło, że to dla wielu jest źle.
Pani jest kompletnie wyłączona – ochrzaniała mnie moja szefowa o poranku (nie ma to jak o poranku), wylewając nota bene swoje frustracje zgodnie z uroczym porządkiem dziobania (a zasadniczo jestem wyłączona, bo wysłałam maila, za jej wiedzą i zgodą, aczkolwiek potem uznała, ze miałam go nie wysyłać no.) – musi się Pani zastanowić, była dyskusja w dyrekcji, kto co robi, Pani się nie angażuje.
Ja to raczej mało asertywna jestem, ale się wkurzyłam, jak to, wymieniam, robię to, to to i to.
Noooo tak – chyba obrona nie była przewidziana, bo szefowa się zacięła – no ja wiem… ale była w dyrekcji mowa, że Pani nie robi, bo Pani dzieci wychowuje.
Argument nie do odparcia, więc nawet nie zamierzałam.
Trudno, niech mnie zwolnią.
Ach, ściana, ściany szefowa nie chciała, co bowiem tu dalej można zrobić, więc – No nie, nie, przecież ja wiem, ja was będę bronić, proszę się tak nie martwić, zresztą K.Z. jest jeszcze gorzej ocenione (cudowne nie? Mam się cieszyć? Koleżanka nie ma dzieci, ale śmie być zaangażowana, gdzie indziej).
Poczucie przykrości, niesprawiedliwości i niesmak. Bo w naszej szacownej uczelni, a zwłaszcza moim zakładzie safuje się słowami o dyskrymanacji, walce z nią, prawach kobiet, niesprawiedliwości. Ale teorie są zawsze lepsze. Bo w zasadzie to zarzut wynika z niczego, ja porządnie pracuję, ale nie siedzię i prowadzę ploteczkowych rozmów. I na inauguracji tam nie byłam, bo między wtorkowym zebraniem i środowym jubileuszem chciałam chwilę być w domu. Nasza dyrekcja bynajmniej nie siedzi kamieniem w pracy, jak wszyscy pracuje gdzie indziej, ostantio trzy tygodnie czekałam na podpisanie rachunku. Ot równi i równiejsi. Nie wiem, kto naprawdę co powiedział, a co jest dodatkiem mojej szefowej. Ona czasem tak ma, jak sama jest w kłopocie, to próbuje nas motywować straszeniem. Tylko co to da? Prawda Lisku, sama równie „miło”? Jak chcą to i tak coś wymyślą, nie ma obaw, ale do tego czasu nie dam robić z siebie zahukanego niewolnika.
Nie zwolnią mnie chwilowo, bo nie bardzo mają podstawy. Ale kiedyś może. Ja jednak też mam ścianę – nie zmienię przyjętego kierunku, bo wychować dzieci muszę ja i Ł., nie ktokolwiek inny, nawet najlepszy.
Choć ty rujnatorze kariery – mówię do Lu i ona wskakuje mi na kolana, a mama dodaje – ano masz takie dwa rujnatory. A tata i Ł. zdecydowanie dodają, że wychowywanie dzieci jest cenniejsze niż cokolwiek jestem w stanie nauczyć i zrobić w pracy. Miło. Bo wsparcie jest ważne, nie zawsze łatwo jest.

Moje rujnatory:


Październik

1 komentarz

W związku z niespodziewanym doprawdy nadejściem października i chłodu, ogród by mama i Franio.
Mama:
Triumwirat – róża, clematis i brzoskwinia, romans nierozerwalny aż pierwsze przymrozki chł



Franio:




  • RSS