cypisek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2009

No więc

2 komentarzy

No więc były takie mini urodzinki. Bo naprawdę to dzieciaki będą razem świętować 12 grudnia i wtedy przybędzie rodzina (najbliższ, czyli 17 osób chyba). Ale że my NAPRAWDĘ lubimy imprezki, to matka mchnęła babeczki z nutellą, a dziadek załatwił tort (tym razem załatwił, aczkolwiek mój ojciec jest mistrzem pieczenia). Wcześniej jeszcze byliśmy na zajęcaich w przedszkolu, Lu też, motywem były andrzejki, Lulek aktywnie uczestniczył, interwenioliśmy tylko gdy Franio pobrał od niej wygrany przez tatusia lizak i (przy pełnej aprobacie siostry) dawał kolegom polizać. Były zabawy, wróżbym tańce, lanie wosku. A potem siup do domu.


Córka została obsypana prezentami plus Franio zrobił jej laurkę (fota jutro, w świetle dziennym). On zrobiła jemu w  rewanżu „jaujtę” i byli zachwyceni. Sobą. Reszta prezentów na imprezie ofkors, ale my się teraz wepchaliśmy, żeby nie występować w tłumie.

Dmuchali świeczki. 6 razy. Raz Julcia (z  pomocą Frania), potem znów, potem on sam, potem ona teoretycznie sama, potem on, potem znów ona.

A tak poza tym, to mamy już umyte okna i wyprane firanki lalalala. Bo w środę byłyśmy takie dzielne, umyłyśmy dół (nawet dolne wielkie okna z drabinki z zewnątrz), a dziś z Franiem i Lu dorywczo. Mycie sprawiło mi wyjątkow frajdę, bo parę lat tego nie robiłam, robił ktoś za mnie. Bo najpierw podejrzenie wstrząśnienia mózgu (pobicie, park Jordana, nastoletnie panny), potem operacja (cysta), potem diagnoza (dziura w sercu) i operacja na to, potem ciąża i mały Franio, potem ciąża  mała Lu:)))))))))).


 A dziś zaczął się adwent. Miałam miesiąc luzu. Bo w październiku chodziliśmy na różaniec. Dla Frania różaniec to prezent dla Maryi. Franio jak kiedyś Ł. i ja i mój brat stał w kolejce i modlił się do mikrofonu. Byłam z niego tak dumna, niespełna 5 lat, a mówił tak spokojnie, wyraźnie, pewnie. W dzień, gdy spadł październikowy śnieg też byliśmy i był niezły bonus dla wytrwałych, bo było tylko 10 dzieci, czyli mówili Zdrowaś 5 razy. A na całkiem koniec wszystkie obecne 31 dzieci dostały czekolady i obrazki. A noi Franio opanował przesuwanie paciorków we właściwy sposób i 1.11 na cmentarzu sam prowadził dziesiątkę.
No więc miesiąc luźniejszy, a teraz mamy adwent. Lampiony czekają, roraty od jutra. Dziś wieniec adwentowy.
A opóźnienie w opisie mam, bo Nianio wczoraj wieczorem zasnął, ale za chwilę obudził się z płaczem,  ból ucha, brzuszek, wymioty, znowu uszko. Na szczęście dziś ok.

A i jeszcze – dzwonił mój kochany profesor, promotor, otóż wydadzą mi książkę aaaaaaaaaaaaaaaaa. I ponieważ częśto narzekam na moją szefowę, to tym razem muszę jej oddać – to ona zaproponowała zwrócenie się do profesora i sama najpierw zadzwoniła.
A więc hurrrrra.

2!

5 komentarzy

Deń będzie miała tojcik!

I miała. Torcik i dwie świeczki. Nasza kochana córeczka. Teraz śpi, oszołomiona tortem, dmuchaniem świeczek i prezentami.

Nianio i Deń

Brak komentarzy

Nianio i Deń, tak o sobie mówią, tak mówimy my. Jacy są?

Franciszek, ok. 116 cm, 22 kg, mój klon, ciemne oczy, ciemne
włosy. Uwielbia się przytulać. Zastyga znienacka, pogrążony w swoim świecie,
widelec z jajecznicą w pół drogi do buzi, bułeczka w pół nadgryziona a potem wraca
iż zasypuje nas pytaniami.

Czy będzie niezależny, czy będzie konformistą, na razie
częściej trzyma się swojego niż ulega innym, ale nie zawsze. Niemniej gdy
trener na lekcji pływania, chcąc pogonić dzieci do szybszego machania nóżkami,
zawołał, że piranie atakują, nasz syn nie zmieniając tempa odpowiedział Nieprawda, piranie żyją w Ameryce
Południowej.
Zna literki, ale nie czyta, umie pisać, ale na razie jeszcze
tak śmiesznie, od drugiej strony, jakby w lustrze. Wciąż trzymamy się
pierwotnej decyzji, nie pójdzie jeszcze do szkoły, za bardzo jest ciekawy
życia, za fajnie się rozwija, by go pakować w ławkę nawet najfajniejszej
szkoły. Nawet  Anglicy, którzy posłali
5latki już opublikowali ostanie raport, że jednak nie jest to takie fajne,
oczywiście rząd zajęty jest teraz dystansowaniem się, bo „są też inne ważne aspekty
tej sprawy”, no wiadomo jakie przecież.

Uwielbia czytać, czytamy Muminki, jedne za nami, teraz
drugie skończone, Franio prosi o trzecie, w kolejce następne książki, klasyka
raczej, na udziwnione nowości przyjdzie czas. Franio zresztą jest takim
dzieckiem w wersji classic raczej, telewizja trochę owszem, „Było sobie życie”
i Minimini komputer bardzo rzadko, a jak już to najczęściej Worda,  za to uwielbia pogadać, wciąż tkwimy w kuchni,
ciasta, obiady, każde śniadanie to z nim, on nakrywa, ewentualnie może ustalić,
że dziś wyjątkowo on nie, ale broń Boże samemu zrobić ot tak. W ogrodzie to z
dziadkiem, na przyszły sezon ma obiecaną własną grządkę. Do Frania pasują
świetnie słowa dominikanina, o. Opydy „Panuje
tu jakiś taki rozkoszny bałagan, jak w pokoju dzieci, które przechodzą różne
szczere fascynacje, które wszystkie muszą mieć pod ręką – rękawicę do baseballa
koło słownika greki klasycznej”.
Klocki, samochodziki, figurki z
plasteliny, a obok nasze piękne solne kryształki czerwone (sami sobie
wyhodowaliśmy metodą z mojego czasu podstawówki, szklanka, nitka, woda, sól),
odkurzacz (Lu dostała od Liska i Mi, ale Franio używa równie często), pudełko
pełne strasznie ważnej pociętej bibuły (ciężko coś wyrzucić, ostatnio Ł.
wynegocjował usunięcie „żółci”). Jest jak sroka, zbiera zużyte bilety (do
teczki z napisem Methodology Conference of Feminism, Stockholm), moje
przywieszki z konferencji, plany, mapy (wujek mu przywiózł mapę świata z
„Dziennika Zachodniego”, a potem rysunek szkieletu, Franio w siódmym niebie),
nawet opakowania po budyniu chce zachowywać. Patyki, kamienie, liście,
wszystko. Cechuje się sporą empatią, chociaż oczywiście żaden z niego
aniołeczek. Ale ostatnio pięknie zignorował kuzynkę i kuzyna, którzy z małpią
uciechą wołali, że jego domek z klocków jest brzydki. Spokojnie zbudował i
pobrał jako pierwszy od cioci nagrody (budowanie było konkursowe) i wtedy to on
był górą.

Deń to MiniaCórka, 80 cm, 10,5 kg, delikatna blondyneczka,
która pędzi przed sobą i ma przebojowość i subtelność tarana. Ze względu na
jasne, krótkie i wciąż mało widoczne włosy uchodzi często za chłopca. Z zabawek
preferuje kredki, puzzle, auta, pociągi i jeden z super udanych prezentów z
Niemiec, czyli chleb i inne wiktuały drewniane do krojenia. Wchodzi Franiowi na
głowę, roni łzy na potrzeby publiczności, gdy to ona, maleńki agresor, zabrała
bratu to, czym akurat się bawił. Gdy wracam do domu rzuca mi się w ramiona i
już nie odstępuje na krok, mamucią Deń,
mamucią.
Generalnie mamusia jest zasadniczo, nie jest zbyt chętna, by
przerzucić się na kogoś innego, najczęściej jeszcze na moją mamę. Wtrąca swoje
trzy grosze wszędzie, nie to mamucie
ubieja, to pjaci,
byłam w tym ostatnio w pracy, czyli amen, przypisane.
Deńka mówi wszystko, nie zawsze do końca łapiemy, o co chodzi, ale zazwyczaj
tak, buduje zdania wielokrotnie złożone, wchłania wiedzę społeczną  dziadzio zjobi, juła (wuja) mleto –  zawsze odlewamy wujkowi kubek mleka takiego od
krowy, a nie od kartonuJ.
Franio z pasją uczy ją mówić, więc Deń zna bardzo potrzebne słowa typu prom,
rondo.

Mimo walk brat jest idolem, Nianiu oć, Nianiu bawimy.Gdy Nianiowi dzieje się krzywda, boli go
czy coś to Lu od razu zaczyna płakać. W niedzielę Franio był niegrzeczny,
ponadto informowany o tym interesował się tylko pozyskaniem patyka, więc
odmówiłam zdobywania. W samochodzie rozpętała się tragedia, Franio cierpiał
milcząc, za to Jula… Nianio ciał patyk,
Nianio ciał!, NIANIO CIAŁ PATYK!!!!!!!!!!!!
I czarna rozpacz. Zaganiana do
spania robi żałosną minkę. Deń cie tjosiećkę
bawić…

7.30

1 komentarz

7.30, niedziela, późno jak na nasze dzieci, Franio zagląda przez uchylone drzwi, Deńka dźwiga się w łóżeczku, yyyyyyyyyy, eeeeeee, oczka zaspane jeszcze totalnie i…
tsiąziećta! cita mamucia!

Drugi potworek mości się też koło mnie i lecimy, obecnie Liska Maciusia.

Franio zdrowiutki już. A Deńka wreszcie ach wreszcie zaszczepiona na ostatnie pneumokoki, po niemożliwym opóźnieniu.
Spędziliśmy miły tydzień w domu, rogale marcińskie dwa, obiady, spacery, zabawy, gry i trochę bajek. dwie lale przeszły poważne operacje – nawet je musiałam rozebrać, bo  pokaleczyły się szkłem, Laalaa ma tylko chore gardło, a Tatuś Muminka był chyba spanikowanym nową grypą symulantem i dostał Bioaronek na otarcie łez.
Na spacerze zebraliśmy ileś tam super ważnych patyków, na kolejnym zboża i robimy chleb. Dla Małgosi:).
Wczoraj zakupy, Błonia, a potem na chwilę do Gemini, sklepy niczym nas nie przyciągnęły, ale trochę zostaliśmy ,bo trafiliśmy na super warsztaty lalkarskie krakowskiego teatru Groteska, ja też byłam zachwycona, ile rodzajów lalek może być i jakie to trudne nimi grać! Niektóre lalki wymagają tzrech osób obsługi!

A dziś w ramach relaksu, Gołębiewski i naleśniki:))))

A tu czytają razem. Wbrew pozorom książkę (Encyklopedia dinozaurów) wybrała Lul

Kwiatki

Brak komentarzy

Jakoś tak ze trzy tygodnie temu, bo teraz to już nic nie kwitnie.
Poszliśmy na spacer i Franio tak bardzo, tak bardzo chciał mi zrobić bukiet kwiatów (robił regularnie całe lato i część jesieni, czy ja pisałąm, że mam fantastycznego syna?).
Ale.

Ale nie bardzo było z czego.

Więc zrobił, ajajaj, z zimowitów…

… dziadkowe kwiatki.
Ale po raz drugi

Dziadek poznawszy tło zerwania kwiecia, nie miał żadnych uwag.
A rece umyliśmy dokładnie.
A ja? No zachwycona byłam, jakże by nie.

Jako że

2 komentarzy

Jako, że jest zimno, pada, wieje i generalnie jest jesień,
na którą w tym roku jakoś kompletnie nie byłam przygotowana, to zaległa
baaaaaardzo zaległa relacja z 1 września. Miałam 2 h dyżuru, do 10, więc
pojechaliśmy wszyscy razem i po dyżurze oraz kawie odwiedziliśmy Ogród
Doświadczeń.

 Po prostu coś
niesamowitego, fizyka w najpiękniejszym wydania, dla małych i dużych. Ponad
dwie godziny biegaliśmy i bawiliśmy się świetnie całą czwórką, Ł. przybliżał
Franiowi i mnie (tak tak) tajniki różnych zjawisk, wypróbowaliśmy wszystko, co
się dało, niektóre rzeczy kilka razy. A wszystko za 6,50 od dorosłego i nic od
dzieci.

Potem przeszliśmy tylko do M1, zjedliśmy szybko coś w
McDonaldzie i dzieciaki padły jak kawki w samochodzie.

Polecamy wszystkim, my na pewno tam wrócimy:))))))

 

Jak miło na to popatrzyć, gdy dziś byliśmy tylko chwilę na spacerze, bo wiał lodowaty wiatr (chlebek kurom i zbieranie zbóż:)). Poza tym Franio po całym dniu bycia naprawdę aniołkiem musiał wieczorem chyba odreagowac i wybuchnąć  – płacz, krzyki, pyskowanie, ech. Potem przytulanie, przepraszanie. Czemu muszę sie zawsze zastanowić mamusiu? :))) No cóż nieodrodna cóka swojej matki, moja mam też zawsze chciała bym przemyślała i powiedziała co i czemu.  Sinusoida nie? Ale tak naprawdę to dzień był miły, tylko w koncówce bohaterowie po prostu już padali.

Ponieważ

Brak komentarzy

Ponieważ pani dr, co zrozumiałe, wykluczyła synka z przedszkola na ten tydzień, to przedstawiłam Franiowi pełen wachlarz atrakcji – trzeba posprzątać szafy, rozpakować mamusi walizkę, upieć drugą porcję rogalików, zrobić nowe zakładki do książek. Syn zadowolony, dwie półki posprzatane, pranie, wspomniana walizka plus tort galaretkowy  i zaczęte zakładki to plon dnia dzisiejszego.

A, i stół sobie umyli, bo najpierw długo brudzili. Bardzo długo i bardzo dokładnie. Mycie (ja zrobiłam szorowanie) i wycieranie, polerowanie, czy cokolwiek to było zajęło im prawie godzinę :))))).

A potem

1 komentarz

A potem to już był piątek, ogromne lotnisko we Frankfurcie, konieczność opanowania maszyny, co by się samodzielnie zabukować. Potem wpuszczono nas do samolotu, pojechaliśmy (po ziemi) gdzieś pod Berlin (konkretnie to 4 km, pan pilot był uprzejmy nas poinformować), potem wreszcie coraz wyżej, i tak śmiesznie przez chmury. A gdy już wychodziłam z bagażem, to klasycznie jak w filmach, Franio stał przed wejściem i zaraz rzucił się mi na ręce, i pomagał ciągnąć torbę (24 kg, a i tak sporo wcisnęłam do podręcznego, ale Lufthansa nie kazała dopłacać). Z samochodu triumfalnie dzwonił do babć – mamusia już jest, przyjechaliśmy po nią, mamusia zrobiła 1000 stron ksero (jednak lekka przesada).
W domu Lul zatupatał w miejscu (teoria mojej mamy – chciała biec, a stałam ledwie metr od niej) i też wskoczyłą na ręce.
Prezenty idealnie trafione, zwłaszcza puzzle (107 kawałków) mapa świata dla Frania i drewniane śniadanie do krojenia dla Lu, ale wszystko wszystkim przypadło do gustu (przynajmniej tak twierdzą, ale np. jak Ł. mógłby nie zachwycić się żelkami Winterapfel i Gluehwein).

A teraz mamy w domu anginę (Franio), na szczęście jak tylko zaczął w pt wieczorem grzać i w sobotę dalej był rozpalony (i nic więcej), to wiedziałam, że to to i od razu w sobotę telefon do pani dr i atybiotyk, bo na anginę nie ma rady). Więc domek, gry, klocki i plastelina i spóźnione, obiecane rogale świętomarcińskie (wczoraj zrobione, dziś rano zjedzone do końca, zwłaszcza Julci szalenie smakowało), deska do prasowania i dobrze być w domu.

Darmstadt

Brak komentarzy

 Notka z daleka

Nawet bojąc się, czy aby coś się stanie, nie da się ukryć,
że lądowanie wieczorem, powolne zbliżanie się do oświetlonej tysiącami
światełek ziemi, przyglądanie się, jak tam na dole przesuwają się światłą
maleńkich aut, jak kręci się młyńskie koło, ma w sobie coś z bajki.

A potem miasto, które lubię, Darmstadt, nieduże, urocze,
odpowiednio stare, ale i przyjemnie wygodne, dostosowane, wabiące zamkiem i
secesją, ale też kafejkami i sklepami. W Niemczech zdecydowanie wolę miasta,
wszystkie wsie, z którymi miałam do czynienia były przez większą cześć dnia
zamarłe. A tu… Siedzę w kawiarni przy oknie, piję Milchkaffee, jem przepyszną
ciepłą kanapkę, patrzę przez okno lub czytam.

A potem wykład i biblioteka, czyli to, po co tu
przyjechałam, ale tym razem bez zwyczajnego uczucia pośpiechu, konieczności jak
najszybszego powrotu, które mam pracując u siebie. A satysfakcja z tego, co
zrobiłam jest po prostu satysfakcją z pracy, rzadkie ostatnio uczucie w czystej
postaci, częściej dominuje zadowolenie, że mogę iść spać, że mogę wrócić do
obiadu, że mogę wypić kawę, czy jeść kanapkę, czy przejrzeć blogi. Tak,
pracowanie w domu, jako decyzja na dłużej, w moim przypadku lata już, ma swoje
cienie. Trochę odpoczniesz
powiedziała mama i miała rację (matki tak mają), nie chodzi nawet o fizyczny
odpoczynek, ale psychiczny w sensie braku emocjonalnego stresu. Tęsknię za Ł. i
maluchami, ale przekłada się to na efektywność pracy, skoro już tu jestem, nie
psuje natomiast relaksu. Normalnie bowiem moje dla siebie, jeśli nie jest już w czasie snu dzieci, gdy proszę
bardzo możemy iść grać w kręgle, jak w poprzedni piątek, więc jeśli nie wtedy,
to dotyczy zazwyczaj pracy, fryzjera lub lekarza (bo nie przyjmują nocami). Nie
przyjmuję jako koniecznego i stałego imperatywu, ze muszę jakoś jeszcze  coś dla
siebie
, bo po pierwsze praca zaspokaja mi 
naddatkiem potrzebę fizycznego oddalenia, po drugie ja nie mam zbyt
często potrzeby samotności, po trzecie pracuję częściowo w otoczeniu kobiet,
które wciąż głoszą potrzebę autorozwoju i
praw kobiet i mam tego dość i w końcu skoro dzieci potrzebują mnie teraz, to jestem, za jakiś
czas będę miała więcej spokoju, a wtedy pewnie paradoksalnie zatęsknię. Tak,
jestem martwiaczkiem do tego stopnia, że już rozmyślam, co będzie, jak się
wyprowadzą, Ł. niezmiennie to bawi.

No i jeszcze język, uwielbiam to, że wcale nie muszę być
rozpoznana jako cudzoziemka (nie, nie mówię całkiem jak Niemcy, ale wielu tu
też tak nie mówi), że wszystko załatwię i wszędzie trafię, że spokojnie śmieję
się z żartów studentek Angeliki. Kartkując kolejną książkę w bibliotece nawet
myślę po niemiecku. W Szwecji złapałam się, że i angielski zaczyna się robić
taki wygodny, jak kapcie, ale to jeszcze nie to co niemiecki.

I to co lubię, czyli pyszne jedzenie, pyszne kanapki,
wyciskane soki (dziś piłam jabłko-seler, wczoraj, owoce leśne-pomarańcza).

Ach, i kupiłam tyle fajnych prezentów, ciuszki dla dzieci są
tu nieraz tańsze, zabawki może nie, ale w tej akurat dziedzinie są bardziej do
przodu, nie mogłam wyjść ze sklepu, kupić wykopaliska dinozaura, domową hodowlę
bezkręgowców, które też żyły w czasach dinozaurów (o nie nie nie), lalki we
wszelkich odmianach, ubranka, wieszaki, nawet nocniki, gry w milionie wersji,
lego to całe piętro, mnóstwo zabawek uczących, takich do poeksperymentowania,
ach, ach ach.

Kalendarze adwentowe w niezliczonych odmianach, czekolada z
pomidorami i solą.

A – a dla Ł. mam żelki o smaku grzanego wina…

Brak tylko jarmarku adwentowego, ale cóż jeszcze za
wcześnie.

….

….

….

A teraz już czwartek, mam te swoje 300 stron ksero, mam od czego
zacząć, Angelika snuje plany programu IP, w którym mnie też widzi i Migrationsreise, którą mogłaby
przedsięwziąć ze studentami, słucham melodyjnego bicia zegara na wieży Schloss, patrzę, jak montują piękną,
ogromną szopkę, bo niedługo będzie jarmark, już pojawia się Gluehwein i Weihnachtspunch, i Lebkuchen.
I już trochę mi żal, już tęsknię, bo nie wiem, kiedy znowu i gdzie i jak. A z
drugiej strony cieszę się i już już nie mogę się doczekać, mama pisze, mówi Julcia, jak pika telefon, smsy ode mnie do nich.

Listopadowo

3 komentarzy

Zamglenia jakoś mi trochę minęły, w czym niebagatelną
zasługę miała rewelacyjna spowiedź i to po prostu u wikarego w naszej parafii.
Tyle uwagi i staranności, tyle starań, by naprawdę pomóc.

Generalnie u nas ostatnio wszystko ok., problem był tylko we
mnie. Poza szykanami zawodowymi, absolutnie nieuzasadnionymi, miała kryzys
organizacji. Znane prawda? Jak są dzieci to spontanicznie wyjść można tylko
biorąc je ze sobą. Tak więc każda zmiana w mojej pracy, to konieczność
dopasowywania opieki, bo opieka nad Jul i Franiem jest zależna głównie od niej,
jako że ja mniej pracuję poza domem. Plus organizowanie weekendów, rzeczy dla
dzieci, lekarzy, szczepień itd. No i miałam kryzys, skończył się małym
trzęsieniem ziemi, gdy kompletnie nielogicznie nie pojechałam z mężem na basen,
bo AKURAT miałam potrzebę, żeby on mnie na ten basen po prostu ZABRAŁ, namówił,
wyciągnął, sam uzgodnił z moją mamą popilnowanie śpiących dzieci. Bo miałam
taki stan, ze jak miałam coś planować, to wolałam nie robić. Ale jak mówię – zyskałam
znowu poczucie proporcji – to do pracy, zyskałam znowu trochę dystansu, minął
mi organizacyjny kryzys, wczoraj udało się mi zaszczepić Frania i siebie, czyli
2/3 sukcesu, Jul niestety czerwone gardło, zdołałam dotrzeć do lekarki w
sprawie prolaktyny, Ł. odebrał potwornie zaległ wyniki holtera i w poprzedni pt
wziął mnie na basen, 1250 m i super. I jeden tekst skończyłam, a dzisiejsza
prezentacja u RPO też jakoś ok, a dzięki temu, że wzięłam laptopa, to w pociągu
sporo posprzątałam w kompie, no i napisałam notki :) .

A i jeszcze parę dni ładniej jesieni było.


  • RSS