cypisek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2009

Święta

1 komentarz

Jakie dobre były Święta. Postawione w wigilię w nocy bańki
spowodowały przełom i choć kaszlałam nadal jak gruźlik, to wreszcie zaczęłam
czuć się lepiej. Makowce, keksik i przekładaniec mamy pachniały oszałamiająco,
ciocia przywiozła ulubioną potrawę wigilijną wszystkich, czyli uszka oraz
barszcz grzybowy, według przepisu babci, mniam. Franio biegał i pomagał
wszystkim, ubraliśmy choinkę u babci (naszą dzień wcześniej), powieliśmy ozdoby
na oknach.

Julik zrobiła od zeszłego roku duże postępy religijne. Rok
temu, widząc jedzonko na stole, darła się, gdy dziadek czytał Ewangelię i
modliliśmy się. Teraz tylko co jakiś czas wznosiła dźwięczne AAAAAAAAAMEN!, albo szerzej OJCA SYNA AAAAAAAAAAAMEN! (Deńka na
razie nie uznaje Ducha Świętego), sugerując dziadziowi koniec modłów. Ale potem
podano opłatek i Deniusia miała co pogryzać. Babcia życzyła Franiowi, aby rósł
i stawał się coraz większym i mądrzejszym chłopcem, a Franio życzył jej tego samego.

(Julcia i jej podejście do opłatków)

Potem wszyscy rzucili się do jedzenia, bo byliśmy rzetelnie
głodni (niektórzy byli tak głodni, że tuż przed wigilią wymagali zaopatrzenia),
Franio uszka, barszcz i ryba, Deńka dodatkowo sałatka jarzynowa. Oboje
natomiast wdzięcznie się skrzywili na kompot z suszu i wydębili od dziadka
truskawkowy.

Następnie tradycyjnie oddaliliśmy się (pokazać cioci naszą
choinkę) i tym czasie (jakże zaskakująco) aniołki podrzuciły prezenty.

Pjezenty Nianiu, sią
prezenty
– Julcia pierwsza była na schodach i pierwsza zobaczyła
bizantyjską obfitość pod choinką. 

Są, są!!!­ – Franio
był nie mniej euforyczny. Rzucili się pod choinkę i z lekka sterowani przez
tatusia rozdawali prezenty. Co trwało nader długo, bo po pierwsze było ich
mnóstwo (choć mogło być więcej, ale część zostawiamy na drugi dzień Świąt, gdy
przyjeżdżają wuje-aniołkowie oraz Marek z żoną i mamy dzięki temu dwa razy
radochę). Po drugie trwało długo, bo Franio sylabizował każde imię, tylko swoje
rozpoznawał w całości, a w połowie stawki także moje. Każdy odkładał prezenty
na bok i czekał dalej – moja tupa, moja
tupa, dzie moja tupa –
krzyczała Lu, pędząc ze swoimi paczkami. 

Potem dzieciaki-rozrabiaki rozpakowały swoje – mamusiu, gra w małpki, patrzcie, zamówiłem
to i zostało mi przyznane!!!! (
cytat dosłowny z Franciszka), a gdy już
swoje rozpakowały, to po kolei targały papiery nam, a co.

I potem wreszcie dostaliśmy kawę.

I były kolędy. Do których Nianio przygrywał nam na
saksofonie (urodzinowy prezent od pani dyrektor w przedszkolu). Co drugą, bo co
drugą śpiewał, a co.

W pierwszy dzień Świąt wynegocjowałam wyjście z domu, tylko
do dziadków drugich ach. Tam też prezenty, Franio, Emila i Julcia szaleli
roznosząc, a Tomcio nic, siedział na kolanach taty i czekał. Potem rozpakował
pierwszy prezent i się bawił. Potem mu wcisnęli drugi no to też. W sumie to na
Wielkanoc może by skończył. Reszta przeciwnie wszystko rozłożyła i łobuzowała.

A drugi dzień Świąt to kolejna orgia u nas. Najpierw Ł. i
Franio byli w Katowicach (Emilka do F. – chodź
Franiu ze mną, będziesz księciem
),
na urodzinach cioci, ale popołudnie nasze. I znowu kolędy.

(Julcia uśpiona kolędami)

Potem przeżywali.

Latały aniołki latały….
Psiniosły Deńci piziamtę, psiniosły podenti, toszultę. Latały aniołki, latały…. Psiniosły Deńci piętną sutięntę…

A Franio chodzi i śpiewa kolędy i po kolei poznajemy prezenty,
domek (mikołajowy jeszcze) zbudowany, lego poskładane.

(tu jeszcze Franiowa roratnia wylosowana nagroda:))

(Franio rysuje człowieka z siecią zył i tętnic, język z kubkami smakowymi oraz serce z podziałem na komory i przedsionki i dziurą, jaką miała mamusia. Dostał encyklopedię „Było sobie życie”. W pierwszy dzień świąt poszerzałam z nim moją wiedzę – wiecie, ż serce myszy bije 600 raz na minutę, a słonia 25? Ja już wiem. Poza tym poświęciłam się, ukłułam, wycisnęłam kroplę kwri – strasznie ciężkie zadanie, jakbym bez krwi była – i obejrzeliśmy pod mikroskopem – preznet od cioci niani na urodziny :))))))

(Julcia i jej Puchatek)

(Deńcia i Nianio oglądają świateczne animacjie z So this is Christmas. Franio włącza to codziennie i tak, ja też oglądam, rozczula mnie piosenka, Franio śpiewający do tego Twego przyjścia w chwale i wspomnienie, jak to pierwszy raz słuchałam z trzyletnim Franiem i maleńką, miesięczną Juleńką)

Ł. nie pracował, Frania
nie posłaliśmy do przedszkola, tam nam było fajnie. Byliśmy w lesie, dać
ptaszkom resztki ciasta i przegonić psa, byliśmy w mieście popatrzeć na
światełka (byliśmy też w sferze, spróbować wyprzedaży, ale najlepsze były z tego
lody, no i babci znaleźliśmy bluzkę, aczkolwiek nie przecenową. Ja kupiłam
śliczną bluzkę dziś, w moim kochanym sklepie koło naszego wiaruska, pani Ala
też mi ją przeceniła, a jak, z życzeniami, nie jestem stworzona do wielkich
marek). A wczoraj pełny relaks, bo basen wiadomo gdzie i naleśniki z naszym ulubionym kelnerem  (z tej choroby nie napisałam, że byliśmy tam
też 18, w Frania urodziny i nasz ulubiony kelner, jak się dowiedział, zamówił i
zrobiono dla Frania naleśnika na talerzu z napisem Sto lat, zrobionym z sosu
toffi. Ja lubię takie miejsca właśnie jak ta naleśnikarnia, czy sklep pani Ali.
Gdzie klient jest ważny, nawet pięcioletni, gdzie ubrania są dla mnie
dobierane, a czasem odkładane, że może coś dla mamy lub dla mnie, bo my to lubimy).

A teraz siup – wieczorem wpadamy do sąsiadów i fajerwerki
będą a jakże.

 
Do Siego Roku!

(A kiedyś znowu pojedziemy do Wiednia na sylwestra i
będziemy tańczyć w kurtkach na ulicy, będziemy).

Wigilia

1 komentarz

„Były cudowne letnie dnie i od poziomek aż kraśniało na
porębach. Było strojenie ołtarzy na Boże Ciało i skubanie płatków pąsowych
piwonii oraz fioletowych irysów dla dzieci mających je rzucać przed
Najświętszym Sakramentem. Były wyprawy do lasu (…). Były sianokosy, upajająca
woń siana i stawianie kopek (…). Były polowania z nagonką na kozły i dziki,
były wróżby w wilię świętego Andrzeja. Był adwent i codzienne roraty, na które
ojciec chodził pieszo z córkami, każde ze stoczkiem gasnącym co chwila. Były
Gody i upominki wszystkim od wszystkich, wilia. Pasterka, kolędy, Herody,
turonie (…). Była srebrna szadź na drzewach, ślizgawka. (…) Był las w okiści i objeżdżanie
gajów małymi sankami (…). Zofia Kossak-Szczucka

 Wszystko jest ważne. Pod choinką Franio i Julcia składają swoje
czerwone serduszka kieszonki, pękate od małych serduszek, dobrych uczynków: za
piękne opiekowanie się siostrą na sankach, za pomoc mamusi, za upieczenie ciastek,
za poskładanie kredek, za piękne zachowanie na urodzinach u wujka i za wiele
wiele innych. A na piecu stoi dzieża i rośnie ciasto na makowiec. Nasza choinka
z roku na rok nabiera uroku, tracąc na stylu. Już nie jest wymuskana, o nie.
Teraz są na niej bańki, a poza tym nasza robota: pierniczki, łańcuchy, suszone
owoce, ozdoby. I anielskie włosy, bo dzieci tak bardzo chciały. I będzie
szopka, częściowo dostana, częściowo zrobiona. I plansze z roratnimi obrazkami,
Franio zna (wiemy bo nam powtarza) wszystkie kluczowe słowa.

Część domy pozostanie niedosprzątana, bo rozchorowałam się solidnie,
wpisałam się wigilijnie w tradycję, bo o 1 w nocy Ł. postawił mi bańki. Ale
wcześniej opakowałam stos prezentów.

To co ważne mamy gotowe. I jesteśmy razem, wszyscy zdrowi,
bo zapalenie oskrzeli niemiłe, ale przecież minie. Za to bardzo dziękujemy
Narodzonemu Jezusowi, a wszystkim życzymy łask Bożych, szczęścia i miłości.

Śnieżnie

1 komentarz

Teraz wieje halny i niestety śnieg znika, ale mieliśmy parę urokliwych dni, więc oczywiście popędziliśmy na sanki. I na bitwę śnieżkową. I nawet takie śmieszne (bo za mroźno) bałwanki były.

A ja… drugi antybiotyk niestety, bo kaszel straszny się zrobił :(((

5!!!!

3 komentarzy

5 lat, 5 lat. Mój umysł tego w zasadzie nie ogarnia. Bo z
jednej strony, że już tyle? Jak? Kiedy? A z drugiej, jak to było, kiedy go nie
było. Oczywiście mam gdzieś w głowie to tamto życie przed-Franciszkowe, ale
jednak obecnie jest w centrum naszego świata.

Franciszek na co dzień buja w obłokach, ale zarazem jest
spostrzegawczy i dociekliwy. Z jednej strony upiera się,  że nie pamięta, co było na obiad w
przedszkolu i jakie były słówka na angielskim, a potem śpiewa mi angielskie
piosenki i „czyta” Julce Tupcie Chrupcie albo leci wierszykami po 2-3
wysłuchaniach. Odnośnie śpiewania, to w zeszłym roku, na pożegnanie starszaków
maluchy miały śpiewać piosenkę. Franio poprosił panią Olę o napisanie słów. I
potem wyszedł z tą kartką i śpiewał, a jakże. Pani Ola opowiadała:

Pani dyrektor mnie
zapytała, co on właściwie robi. No jak? Śpiewa, mówię i chciał mieć tekst.

Zna wszystkie literki, ale nie składa słów, niektóre zna
całościowo. Ale litery i słowa go fascynują, ćwiczy dzielenie.  Jako że jestem odporna na potrzebę szybko
czytającego dziecka, to nie poganiamy go. Zresztą kiedy, skoro w kolejce taka
ilość wiedzy, która już teraz wskakuje do jego głowy. Liczby to druga wielka
fascynacja. Ostatnio na tapecie pisanie ciągów liczb, kolejnych, raz poprosił
na imprezie rodzinnej wszystkie osoby po kolei, by mu machnęły po 10, potem
gdzieś tą karteczkę zagubił, więc sobie zrobił następną.

A i wiersz mi napisał, o. Musiałam go przeczytać, na głos.
Świetne ćwiczenie strun głosowych. Na szczęście wtedy jeszcze nie chrypiałam.
Bo teraz mimo 5 dni antybiotyku dalej fatalnie mówię L. Całe szczęście, że przerwa
przede mną.

Wracając do synka, to jest emocjonalny, łatwo się denerwuje,
z jednaj strony chce umieć, zrobić, pokazać, z drugiej wpada często w opcja –
mamusiu zrób za mnie – częściowo jest to jego reakcja na siostrę, taki sposób
zabrania więcej mamy. Widzę, że bywa zazdrosny, ale bez złości, więc dobrze, w
końcu nie chciałabym obojętności. Ale przedstawia siostrzyczkę dumnie innym, co
wieczór (od miesiąca) , a czasem w dzień, jeśli jest, opowiada jej bajkę i my
wtedy musimy wychodzić z pokoju. O czymkolwiek opowiada, Julę to zachwyca, zawsze
domaga się jeszcze.

Lubi się przytulać, wchodzić na kolana, mamusiu kocham cię jak stąd do księżyca i z powrotem. Cwaniak, od
razu podał wersję największą. Pomocny jest bardzo, choć miewa akcje, że nie, że
czemu on. Taki Aniołek z Różkami.

Przeżywamy razem święta i wydarzenia. Rozczulał mnie na
różańcu, taki mały jeszcze, stał, a i tak był niższy od wielu klęczących. Ale
jednak mówił pewnie i spokojnie. Teraz na roratach biegnie z lampionem, z
przejęciem podnosi do góry, świeci Jezusowi. Potem wraca do nas do ławki i
spokojnie odpływa. W środę to dosłownie haha, poszedł z dziadkiem i zasnął. Ale
– o ile nie śpi oczywiście – zlecone główne słowo i pytania zapamiętuje.

Dziś byliśmy na sankach, nie może doczekać się nart, gadamy
o łyżwach, a trener na pływaniu chwali go, że najlepszy w swojej grupie, tylko
niech zanurzanie głowy ćwiczy. Ha, 3 miesiące temu był dramat, gdy do oczu
chlapnęło, a teraz na rurze piankowej wymiata na grzbiecie, to i do całego
nurka się przekona.

Dobry Panie Boże, daj naszemu synkowi kolejne dobre lata. I
nam z nim.

Urodziny M.

1 komentarz

Tickerek wskazuje (jakbym cudem jakimś nie pamiętała), że jutro urodziny Franusia. I to wszyscy mogą zobaczyć. Ale nikt nie wie – bo nie mam tickerka, a w sumie, czy aby go mieć tu jednak nie powinnam? Never mind, Franio pilnuje, ma zapisane w kalandarzu, to WIEMY.

Od miesiąca wiemy.
Że dziś są urodziny Małgosi.
Trzy latka ma się okazało.

Małgosia miała zapotrzebowanie na czapkę, szalik i rękawiczki – nieoceniona ciocia-niania zrobiła. Plus poncho. Franciszek w siódmym niebie. Małgosia pewnie też, spróbowała by nie. (Jedną z cech, którą uwielbiam u cioci J. to traktowanie spraw dzieci absolutnie poważnie. Skoro M. marznie, to trzeba pomóc nie? W podobny sposób M. pozyskała kiedyś szlafrok, ma też bluzę – zdarłam słoniowi – on nie marzł).

Ja zrobiłam dla Małgosi torcik. Pełne uznanie, zdmuchnęła świeczki i zjedliśmy.
Potem z racji napadanego śniegu i ogólnego uroku mimo ciemności popędziliśmy na pole. Jepić bałwan – to Lu, bić się śnieżkami – Frań i jechać na sankach – oboje, pies w zasadzie też chciał.
Pędzimy, pędzimy na santach – wołała Julcia i absolutnie nie chcieli wracać. Obiecałam jutro dłużej. I po jasnemu.

Zasadniczo mi lepiej (dziękuję za życzenia), ale kaszel fatalny. Ale na polu uroczo, bez zwiatru, gorączki nie mam, to przecież muszę na śnieg. Bo ja to jestem taka, jak moje dzieci, tak naprawdę. Też musiałam ten śnieg natychmiast wykorzystać. Bo skoro odwilż zapowiadają, to trzeba na maxa. I ileż można chorować w końcu nie? Skoro na leżenie i czytanie i tam nie ma szans.

W nocy z niedzieli na poniedziałek zostałam posiadaczką gruźliczego wrecz kaszlu. Toteż rankiem mąz wyekspediował mnie w trybie super pilnym do doktora i tak do stanu posiadania dodałam zapalenie górnych dróg oddechowych, antybiotyk :( i L4.
Choruję więc, strasznie się z tym męcząc, oczywiście idzie średnio, zarówno chorowanie (gdzie te czasy, gdy w podstawówce czy liceum chorowanie oznaczało leżenie i czytanie książek, a czasem wizyty przyjaciół i absztyfikantów). Wersja chora-mama jest do luftu. Aczkolwiek Franciszek wczoraj….
Leż sobie mamusiu (na dywanie u niego w pokoju) ja robię ozdoby na choinkę, jak dobrze, że to umiem sam, ty tylko powiesisz potem, a tak możesz sobie chorować.

Franciszek wczoraj robił pierniczki w przedszkolu, dumny bo i doświadczenie ma, a dodatkowo daliśmy pani D. nasze foremki, bo my takie fajne mamy (auto, ciufcia, karp. szczupak. renifer plus standardy).

Deńka zasypuje nas pytaniami, faza ciemu nadeszła jakoś szybko i jest porażająca, ciągi 10-15 pytań to norma.
No chyba że  z bratem rozmawia….
[kazałam im siedzieć obok siebie, dość daleko od telewizora przy oglądaniu, Deń się przesunęła, więc Franio ją napomniał]

Juluś… proszę siąść koło mnie
Ciemu?
Bo tak to Pań Bóg stworzył.

I kropka, siostra zamilkła. A samą odpowiedź zapamiętał z naszej desprackiej próby odpowiedzenia na pytanko ciemu dziadzio jeś męściźną?

Urodzinki

3 komentarzy

I odbyły się urodzinki. Podwójne.  Podwójna ilość prezentów – bo i tak bawią się
wspólnie.

Dmuchanie odrobiono z 7 razy chyba, w różnych wersjach,
aczkolwiek dzięki dwóm tortom – zasługa dziadzia, nie było wielkich
przepychanek. Kuzynostwo pierwsi – Franio i Em. Dmuchali swieczki na jednym,
para Drugich – na teletubisiowym. Smaczne też były. Do tego machnęłam rogale z
makiem i szarlotkę, a potem barszczyk (mama), parówki w cieście francuskim i
dwie sałatki (mama i ja) oraz zimna płyta. Pełny sukces ogólnie, więc super.
Dzieciaki szalały ostro, ale bez ani jednego większego sporu wymagającego
interwencji. Dorośli pogadali, pośmiali się, pozwolili się czasem aresztować
(zabawa w złodziei i policję) lub wykorzystać do budowy dróg, kupowania przy
kasie (nowy nabytek) czy składania klocków. Jul nawet zgodziła się trochę u
innych na rękach posiedzieć aczkolwiek minimalnie.

 

10.12

2 komentarzy

Wróciłam we wtorek z pracy i zastałam Deńkę grzejącą jak
mały kaloryfer. I tak do rana, więc niewesoło. Na szczęście tym razem były to
gorsze początki niż dalej, na razie leki leciutkie i rozbójniczka już w lepszym
stanie. Nawet znowu je, choć średnio i niestety trochę mi histeryzuje i
wymyśla. I na ręce cały czas, więc wczorajszy i dzisiejszy dzień jakby dał mi w
kość. Nawet jakby bardzo.

A najgorszym aspektem sytuacji jest w zasadzie nie tyle
dzień, co komputer patrzący na mnie z wyrzutem. Projekt do wypełnienia,
artykuł, książka, wybór do drugiej, ech.  Zmęczona.

Ale kolejny punkt z listy porządkowo-zadaniowej zrobiony,
kartki świąteczne wypisane, tylko Franio musi podpisać. Tak, zdecydowanie wolę
tę działkę.

A i wielkie buziaki dla Liska, która jest tak kochana, że w
ramach tzw. kawy drugi wtorek z rzędu biega ze mną po piętrach Szacownej
Uczelni, a ostatnio nawet zaliczyłyśmy Szacowne Wydawnictwo. Kawa sensu stricte niestety tylko ok. pół
godziny.

Pierwszy był w piątek w przedszkolu. Z tej okazji Franio dostał gigantyczną pochwałę, bo z własnej woli podzielił się z Julcią zawartością. Skoro ona do przedszkola nie chodzi…
Drugi wczoraj – kościelny, jak twierdzi syn, bo tam właśnie rozdawał. Franio przyniósł swój i Juleńki.
I trzeci, dziś. Nasze dzieci mają mnóstko kochających osób wokół siebie, więc moze coś jeszcze się trafi;). A w sobotę będą obchodzili urodziny haha.

Wszystkie prezenty przyjęte  z zachwytem, bo są prezentami, na razie tak fajnie reagują (Babcia podpytywała Frania zresztą, czy jest coś, co by chciał.  Ucieszę się z tego, co dostanę. I tak robi. Co nie oznacza, że w sklepach nie marzy o wielkich zestawach lego czy Tomka).
Julcia też uszczęśliwiona, buzia się nie zamykała: Ziejazto Deń ma. Tołaj psynióśł. I majtećti. Deń pjasiuje. I nowe skapetkiDeńta ma. Mamusia tupiła, w tatim duzim kjepie! A Nianio jatuśti. Atem (czyli rajtuzki z autem:))).

Dla nas też było, i drugim dziadkom zawieźli „pomyłkowe”, a jutro pojadą prezenty dla kuzynów:).

Deńka dostała plecaczk z 7 parami majteczek… Pełny zachwyt.

I żelazko, mój autorski pomysł, jakże udany. Tak, ja lubię prasować

Deńka prasowała majteczki. Sporą część dnia

Poza tym dziś był idealny dzień na pierniczki:)))

Duże gwiazdy do rozdania, na pamiątkę tej, co prowadziła do Jezuska.
Choinki to pomysł i wykonanie Frania (z minimalną pomocą moją), dla ważnych osób (pierwsza była dla mnie :)))

A jeszcze Franio z tatusiem zaliczyli kino i film, który Franio tak strasznie chciał, czyli Renifera Niko. Mimo treści zdecydowanie nie tego, zadowoleni, bo kino to kino nie?
I dziadkó odwiedzili, już z Julcią.
W sumie czrujący dzień, z jednym minusem w postaci histerii wieczornej Lu, ale była już przemęczona niestety.
No i konieczność wstania o 6, by zdążyć na mszę św. o 7, a potem na zajęcia o 8. Ale już o 9.30 byłam po. A studenci, coś takiego, spotkali Mikołaja i dostali dla mnie ptasie mleczko i czekoladę :)))).

Pt. 4.12

Brak komentarzy

Wczoraj Franciszek miał nieodpartą potrzebę nie-pójścia do przedszkola i pozostania w domu z mamusią. I ostatecznie się na to zgodziliśmy, bo w sumie czemu nie. Cały dzień syn był w wersji anioł-archanioł :))). Zrobiliśmy kluski na parze, brakło nam mąki, więc bandą poszliśmy z beczułką do wora, synek sam naładował, zarobiliśmy, po wyrośnięciu Franio wycinał, a potem pozmywał (!!!! naprawdę chciał), byliśmy w sklepie kupić kleje (w naszym domu następuje zaskakujące zjawisko znikania klejów, co kupimy – dwa zawsze – to ktoś je zanika), zrobiliśmy długaśny łańcuch,bawiliśmy się lodziarnią ciastolinową.

Dziś poszedł, bo w przedszkolu był św. Mikołaj.

Kontrolne usg ok, jeśli chodzi o tamto, ale wysłano nas do poradni gastroentorologicznej (czy coś podobnego w końcówce), bo ma za dużo gazów, stąd ten wydęty często brzuszek. Zobaczymy co powiedzą.

Jul dwie ostanie noce budzi się i strasznie płacze. Ponieważ ząbki spokojnie, pani dr obstawia bóle wzrostowe. Też obserwować :(.

A zaraz włączamy z Ł. nagranego „Dr House’a” i zabieramy się za pakowanie prezentów:).

I poranny śpioch (do 9!!!!!!!!!!! niesłychane)

Rozczochrany śpioch :)

Plus jej ulubione, śniadaniowe całe jajo


  • RSS