cypisek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2010

I nie zmieniam zdania o zimie, mimo ekhem niedogodności
1. zamarzła nam ubikacja na dole – pikuś, bo mamy łazienkę na górze,
2. wydawało się, że zamarzła woda do pralki, ale to był chwilowy brak wody, wczoraj dałam pranie do mamy, ale dziś już rozwiązane i się prało,
3. piec się wyłącza – zdaniem fachowca wynika to z chrzczonego gazu. Dziś zeszliśmy do 15 stopni na górze, ale na dole mamy ciepło, bo jest piec 9brawo za decyzję, że jest). Mąż kochany nabył nowoczesną wersję farelki i można się bawić w pokoju dzieci. No i włączamy piec po prostu i znowu dociąga.
A wraz ze stareńkim przenośnym kaloryferem dziś wieczór piec wyciagnął znowu do 20. Cieplutko.

Swoją drogą wczoraj tak się wkręciłam w to zimno, że całą noc pilnowałam dzieci (proste, bo szybko do nas przyemigrowały) i rano oboje zbuntowali się, że gorąco i położyli na kołdrze.
Ale naprawdę pięknie jest
I na nartach dziś było cudownie ppusto, mknęlismy sobie po stoku koło „Stoku” w Wiśle (z racji niezłego opadu nie bardzo chcieliśmy wyjeżdżać na Soszów), 15 zjazdów, podłoże fajne, spręzynujące, potem tworzyły się muldy, ale bez przesady. Lubię.

Otśnieziam śchody


Niech moc będzie z wami!
Wygląda ciekawie, ale rododendronowi raczej nie posłuży

Dzień Babci i Dziadka się udał. Domowo zrobiliśmy furę laurek, na przedstawieniu był niezły skłąd – 2 babcie, 2 dziadków plus prababcia. Fajnie nie? Rzeczą, którą ogromnie cenię, choć nieraz zgrzytam zębami na wielość rodzinnych imprez, to fakt, że moje dzieciaki mają dużą rodzinę.

24.01

1 komentarz

A dziś rano to było -21 :))))

Zimno owszem, ale zima taka ładna u nas.

Sobota

1 komentarz

Termometr pokazał -16, TV lamentuje na temat siedzenia w domu. Więc Franio na narty. Tylko mu ubrałam: podkoszulek, koszulkę, golf i bluzę polarową, rajtuzy, kalesony i skarpety pod spodnie narciarskie.

Czy on się w tym jszcze rusza? – zainteresował się Ł.

Nawet rześko.
Tylko skarpety musieli zdjąć, bo miał za ciasno, ale jak dzwoniłam (bo dziś zajęcia niestety miałam) to właśnie skakali przez narty w ramach rozgrzewki, więc nie marzł.
Pogoda zresztą przepiękna, bez wiatru, więc zupełanie spokojnie.
No i wczoraj po przedszkolu byliśmy na góce, sprawdzić, jak sobie radzą w zimnie, Julci szybciej nózki zaczęły marznąć, ale Franciszek bdb, w końcu jak się wbiega i na brzuchu zjeżdża to jak zmarznąć? Widzę nas, takich małych, też nas poziom mrozu nie interesował.
10 wjazdów na Biały Krzyż, stok znacznie więszy od wiślańskiego. Ładne skręty, pochwała instruktora i zalecenie przywiezienia kijków.
Których nie mamy, hmm, może właściciele nart mają, musimy spytać. Albo do komisu :))))

…sowy.
Jest to jedna z ostatnio lektur obowiązkowych. I skutecznych, ostatnio pięknie zadziałała u lekarza.
Potem Deń leczy lalki i Puchatka.
Ma ooooooskop
Osłuchuje, obowiązkowo z lusterkiem na głowie (wtedy lepiej słychać pewnie).
I mierzy sinienie.

Jak w czwartek wróciłam z Wawy (brr) do domu, to weszłam idealnie w środek afery. Otóż Julek urwała Franiowi kilka z jego roratnich obrazków przyklejonych na planszy (jak zeznała później, chciała żeby przykleił je jeszcze raz, z przyjemnością – widoczną – i zanagażowaniem popędziła po klej). Franio płakał. Jest mocno przywiązany do swoich rzeczy, nie niszczy raczej niczego i cierpi, gdy jemu się zdarzy, a co dopiero siostra.

Zdecydowanie opowiedziane mu kiedyś ku pokrzepieniu serca historyjki, jak to mój młodszy brat zapsuł mi kamiennego ludzika (urwał oko, innej opcji psucia nie było), którego za własne pieniążki kupiłam na wycieczce szkolnej w Wiśle (głęboki PRL przypominam) oraz jak to moja mama (tu w wersji młodsza siostra, bo jest i starszą) zjadła bratu cudem zdobyte dwa bilaty na „Krzyżaków” (PRL jeszcze głębszy) bardzo się przydaje.

Przystąpiłam do działań:
- przytuliłam syna, wyraziłam zrozumienie (naprawdę rozumiem)
- obiecałam pomoc
- skarciłam Mańkę Terrorystkę – utuliła nas więc ze swoim psiepjasiam, a potem chodziła w kółko mówiąc źje Deńta zjobiła, źje, bajdzo źje. Poziom szczerości skruchy jednak hmmm niesatyfakcjonująco niski
- wzięłam od Lu ten klej i pracowicie podoklejałam.

W międzyczasie syn się nieco uspokoił i zbadał poziom strat. Bardzo się ucieszył, że jeden obrazek siostrze udało się oderwać calutki. Jego – jak się okazało wtedy akurat – ulubiony.
Przykleiliśmy.

A co Franio? Poleciał za Julcią, przytulił ją mocno, uściskał i…
Dziękuję Ci Julciu. DZIĘKUJĘ, że nie zniszczyłaś mi mojego ulubionego….
…..
…..
…..
Jak w tym kawale o Stalinie.
A mógł zabić.

Siostra podziękowanie przyjęła jako oczywistość.
Biedak normalnie.

W głowie mi wiruje:

-wybór tekstów jednej książki,

-edycja,

- poprawki w drugiej,

- sprawozdanie,

- ćwiczenia i wykład i
niestety-zgibułam-jeden-tekst-teraz-muszę-coś-wymyślić,

- projekt, pranie, prasowanie, posprzątać, bo soboty teraz
bardzo zajęte, w niedzielę jasełka, w sobotę Franio narty, a ja zajęcia i to
zaliczenie, wymyślić pytania, zestawić obecności. Zrobić krokiety, i albo
pączki albo może babkę  marmurkową z
kawą, musli zrobione, napisać milion maili, zrobić dokumenty na praktykę,
zestawić zaliczone praktyki, sprawdzić, czy będą w systemie, zrobić Franiowi
badania krwi i inne wymagane przez poradnię gastroenterologiczną, zrobić od
razu sobie też, czy dwa miesiące bromergonu dały jakikolwiek wynik, zrobić echo
serca, a to nie teraz, a w marcu, Franio alergolog, dentysta, żeby dentysta to
trzeba tam choć zadzwonić, napisać artykuły, zapłacić składkę, o to zrobię
jeszcze dziś.

Bywam bardzo zmęczona.

Jestem bardzo szczęśliwa. Mimo zmiennej sytuacji zawodowej,
mimo kumulacji zadań.

W środę, gdzie byliśmy w środę. A na nartach, na Soszowie,
sami. To jedna z naprawdę niewielu opcji robienia czegoś dla siebie, a raczej
nas. Piękna pogoda, ośnieżone drzewa, szusowanie.

Nie było ludzi, najeździliśmy się niesamowicie. Tak, że
siedzenie w pociągu w czwartek było nawet niezłe, trasa dom, Warszawa, dom,
nawet niewielkie spóźnienie. Taki jeden dzień, w sam raz, by popracować i
zatęsknić. W pt wizyta, kardiolog, good news, wyniki holtera dobre.

A weekend zimowy, bardzo dobry. W sobotę pojechaliśmy z
Franiem, ale podczas gdy on śmigał na wyciągu, ćwiczył skręty i powolutku ale
jednak już szusował w dół, to my obok też na narty.  Znowu słońce, skrzący się śnieg, w przerwie
kanapki i herbata z termosu. Dawno nie było tak, że usiąść, zjeść, potem znowu
jeździć, taki kawałek, że skakaliśmy na narty rano, do południa, tylko
jeździliśmy, bo ktoś był z naszymi dziećmi. Ale przypomniało mi się, jak jeździliśmy
na Pilsko, wjeżdżaliśmy na Miziową, czyli wysoko, trzema wyciągami, jednym
śmiesznym z zakrętem, już go nie ma. I tam śmigaliśmy, jedliśmy kiełbaski z
rożna, Łukasz rozcierał mi zamrożone dłonie.

Dziś górki koło babci, długo, Franio jeździł na sankach, na plastikowych
z dziewczynką (bo chciała z nim) foczkę, na plecach, potem pojawił się (też w
drodze do babci) jego najulubieńszy kolega Mateusz, ściskali się, zjeżdżali,
tarzali.

Jul jakiś czas kontemplowała, widać było kiełkującą myśl, aż
w końcu tak, zażądała też zjeżdżania na plecach. I zasmakowała w tym, o tak.

A poza tym to należy dbać o związek, nie? I rozmawiać nie
tylko o tym, co trzeba kupić. Więc ok., pytam męża:

Przeczytaliście cały
rozdział? Kim są ci Hatifnatowie, oprócz tego, że są podobni do szparagów?

Niestety jeszcze nie
wiem.

I dbaj tu człowieku. Co więcej skończyli rozdział i dalej
nie wiadomo, kim są szparagowie. Oprócz tego, że potrafią wywoływać burzę. Muminki,
trzecia książka.

Wtorek 12.01

1 komentarz

Jakże zajmująca jest zima. O, tak wczoraj np. do południa z Lu na spacer w pola i do lasku. Obejrzałyśmy pięć saren, a one obejrzały nas. Dośc typowy widok za naszym domem, z okien często widzimy bażanty. Juluś już jest przekonana do sanek, po pierwszym entuzjaźmie bowiem były mrozy i potem jakiś czas była średnio zapalona (czytaj: po chwii apelowała, że już wracamy). A wczoraj długo jeździłyśmy:).
Potem Lu do łóżeczka i robić obiad (regularnie przerywane wołaniem córki: wyspałam mamusiu!). Potem pędem z sankami po Frania i znim do domu i od razu do auta, pojechać na seminarium, sprawdzić, czy przerwa świąteczna skłoniła moich podopiecznych do napisania czegoś. Niektórych nawet skłoniła.
W sumie mogłabym przywieźć Frania autem, ale tak mi żal wtedy tego przebywania na polu i tej jazdy. Oboje lubimy. I pogadać był czas.

A w sobotę był bal. Taki piękny bal i tak się dobrze bawiliśmy. Dopiero o 2.00 w nocy zaczęłam padać i zasypiać, ci co  mnie znają wiedzą, że jest to wyczyn. Przetańczyliśmy praktycznie wszystko. W piątek jeszcze dzieci obejrzały moje sukienki, uzgodniliśmy, co ubiorę (taką czarną, co na studiach kupiłam. Ale to jeszcze mało, moje taneczne buty zostały nabyte przed próbną maturą. No co ja poradzę, że nic im nie dolega, a ja po pierwsze nie lubię kupować butów, a dwa, ciężko znaleźć lepsze). Franio dobrał mi biżuterię, kolczyki i bransoletka z kompletu, ale zamiast naszyjnika były perełki plus burstynowy bucik na rzemyku plus bursztynowo-srebrny saksofon na łańcuszku. Na delikatnie wyrażone wątpliwości mojej mamy odpowiedział, że tak jest najlepiej. po czym oświadczył: Będizesz najpiękniejszą panią na balu. Tak, świetnie mieć syna.

A naszyjnik przemyciłam w torebce.

W niedzielę tak nas zasypało, że zatonęliśmy w śniegu. Odrzuciliśmy więc opcje rozrywki z transportem i poszliśmy do ogrodu, biorąc też babcię i dziadka. I to był hit, wszyscy razem, bitwy na śnieg, turlanie się, zakopywanie, bałwan. Dwie godziny bawiliśmy się po prsotu rewelacyjnie.




(Franio na swoim tronie. Tron powstał z Bałwana Poprzedniego).

Ponieważ poprzednio miałam trudności z odzyskaniem czapki, teraz daliśmy mu INNE nakrycie głowy. Dzieci wyrażały wątpliwości, ale przeszło.

I jeszcze – relacja tatusia krok po kroku – Franio w sobotę 4 razy wziął i wjechał wyciągiem, a następnie również wziął i zjechał.
Jaki był dumny.
A my!





Lekko dużo

1 komentarz

Trochę przytłacza mnie ilość pracy, zwłaszcza w stosunku do ilości godzin, które na to mam (20.00-0.00 mniej więcej), ech. Oczywiście jak to bywa, wszystko było uprzejme zjawić się naraz. I najchętniej bym uciekła od tego z krzykiem.
Muszę iść odśnieżyć – mąż
Muszę iść do kompa – ja – może się ze mną zamienisz? ;)

Ale dziś pilnie pracowałam wieczorem, bo jutro idziemy na bal i wieczorek mi odpada.
Nawet nie zasnęłam, aczkolwiek byłam najpierw rano z Julem na sankach, a potem wzięłyśmy drugie sanki, pojechałyśmy po Frania i na góreczki. I zjazdy, aniołki (Julcia), archaniołki (Franio).
Wczoraj jechałam do przedszkola bez Julci, bo spała i dopiero potem ją wzięliśmy do ogrodu. Za to dla wyrównania – skoro córki niet w sankach – wzięliśmy małęgo sąsiada i wiozłam sobie dwóch pięciolatków. Potem podjęliśmy praca typowo zimowo-budowlane. Nawet czapkę poświęciłam na rzecz:

31.12-6.01

1 komentarz

Sylwester był przygotowany z naciskiem na spełnienie marzeń
dzieci i wyszedł doskonale – Jula (fajejwejti,
tatuś i wujo puścieją fajejwejti!)
, Franio i Radzio byli zachwyceni. Adaś
jeszcze za mały na zachwyt, ale goście mu pasowali, prawie udało mu się zjeść
plastikowe serki z gry, ach ach.

Fajerwerki były oczywiście, hitem jak zawsze zimne ognie, bo
można je trzymać samemu, ale i piękne fontanny kolorowe też. Po pierwszych
próbnych ogniach Jul postanowiła, że ona teraz będzie siedzieć i pijnować fajejwejti  i zasiadła przy stole kontemplując pudełka.
Potem jednak wcinała koreczki i paróweczki.

W Nowy Rok mieliśmy więc syndrom dnia po (poszliśmy spać po
2.00, więc), obejrzeliśmy jedynie koncert noworoczny z Wiednia (jak zawsze, raz
nawet w Wiedniu na telebimie z tłumem innych ludzi, nawet walca tańczyliśmy
wtedy). Tym razem jednak ku mojej radości udało nam się wciągnąć Misia,
oglądał, komentował, teraz umie pokazać na swojej mapie-puzzlach, gdzie płynie
Dunaj (ten piękny, modry). I jeszcze pozwoliliśmy mu „Ratatuj” wieczorem,
zresztą sami też ogladaliśmy.

A następnego dnia urodzinowo zaczęliśmy od LEKCJI NART. Ci
sami ludzie, co chodzimy na lekcje pływania, więc luz, Franio wszystkich zna,
był chętny, a i dobrze przez Ł. w zeszłym sezonie przygotowany. Rozgrzewka,
marsza na stok i jeździmy. I pod koniec lekcji zjeżdżał SAM, z 15 m, slalomem,
spokojnie. W połowie przerwa, kanapki i herbata w chacie (następnym razem chyba
termos, będzie już full wypas), Julek też zadowolona. Julek zażądała: józiowe buty, józiowe najty i jechać tam, na
góję.
Na górę dużego stoku, bo czemu nie. Na razie wynegocjowałam, że jak
będą trzy latka. A, kask jeszcze chce. Czerwony. W każdym razie na syna aż miło
było patrzeć, jak taki przejęty, skupiony, jedzie.

Byłem dostatecznie
znakomity –
poinformował mnie z wrodzonym brakiem skromności.

A tak Deńka będzie jeździć wyciągiem. Po obejrzeniu, ja wiem, z 80 osób uznała, że już WIE.

Ja też chce na narty, no. Ale na razie przynajmniej sanki, w
niedzielę duża górka, czyli Goruszka, a dziś, ponieważ zawiewało i zamiatało,
to nie chciałam tam sam z nimi podjeżać i wzięłam dwoje dzieci i dwie lale
(Julciowa i Małgosia) na osiedle, na nasze górki z dzieciństwa. Byli
zachwyceni. Może małe, ale za to szybko się znowu zjeżdża. I nawet sami we
dwoje jeździli. Potem jeszcze tylko znowu 20 minut powrotem z dwoma saneczkami.
I znaleźć czapeczkę Małgosi, którą ta roztargniona istota zgubiła. I mimo
sapania jak parowóz odpowiedzieć na milion Ciemu?
Kawałek Julik sama chciała pchać, wyzwaniem jest delikatne jej wspomożenie, tak
by się nie wkurzała.

Bo Deńcia lubi się wkurzać, o tak. Aczkolwiek zazwyczaj z
zachowaniem form

Pjosię dać
Deńci!!!!!!!!!!!!!!!! Pjosię dać Deńci Niania zieci!!!!!

A w niedzielę po sankach jeszcze szopka w Strumieniu. Bo tym
razem był też Czesiu. I Deńcia już zupełnie inaczej oglądała.

Czesiu:

Inne szopki też lubimy, o tu z kościoła, gdzie zazwyczaj jesteśmy, po mszy włączana i staje tłumek dzieci i… dorosłych, a jakże. My też zapatrzeni. Szopka bdb z różnych powodów, m.in. że ma zazwsze koncept, wiążący się z danym rokiem, to jest omówione i opisane obok.

W tym wszystkim fakt, że we wtorek szefowa miała do mnie
uwagi o wszystko, chyba tylko nie o globalne ocieplenie, staje się na szczęście
mało ważny. Głównym powodem  było, że ona
ma za dużo pracy, na co ja nic nie mogę poradzić przecież.

W poniedziałek było tak ładnie.

To ja już pójdę mamusiu.

 


  • RSS