cypisek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2010

O ile sobota poprzednia była mało miła, wiało, sypało, lodziło, to potem wieczorem nagle posypał się uroczy spokojny śnieg i w niedzielę rano było bajkowo. Więc po mszy i kawie popędziliśmy na Goruszkę, chyba już ostatni raz (z tym samą myślą – że nie wiadomo, było lodowisko w poniedziałek i środę).
Było cudnie:

A dziś z racji posiadania biletów ważnych do jutra poszliśmy do kina na „To skomplikowane”. Miło było.
A semestr zbliża się nieubłaganie, ech, nie ma opcji, do pracy w domu trzeba dołączyć pracę poza:).

Jakoś

Brak komentarzy

…nie mogę się zmobilizowac, by tę notkę skończyć.

Jak ja lubię stać sobie oparta o bandę i patrzeć na mojego
synka, jak śmiga po lodzie. Bo teraz już śmiga. No lubię i już. Albo chodzimy
za rękę po lodowisku, Franio się spokojnie odpycha, a my dyskutujemy. Bo teraz
te rozmowy to już takie całkiem dyskusje są. Choćby o tabliczce mnożenia, która
– skąd? – zafascynowała Frania, na razie przez 3 lub przez 1 (hahaha).

A w zeszły czwartek, na nartach po spokojnych 6 zjazdach na
małym stoku, patrzymy nagle, a tu? A tu na duży poszli. AAAAAAAAAAAAA Poszli,
wjechali i zjechali. Pełny luz. I tak już jeździli, w sobotę też, całkiem fajną
prędkość rozwijając. I w szoku na końcu patrzyłam, jak Franuś zjechał do mnie i
stanął, idealnie się zatrzymał dokładnie koło mnie. Nie spodziewałam się, że aż
tyle się nauczy.

Ale i Julcik już smaga sankach, układa się na brzuchu, na
plecach i oczywiście pędzić, pędzić. W sobotę wiało, ale potem jak sypnęło
śniegiem i mieliśmy darowaną niedzielę, chyba ostatnią z sankami? Jak zawsze
trudno mi się rozstać z ulubionymi aktywnościami, dziś mega roztopy, a
równiutko tydzień temu z tatą poszliśmy, biorąc psa, po Frania i przywieźliśmy
ich na sankach z przedszkola. Ech, wiem wiosna fajna, ale przełomy zawsze tak…

Franio w kolejce na DUŻĄ GÓRKĘ

Jadą

Leżą

Dalej jadą

I zmęczeni byli

:)

2 komentarzy

Dzieje się dużo, jak zawsze jesteśmy szalenie zajęci. Zimą zasadniczo. Franio na łyżwach osiąga coraz lepsze prędkości, nauczył się fajnie już tak odpychać, nie tylko podbiegać i zasuwa po lodzie, wygrywając kolejne Puchary świata. W poniedziałek był z ciocią H., potem dołączyła kuzynka, w sumie jeździł 1,5 h. A matka marzła, że hej, no ale na razie nie jeźdżę.
W interpretacji Frania, dlaczego nie jeżdżę?
Opowiadał panu Jackowi / Adamowi na pływalni (jak zawsze zalewa świat fragmentami swojego strumienia świadomości). Że jeździł dziś (wtedy), że już mu dobrze idzie. A z kim był. A z mamą. A mama jeździła? A nie.
Czemu?
BO JUŻ UMIE.

Na nartach też wymiata coraz fajniej, ostatnio machnął 20 zjazdów (a mamusia i tatuś tylko 11, strasznie go to cieszyło), jutro też jedzie, ładnie kręci slalom i szybko wstaje po zaliczeniu gleby. Lul polubiła już wszystko zimowe, sama nawet na górkę się wspina, zjeżdża ze mną na sankach lub sama na plecach – to bardzo chętnie, rzuca śniegiem, nawet spokojnie jedzie po Frania sankami. Naewt jest uprzejma wejść do śpiworka na dłuższych dystansach.
O, tak wymiata, interpretacja własna:

A i chyba autko nowe będę mieć. Rada mędrców: dziadek, tata i Franciszek oceniła i zaakceptowała. Franio – bo ma śliczne wycieraczki.
Nam z Lu też podchodzi.

A Franio liczy wszystko i wszędzie, Dodaje tysiące i miliony, negocjuje istnienie 25 godziny lub 13 w nocy, czemu nie?
Do 20 dodaje i odejmuje w pamięci, odkryliśmy to słuchając jego wywodów do damego siebie – dziewięć dodać dziewięć to osiemnaście…
Dwa dni temu dziadek go zapytał:
Franiu, ile to jest siedem dodać siedem.


DWA TYGODNIE!

I walentynki były, na zdjęciu moja dla Ł. i jego dla mnie (tylko że on dostał jeszcze żelki, a ja kubeczek) plus moja od Frania, wszystkim takie zrobił.

… to lubię.
Zarumienione policzki Frania po nartach, gdy siedzimy w chacie koło stoku i oldskulowo jemy kanapki zrobione przeze mnie i pijemy herbatę. Pojawiają się wspomnienia, moje dwie przyjaciółki-bliźniaczki, ja i nasi ojcowie, jechaliśmy na Szyndzielnię, potem z nartami na ramieniu na Klimczok (jak wiosną przeszłam tę traskę, to jednak jestem pełna podziwu dla nas, małych wtedy dziewczynek, z ciężkimi dość deskami). Ale za to potem był zjazd jak żaden inny – prosto z Klimczoka, przez Szyndzielnię (zazwyczaj z przystankiem na herbatę z cytryną), Dębowiec i pod przystanek autobusu 8. Potem jeszcze zjeżdżałam tak cudnie z Ł. z Pilska, bo jeździliśmy zawsze na Miziowej, czyli 3 hale do góry, więc też pięknie. Albo z Małego Skrzycznego aż na dół do Soliska, też z Ł. już.
Ale teraz zachwyca mnie, jak spokojnie i pewnie Franio jedzie wyciągiem do góry, jak spokojnie sunie za panem Tomkiem na dół. Absent minded jak zawsze, ale jednak skupiony na tym śniegu, nartach.
I jeszcze lubię jego determinację, gdy odbija się – dziś już coraz silniej i szybciej i podjeżdża po lodzie, upada, wstaje, a na końcu podjeżdza, z romachem wpada w moje ramiona i prosi, że teraz ja zrobię kółeczko z nim i rozpędzę go tak bardzo bardzo szybko. Albo jak szliśmy na piechotę na sanki i do dziadka na urodziny, tylko we dwójkę, za rękę, albo podjedżaliśmy sankami. I śmiejący się mały chłopczyk, jadący jak foczka z górki.
I lubię, jak córka przytula się z całej siły, jak z gracją damy zjada kotlet (z naleśnika po wiejsku, który wybiera ostatnio) zjada mięso. I gdy spadnie jej kawałek wołą za nim „Totlecitu! Gdzie jesteś?”  i gdy siedzą z Franiem i on jej „czyta” lub opowiada. Lub recytuje „Androny” – to każdego wieczoru, tuż przed spaniem.

Gdy w czwartek mąż zabrał mnie Wiadomo-gdzie, to zdjęła kurtkę i polar, zamówiłam naleśnika i kawę, usiadłam, wyciągnęłam ręce, Ł. też, do mnie i roześmialiśmy się równocześnie. Dziwnie tak siedzieć i nie czytać Franklina, nie pilnować, nie szukać. Tylko siedzieć, nawet w oczy spojrzeć. Nie za często sami chodzimy, zwłaszcza do knajpek, w zeszłą niedzielę Avatar, te narty, czasem basen, to tak.

Biagałam z synkiem po lodowisku dziś, czułam ten szum w uszach prze zjeździe wczoraj, całowałam się na wyciągu, patrzyłam na skrzący się śnieg – czasami jestem bardzo zmęczona i ciężej się cieszyc rzeczywistością, gdy zasypiam na 220 testami, gdy pranie w pralce kwiczy, edyjca tekstów w powijakach itd. , gdy Jul nie chce zasnąć – takie obrazki są jak dobre wino.

A i piec naprawiony, mówiłam? ;)

Zimowo

2 komentarzy

Fajny jest nasz łyżwowy Franciszek, nie?









I Julcinek, która najpierw siedząc na bandzie biła ekstatycznie brawo, ale potem – nieco zdegustowana, że brat wciąż jeździ – postanowiła spróbować wejść

Pohuśtała się

I wreszcie doczekała się brata

To zdjęcia niedzielne, gdy Franio dopiero powoli puszczał nasze ręce. Ale byliśmy w czwartek.
Franio informował w przedszkolnej szatni wszystkich, że mama bierze go na lodowisko!
A ja? Mamo, a my? Kasia też chciała, mama wyjaśnia, że w sobotę.
A w sobotę to ja nie mogę, bo mam narty.
A ja mamo…. też chcę.
Nie wiem, jak mama Kasi się na nas zapatruje.
I nagle – pyk – Franiu popatrz na Anię – akurat koleżankę z córką spotkałam i załapał ten ruch. Całe 45 minut jeździł i milion razy upadał. Wstawał i znowu jechać, taki skupiony i zdeterminowany. Byłam pod wrażeniem jego wytrwałości i wytrzymałości, bo przed łyżwami, prawie 40 minut jeździł na sobie z górki w parku, bo maszyna czyściła lód. Słóńce prześwitywało przez drzewa, a mój kochany mały chłopczyk był najszczęśliwszym chłopczykiem na świecie.
Wołam do wyjścia z lodowiska.
Już idziemy mamusiu? A kiedy znowu przyjdziemy?
Pewnie w niedzielę, bo jutro narty.
W czwartek my też byliśmy na nartach i była tak niesamowicie cudna pogoda, potem niespodziankowo-deserowo naleśnik i kawa, wiadomo gdzie.

A tak w ogóle to karnawał jest, więc my na zmianę pączki z różą i angielskie. Tu akurat zdjęcia z zeszłej środy, ale dziś takie same robiliśmy. Mama się ucieszyła:
Przypomniało mi się wasze dzieciństwo, pamiętasz, jak wam robiłam?
No owszem, dlatego mnie też naszło.
Ulubioną częścią pracy Julci jest dodawanie tjosiećtę  mąti…
I ma fazę na pomaganie mi we wszystkim, nic ja bez niej, szerzej to ma fazę na mamę totalnie, ech. I nie zasypia bestia w południe, leży, gada, wstaje, woła, czyta książeczki i w końcu mija tyle czasu, ze ją biorę. Niestety o ile nie spała długo rano, to wieczorem bywa potem rozpaczliwa… Nie mam żadnego pomysłu, jak ją przekonać. Do zaśnięcia hahaha

Franio też pomaga, generalnie bardzo go to cieszy, że jest taki użyteczny, zresztą on ma po prostu swoją część pracy i faktycznie robimy wspólnie. potem zmywa naczynia :), na razie uważa to za super rozrywkę.

Ponadto zrobiliśmy karmnik, długo nam szło, ale mamy tyle planów i pomysłów, że niektóre muszą czekać.
Tu z instrukcją:

I w działaniu, cieszy mnie, że ptaki zaraz zaczęły przylatywać, mamy stółówkę.

A jasełka to były w niedzielę 24.01, w tą było lodowisko, ale o tym następna notka.

***
Jak ktoś chce obejrzeć moje zdjęcia, to trzeba wpisać www.zdjęciapodstołemkropkapeel

Franio pstryka zabawkowym aparatem i ściąga do komputera, na potrzeby zadań od 2 lat chyba już jest nim pudełko na wiertła, faktycznie otwiera się jak laptop.

A co mnie martwi naprawdę, skoro zima i piec nie? Franio.
Trochę martwił mnie kaszel, ale średnio, bo ładnie schodzi, a dzisiejsze
osłuchanie wskazało nic.

Ale mamy c.d. historii z brzuszkiem. Po kontrolnym jesiennym
usg okazało się, że wątroba jest ok, ale ponieważ brzuszek wciąż jest jaki
jest, dostał debridat i skierowanie do poradni gastroenterologicznej.
Zrobiliśmy ten milion badań wstępnych 
(wyszło nic) i poszliśmy.

Pani dr bardzo miła. Takiego wywiadu, to nawet przed
operacją nie miałam, całe życie syna, drobiazgowo,  ponad 20 min mnie przepytywała:

- wiek nasz, posiadanie rodzeństwa, wiek (nie wiem, co jest
ewentualnym czynnikiem czego, wszystko to i odpowiedzi na kolejne pytania pani
dr zapisywała)

-choroby Frania, nasze, Julki

- obejrzała jego rozwój od urodzenia, wagę, wzrost,
przyrosty, choroby, przepytała o przebiegi,

- ile go karmiłam,

- kiedy zaczęłam wprowadzać, co, jak szybko, jak tolerował,

- kiedy zaczęłam dokarmiać mlekiem mod. (nigdy, nie znosił),

- kiedy mleko zwykłe, jak toleruje, jak nabiał,

- co je, ile je, kiedy je, czy w przedszkolu je, czy w domu,
kolejne posiłki,

- napoje gazowane (nie), słodycze (niewiele, woli żółty
ser), smażone (niewiele)

- kiedy zaczął siadać na nocnik, czy nie miał oporów z
kupką, czy miał biegunki, zaparcia, nieregularność, kupki od okresu noworodka
omówić.

- tryb życia, ruchliwość,

- urazy (brak, to nie Jul).

Ja bym chyba wisiał na
telefonie do Ciebie, gdybym z nim poszedł
– to mąż.

Potem zbadała, pogadała z nim, zważyła, zmierzyła. I cholera
nic, nie ma punktu zaczepienia, a brzuszek nie jest jednak prawidłowy. Więc:

- skierowanie do chirurga (rozstęp mięśni prostych)

- kolejne badania do laboratorium,

-  w tym jedno
pojedzie na przejażdżkę do Warszawy, bo:

I tu jest właśnie clou. Co prawda nie ma żadnych objawów,
ale może być to choroba trzewna. Bo powinny być, albo ze strony przewodu
pokarmowego, albo choć słabe przyrosty wagi i wzrostu.

Ale nader rzadko może być bezobjawowa.

Leczenie?

Dieta bezglutenowa.

No nic, zobaczymy. Tak, wiem, to nie jest takie straszne.
Żal mi tylko mojego kochanego dziecka, które tak lubi czarny chleb, kasze,
muesli, które sama mu zrobiłam. Które lubi jeść, jest przyjemnością, dla każdej
kucharki. To, czego ewentualnie nie lubi, akurat glutenu nie ma.

Trochę poczekamy, wyniki wrócą do szpitala, wizyta 25 marca,
bo całe badanie plus poczta, wszystko trwa. Może jednak nie?

***

Dla kontrastu – byliśmy w niedzielę z Franiem na jasełkach.
Znanych, przy parafii św. Elżbiety, od 20 lat występują, najstarszy „Jezusek”
ma obecnie koło 21 chyba. Trwają one 3,5 h, mieliśmy trochę obaw, czy syn wytrzyma,
Franciszek był zachwycony. Wszystkim: teatrem, balkonami (weszliśmy na szczyt
drugiego, pod sam dach), lożą, sceną (pobiegał w przerwie), żyrandolem
(sfotografował), snopami światła. I historią, znaną mu świetnie, ale pięknie
obudowaną w cieszyński kontekst, z pasterzami, aniołkami piorącymi pieluszki,
sypiącymi śnieg. Z żartami i powagą.

Siedział zasłuchany, śmiał się, ściskał mnie za rękę. Mi chwilami
łzy spływały po twarzy, jak na niego patrzyłam.

Najbardziej podobały mu się:

- diabeł (pięknie psykał i kusił Heroda)

- Jezusek (jak nasza Lulcia!, aczkolwiek młodszy)

- owieczki (widać dlaczego)

Obecny plan przewiduje wystawienie jasełek w domu. Z powodu
luk w obsadzie, negocjuję kukiełki, znaczy wycięte postacie na patyczkach.

 


  • RSS