cypisek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2010

Pojechaliśmy zrobić z Franiem drugą próbę. Tym razem próbka była tak mała, że laboratorium odmówiło. I co teraz? Pani Asia w rehabilitacji orzekła, że większego natężenia prądu nie da, bo Franiowi zaszkodzi. Pierwsze badanie ma wynik zły, więc nie można tego tak zostawić. Po długim śledztwie zdobyłam nr do pani dr do gabinetu w szpitalu i porozmawiałam. Ona jest za jeszcze jedną próbą, ale po wizycie, czyli koncem maja. Jak nic nie wyjaśni, to wysyła nas do ośrodka od mukowiscydozy w Rabce.
No nic, czekamy więc.
Franciszek w czasie badania: tu jest prąd, ale mały, nie kopci…

Potem do ginekologa, z Lu, bo absolutnie nie chciała się ze mną dziś rozstać. Przynajmniej tu pozytywy, Trójka w porządku.
Po południu z Franiem na odrabianie pływania, trzecia jazda do miasta, aaaaaaaa
Ale trener go pochwalił, zresztą sama widziałam, jak wymiata na plecach, sam całkiem.
Świetnie mu idzie, duże postępy, tylko czasem śpi w basenie, może śni o piraniach?
Nie tylko w basenie…
– komentarz mój.
O, tu miał się ubrać właśnie:

O spodziewanym nadejściu Trójki powiedzieliśmy dzieciom w 11
tygodniu. Mimo mojego złego samopoczucia wykręcałam się bólem brzucha, ale
zwlekałam, bo Franciszek to serce na dłoni i werbalnie dzieli wszystkimi
wszystkim. Np. w piątek podzielił się informacjami i Trójce ze świeżo poznaną
panią w bibliotece – bo stał leżaczek dla dzieci i zapowiedział, ze też
będziemy z niego korzystać, bo… W kwestii bólu, to wtedy zapowiedział, że
będzie mi pomagał i tak czynił – pojechaliśmy do Auchan i mieliśmy potem ze 3
reklamówki. Niby niewiele, ale coś tam jednak było. Byłam ja, Lul, Ł., moja
mama, ale Francio wszystko niósł sam, bo „on obiecał pomagać mamusi”. Obrazek w
sam raz do zreformowanej opieki społecznej, aresztować nas.

No więc zapowiedziałam, że musimy im o czymś powiedzieć.

Jestem podekscytowany  - oświadczył syn, wybijając mnie na moment z
wątku, zdziwieniem, jak ładnie umieścił słowo w kontekście.

Niemniej w końcu powiedziałam.

Jula to Jula, na razie nie bardzo chwyta, o co chodzi. Co
jakiś czas, stwierdza, że też ma dzidziusia w brzuszku (i Franuś – bo tak mówi
o bracie, i tatuś, i babcia, i dziadek…).

Ale Franio – pełny zachwyt (ku naszemu jednak pewnemu
zdziwieniu, aczkolwiek wielokrotnie pytał „o jeszcze jednego dzieciaka”).

Ja Ci będę pomagał, ja
na szczęście umiem opiekować się dwoma dzieciakami

Lubię oba rodzaje
dzieciaków
(to odnośnie preferencji. Raz powiedział, że woli brata – „bo
siostrę już ma”, czysta logika, ale teraz twardo obstaje, że oba, a dwie
siostry, to też fajnie (hmmm?????)).

Proponuje szeregi imion (bazą są imiona występujące w grupie
w przedszkolu, aczkolwiek hip hip hura, dziwnych za bardzo nie ma). Dziś u
babci przeczytali księgę imion do „h”. Potem babcia padła.

Co kilka dni zagaduje do brzucha i czeka aż się poruszy
(Trójka kręci się wyczuwalnie od tygodnia, ale na razie tylko tak obija się,
raz tu raz tam, jakby się rozpędzał i odbijał od ściany. Tatanka – ochrzcił go
Ł.). Na bieżąco ustala wymiary, rozmiary, posiłkuje się swoim ulubionym „Było
sobie życiem”. Wprowadził dzidziusia do codziennej modlitwy (rozwinięte, bo od czasów Juli dzidziuś był, potem dodane zostało imię Juli, ale dzidziuś był i tak :)) I dalej mi pomaga. Jest rozczulający.

Ja będę najstarszym
bratem. A ty –
instruuje Lulcię  - starszą siostrą.

Nie cę być stajszą
siostrą – ­
Lul oponuje zdecydowanie – woję
być starszym bjatem!
I twardo przy tym obstaje, bo  - co dziś ze zgrozą odkryłam – nie mamy literatury
wskazującej na starsze siostry. Zarówno Tupcio Chrupcio jak Franklin są
starszymi braćmi, więc Julek też chce. Wczoraj to samo mi zapowiedziała.

Czwartek

6 komentarzy

Byłam w Warszawie. Od września należałam bowiem do jednego z zespołów eksperckich przy RPO. Prace wszystkich zawieszono, naszemu pozwolono zakończyć, bo to było ostatnie spotkanie robocze. Praca szła nam jak po grudzie, ale zrobiliśmy rekomendacje i dwa tomy lecą do druku. Pośpiech był jak się okazało niezbędny, bo zespoły mogą zostać pokasowane, a naprawde szkoda tyle pracy.
Rano w pociągu nietypowy zestaw, zamiast klasycznych business to rodziny z dziećmi, takimi szkolnymi, do Warszawy jechali, do Pałacu.
Ja zresztą też poszłam, wzięłam znicze, a że rodzice wysłuchali, że mogę jako w ciąży wejść bez kolejki, to po raz pierwszy skorzystałam z przywileju. W moim niewielkim bowiem mieście jakoś zawsze bowiem ludzie zawsze mi ustępowali miejsca, gdy była taka potrzeba i nie musiałam się powoływać.
No więc, karta, zaświadczenie i jako reprezentant rodzinny poszłam. Żołnierz wpuścił jak najbardziej, w sumie więc nie kosztowało mnie to prawie nic, 20 minut. Jestem pod wrażeniem tych, co stoją, pracy harcerzy też.
W środku – doświadczenie trudne, głównie dlatego, że tam już jest taki spokój. Cztery trumny na dole, dwie na górze. A w głowie myśl, że w tym czasie jeszcze 25 rodzin czekało na identyfikację, że albo znowu oglądać te zdjęcia, albo czekać na badania. Dałam znicze harcerzowi, pomodliłam się i wróciłam na słoneczną ulicę. Ja mogłam.
Jestem strasznie zmęczona tym nieustającym mówieniem, brak mi ciszy, wiem, że TV nie znosi ciszy, ale tak naprawdę, co jeszcze można powiedzieć. Nadmiar patetyzmu, nadmiar pochwał, nadmiar krytyki. I sporami też jestem zasmucona i zmęczona. Niezależnie od oceny decyzji uważam, że nie ma już tu co tego przegadywać, dokładać przykrości. Moje zdanie.
W pociągu powrotnym najważniejszym tematem było, że wraca Krystyna Bochenek, niedziwne, bo na Śląsk w końcu jechaliśmy. Dla mnie też było to jedno z nazwisk, które najbardziej mnie uderzyło. Z dawna pamiętam jej spokojne reportaże społeczne, jeden uroczy wywaid, imienimy Krystyny, najbardziej znane dyktando. Żal.

***
Bardzo dziękuję za gratulacje, a co ważniejsze, za słowa w sprawie Frania. Już jestem spokojniejsza, rozmowa z naszą pediatrą i zaebranie informacji przekonały mnie, że faktycznie tu akurat jeden wynik nic jeszcze nie znaczy. Dodatkowo są przesłanki, czemu mógł wyjść fałszywie dodatni. Ale na pewno przed drugim badaniem, będziemy się mocno modlić.

Pod koniec pierwszysch rannych ćwiczeń studenci już wiedzieli i powiedzieli o katastrofie. I po prostu nie mogę uwierzyć. Jeszcze wczoraj ci ludzie coś robili, spierali walczyli, a teraz. A jak pomyślę o prezydenckiej córce? Oboje rodziców.

Wyniki z Warszawy wróciły i były ujemne. Franio nie ma choroby trzewnej. Chirurg też nic nie znalazł. Pani doktor zdecydowała się na ostatni jak powiedziała strzał, zakłada, że negatywny, ale jak stwierdziła, sprawdzić trzeba wszystko. Próba potowa w kierunku mukowiscydozy. W środę zrobiliśmy, poru było malutko, laboratorium kazało mi więc zadzwonić dziś, czy udało się przeprowadzić badanie. Udało się, choć ilość na granicy normy, ale. Pani podała mi wynik przy okazji, chlorki 69.

„Za znamienne dla mukowiscydozy uznaje się wyniki powyżej 60 mmol/l. Przy uzasadnionym podejrzeniu mukowiscydozy próbę potową należy wykonać co najmniej 2 razy, a podwyższone wyniki chlorków w pocie powinny być powtarzalne. Możliwe są niestety zarówno wyniki fałszywie dodatnie, jak i fałszywie ujemne”.

W przyszłym tygodniu polecę do szpitala, wyjmę wynik i pójdę do lekarki, jak kazała, da pewnie skierowanie na drugie.
Tak, czytam, że są fałszywie dodatnie, że trzeba dwa. Ale i tak siedzę i płaczę.

Wydaje mi się, że udało się zachować właściwe proporcje
ducha i ciała. Posprzątaliśmy, co się udało, sporo w sumie wyszło, to na czym
mi zależało, czyli kurz, szczególnie u dzieciaków i w sypialni. Okna pozostały
nieumyte, za długo było zimno, Ł. mi nie pozwoli przy ilości i wielkości
niektórych. Tylko Lul domagała się mycia (najwyraźniej spodobało się jej mycie
jesienne). Trudno zapewnimy jej tę przyjemność, jak będzie cieplej.

Dostaliśmy też fantastyczną książkę (autorki naszej lubianej
„Cecylki”) „Wielkanoc w Kisielicach Małych” i zrobiliśmy trochę dekoracji.

O:

Wyhodowaliśmy zające na łące (zielonej… Raz, dwa, trzy).

Zrobiliśmy koszyk (trudne), baranka i kurczaki-pompony
(określenie Lulci)

Baranki (udział Tfurców i mało-zdolnej-plastycznie-matki
uzasadnia lekką jakby to powiedzieć odmienność)

I mega-pisanki 


A potem w Wielką Sobotę wkroczyliśmy do kuchni. My do
naszej, babcia do swojej, Ł. i mój tata kursowali pomiędzy.  Babka z kawą (razy dwa, bo takie były
postulaty), super pyszny niziutki mazurek (teść był usatysfakcjonowany, bo też
uważa, że mazurki mają być niskie, a teściowa zasadniczo piecze wysokie), potem
sałatka jarzynowa (pełna klasyka) i jaja.

Zmontowaliśmy koszyki i udaliśmy się na święcenie (koszyki
mieli Franio, Julcia i babcia;)). Szczerze mówiąc jest to dla mnie najmniej
ulubiony element uroczystości wielkanocnych. Misterium Wielkopiątkowe było
czymś zupełnie innym. Niestety Wielka Sobota nie dla mnie w tym roku, Frania na
razie też nie braliśmy, za długo, za późno.

Ale cieszę się z tego, co się udało, z tego spokojnego
wejścia, z nauki rozumienia, bo samo rozumienie to jeszcze nie dziś. [Nasz syn
jest zupełnie normalnym pięciolatkiem, więc w Lany Poniedziałek już miał
przesyt bywania w kościele, to oczywiste].

A potem już było radośnie świątecznie, drugi dzień bardziej,
bo i śmingus-dyngus (o 7 mnie polali, o 7!!!!!! Bo Lulek się obudziła i chciała
siusiu, a jak już z Ł. poszli, to czujnie śpiący Franio był gotów do akcji) i
zajączek. Nowa fajna gra, a Franio zaczytany w „Plastusiowym pamiętniku”
(powstał w 1931 r., ale czad). Akurat poręcznie dokończyliśmy „Julka i Julkę”
(polecam, prosta i świetna, już obieca lam Franiowi kolejny tomik).

Dziękuję bardzo, dzieciaki już wiedzą i będzie o tym szerzej, ale najpierw świątecznie, bo czas nie?

Wielki Post się prawie skończył. W tym roku rozszerzyliśmy Franiowi o uczestnictwo w Drodze Krzyżowej, na 6 udało się nam być na 4, 2 wypadły z powodu choroby. Pierwszy raz pojechaliśmy do nas i … pytanie Frania. Czemu nie chodziliśmy? No tak, droga, droga to nie siedzenie w ławkach, niezmiennie jestem wdzięczna za dziecięce spojrzenie na najważniejsze sprawy. Tak więc pojechaliśmy po sąsiedzku, tam gdzie zawsze w niedzielę i nie zawiedliśmy się, tam Droga Krzyżowa dla dzieci zakładała, że dzieci idą, niosą krzyż, mówią do mikrofonu. Franio do krzyża nie chciał, ale raz nawet powiedział wezwanie do mikrofonu.

Ponadto znalazł w kościele papierową skarbonkę Caritasu i dla biednych dzieci zecydował się oddać pieniążki, które zawsze po lekcji pływania tatuś mu przeznaczał na żelki. Niewiele uzbierał, bo potem złapał zapalenie oskrzeli schodzące na płuca i się leczył długo i niestety antybiotykowo, ale mu dorzucliśmy, Julci też (brat-idol miał to i ona) i oddali w Niedzielę Palmową w kościele. Dla równowagi z tymi porywami mamy z Franiem obecnie kłopoty typowe dla wieku – z jednej strony pomocny i kochany, z drugiej łatwo denerwuje się, zwłaszcza, gdy mu nie wychodzi, łatwo też wpada w złość.

W Niedzielę Palmową wykonaliśmy palmy.

Tak, ta mała to dla Małgosi, co prawda od razu zastrzeżono, że wiadomo, że Małgosia jako lala do kościoła nie pójdzie, ale „niech też ma i rozumie”.
I dziś – w południe Droga Krzyżowa, tym razem ogólna i bardziej uroczysta, ale z dużym skupieniem. Julcik też poszła, bo jak oświadczyła „ma ochotę”. Normalnie nie jest taka wyrywna, ale skoro tak chciała. W efekcie oboje byli dwa razy w kościele, bo wzięliśmy ich też na misterium, jako że Wielkopiątkowe jest stosunkowo krótkie i piękne po prostu, a i ja tylko dziś, bo jutro za długo będzie. Wielki Czwartek  Sobota to plan na kolejne lata. Oczywiście dwugodzinna liturgia to wyzwanie, ale dzielni byli, dużo dzieci było zresztą, tam spokojnie do nich podchodzą.
Franciszek jak to Franciszek zawsze zachwyci go coś, czego bym się nie spodziewała. Tym razem był to fakt odśpiewania 12 (!) zwrotek  pieśni „Ludu mój ludu” oraz to, że monstrancja ma drzwiczki.

O pieczołowicie produkowanych ozdobach i jedzeniu będzie dalej. Bo jedzenie, czyli babki i mazurek to jutro dopiero;).

Back

6 komentarzy

Ta zima potem chwilowo odeszła i zaraz wróciła, dopiero w
sumie 2 tygodnie jest tak bez śniegu, w połowie marca Franio jeszcze jeździł na
nartach. Teraz jednak już bardziej wiosennie. Oczywiście mi żal.  Zawsze mi żal, gdy kończą się lato lub zima.
Żal rumianych, pyzatych policzków mojego synka, żal widoku Julci w wielkiej
czapie, takiej kulki, zjeżdżającej na plecach za bratem z górki i ze skupieniem
pchającej sanki. I Frania na nartach. 
Tyle się nauczył w tym roku, na koniec zjeżdżał już z 600 m stoku, tacy
jesteśmy z niego dumni. I na lodowisku też tyle się nauczył. A ja oczywiście
jak zawsze żałuję ulotności chwil. Jak pędził do mnie, jak zdobywał kolejne
„puchary świata” . I z jaką fascynacją oglądał olimpiadę, nie wyrabiał z
sennością, więc nagrywaliśmy mu zlecone skoki, bobsleje, zjazdy i slalomy oraz
curling. Tak, tak marudzę, ale nic nie poradzę tak mam. Uwielbiam na nich
patrzeć w tym zimowym zaangażowaniu.

Tak, wiem, że rok temu miałam to samo i dalej też było
pięknie.

Wisła Klepki

Na tych ostatnich nartach jeździli nie z szalenie opiekuńczym panem Tomkiem, który zawsze zjeżdżał tyłem i nanich patrzył, tylko z panem Marcinem, który sprawdzał dopiero po przetrawersowaniu stoku. Więc jak ktoś się wywrócił, to Franio podnosił rękę i zatrzymywał wszystkich.

Stok 600 m.

Jul w goglach. Teraz są jej, były Frania, a przez parę lat moje. Ale zasadniczo są dziecięce, jakoś wtedy wszystkie dorosłe były na mnie za duże, więc wzięłam te. Jul używa gogli na sanki z dużych górek, są wtedy bardzo przydatne, serio, serio.

A to zrobiliśmy dziadkom na 34 rocznicę ślubu.

Wiosna, ta wczesna nie daje takich fajnych momentów, na
dodatek od zawsze w marcu mam doła. Wciąż za ciemno, już nie śnieżnie,
rozciągająca się połać pracy (w tym marcu były to np. trzy zjazdy zaocznych pod
rząd, trzy weekendy z pracą).

Dodatkowo jestem zmęczona, strasznie zmęczona, często
rozdrażniona.

Zmęczona, bo:

  Photobucket

Poprzednie testowałam w ledwo 28 dniu, na delikatną kreskę,
tym razem zaskoczenie było takie, plus te narty nasze we dwoje i z Franiem, że
Ł. kupil test dopiero, gdy był 6-ty tydzień. Toteż kreski wyszły wyraźne, bo
jak inaczej.

I tak w naszym życiu pojawił się Trójka i mam nadzieję, że
dobry Bóg pozwoli mu z nami zostać. Mocno się o to modlimy, wszyscy.

c.d.n. nastąpi oczywiście, bo wydarza się dużo.


  • RSS