Jaka ja jestem zmęczona! Ale widać światełko w tunelu, na
szacownej uczelni udało mi się doprowadzić zajęcia do końca, na drugiej jeszcze
tylko tydzień. Teraz sesja. Poza tym czytam i czytam prace, ale też większość z
moich, którzy mają szansę na obronę teraz już ma, a reszta raczej wrześniowo.
Liczę, że recenzje też już powoli się kończą. I wreszcie nie muszę
przygotowywać nowych zajęć, to co mi zostało, już robiłam z innymi grupami.
Ufff. Może potem uda mi się inne rzeczy, które zalegają? :))))

Ale w ogrodzie bywamy:

 

W międzyczasie sporo się działo. Był oczywiście Dzień Matki,
oto serduszka od moich dzieci. Zrobione nota bene w części moimi rękami na
czytaniu książek w bibliotece (w ramach czytania są też prace manualne).
Czytanie książek, na które trafiliśmy dopiero w kwietniu, bo wciąż coś we
właściwe piątki mieliśmy okazało się dla Frania, Julci plus ich kolegi (w
zasadzie kolegi Frania, który wciąż zdaje się zastanawiać, do czegóż jest
Franiowi młodsza siostra…), a potem i naszego małego sąsiada (i jego bardzo
młodszego brata, który z zapałem obgryzał drzwiczki szafek w czytelni)
prawdziwym hitem. Niby nic – jedna książeczka i jakieś zadanie plastyczne, a
fajne. No i pani nas namówiła, żeby do głównej biblioteki (bo kiedyś wpisałam
się z Franiem do filii) się zapisać. I zapisała Franciszka, więc ma SWOJĄ kartę
i pożyczają z Lu po 4 książki, uczciwie po 2 dla każdego. W zasadzie to na
razie wciąż po dwa Puchatki dla każdego i potem wałkujemy to w domu.

Poza tym był kwiatek oraz Franio mi zrobił laurkę (naurkę
jak mawia córka) sam. Nie pod dyktando, to widać prawda? Zestaw liter to nr
lotu (gdziekolwiek, ale mogę sobie wyobrażać, że w jakieś fajne miejsce), a
nuty to 100 lat dla mnie.

Taki jest nasz Franciszek, triumf ducha nad materią, zastyga
w połowie gestu, bo już, teraz, natychmiast musi coś powiedzieć, sprawdzić,
przemyśleć. Wpada do domu z kartką brudnopisu, jakieś kolumny cyfr, ale dla
niego to ważne, to studenci mu napisali, zapisali się właściwie, na egzamin, a
szef, ona ma takiego dobrego szefa (zazdraszczam, ja mam jednego fajnego i
reszta gorzej) i szef pozwolił się dopisać, to jest ich 442, a tak był 441.
Sporo moim zdaniem. I cały szczęśliwy, że będzie miał brata (bo jak wiemy, siostrę już ma), rozpowiada o tym
przygodnie spotkanym osobom, bo całemu przedszkolu już powiedział. Zastrzega,
że zawsze pan doktor mógł się pomylić, ale chyba, może, najprawdopodobniej.
Muszę spytać Ł., czy na pływaniu już też się wygadał, czy zapomniał.

Zabawy okresu zalewania. Pajęczyna z muchami i pająkiem oczywiście (inspiracja – Puchatek):

I zespół dr House’a nieledwie…

Chociaż… czasem to całkiem jak NFZ albo podejście wielu obecnych studentów.

Bo:

Zrobiono operację i pacjent czyli ja w jednej nodze nie wykazaywał odruchów warunkowych, czyli nie mógł nogą ruszać…

Nie szkodzi, moze Pani iść do domu (NFZ).

Ale ponieważ pacjent czyli ja był nader upierdliwy, uderzono w inny ton…

Nie było mnie na tej lekcji!

Wskutek szalonej upierdliwości pacjenta czyli mnie, lekarz z głębokim westchnieniem udał się do stolika, wziął – jak sam orzekł podręcznik – i doczytał, co należy zrobić.