cypisek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2010

Wakacje 2

6 komentarzy

A Julia strzelała po kobiecemu – oczęta zamknięte (nota bene ja strzelałam kiedyś dawno temu na PO i dostałam piątkę, a pilnujący mnie pan major uznał, że dość okrutnie wroga załatwiłam).
Fort Gerharda to jeden z trzech pozostałych po Twierdzy Świnoujście. Nie wiem jak dwa pozostałe – po analizie mapy wyszlo, że trzeba by 5 km na nogach tam zasuwać, a już mieliśmy 2 za sobą. Nie dało się podjechać, bo byliśmy po drugiej stronie promu. Więc wybraliśmy Gerharda.
I bardzo dobrze, bo podobała nam się koncepcja zwiedzania aktywnego.

Aktywne, bo musztrował nas pruski żołdak. Musiałam oczywiście trochę uspokoić Franciszka, że naprawdę nie będzie tych nietoperzy, pająków, dziur i bomb, bo się nam na stracie nieco zbyt na baczność postawił. Poza tym wynieśliśmy przekonanie, że żołnierz spał, walczył, albo czyścił latryny :))).

Potem już głównie się śmiał. Ale też dzielnie przeszedł przez próbę odwagi – spacer totalnie ciemnym, wąskim korytarzem. Dość klaustrofobicznie, przynajmnije ja tak to odczułam. Z zafascynowaniem słuchaliśmy o pracujących w prochowni żołnierzach, pracujących po ciemku, za to znających na pamięć kilometrowy regulamin. Co by nie wybuchli.

Ł. został wybrany do zaprezentowania pracy strzelających. Strzelali pięknie, trup padał gęsto (założenie było, że 70% wybijają na morzu działa, a te 30 co dotrze, to oni). Ale najbardziej podziwialiśmy ładowniczego – jeden na dwóch strzelaczy i naprawdę musiał się zwijać.

Na koniec nasz dowódca – obdarzający nas na zmianę mianem gadów lub orłów – pasował nas na szeregowców. Ja zdecydowanie odmówiłam klękania, ale jakoś go to nawer nie zdziwiło. Za to pasował też nasze nowe dziecko. A potem wystrzelił z armaty.

Na drugi dzień fort Gerharda został precyzjnie odtworzony. I co z tego, że wyglada trochę jak w Marakeszu czy Casablance, fort wersja pustynna. Działo jest.

Franciszek lubi odtwarzać, to co mu się podobało. Rysuje, buduje, organizuje zabawy. Stąd wybory. A wczoraj… tworzył granulki na ślimaki i bawiliśmy się w sklep z tym atrakcyjnym towarem – bo z dziadziem ratowali ogród.

Ponadto wpadliśmy do żubrów, bo czemu nie. Mama podsłuchała, jak jedna pani żądała od męża, co by rzucał w żubry szyszkami, bo one tak sobie tylko leżą, a na zdjęciach są stojące i na pocztówkach i co ona w domu pokaże. No sama nie wiem. leżący żubr, to nie stojący, nie da się ukryć:).

I dalej plaża, rano i wieczorem.
Prezes.
Różne zachody (wschody to nie my). Ten pierwszy to by Franio, drugi to by tatuś.

Julcik też upraszała o okulary, więc ostatecznie dostała. Oraz dwie, pierwsze w jej życiu gumki i po raz pierwszy w życiu miała FRYZURĘ.

Plasty też miała, zresztą Franio równiez. Plastry to motyw wiodący, zużyliśmy trzy pudełka na nich.
Z plastrami i innymi gadżetami popłynęlimy do Niemiec.
O płyniemy.

Ahlbeck

I na początek musieliśmy zjeść. Niektórzy bułkę z salami, większość bułkę ze śledziem. Niektórzy też piwo. Nie należę do niektórych. Poza rozsądkiem własnym Franciszek pilnuje mnie bardzo :), jak na urodzinach Emili szwagier otworzył szampana bezalkoholowego, to musiał się najpierw pięknie Franiowi wytłumaczyć. Jak już Franciszek zrozumiał, że ten szampan nie ma alkoholu, to mu się spodobało. Wypił też mój, bo mi to raczej jak szampon smakowało.

A potem ruszyliśmy przez niemieckie kurorty, o czym c.d.n.

Wakacje 1

3 komentarzy

Jakbyście słyszeli – opowiadał Ł. rodzinie i znajomym przed wyjazdem – o akcji ekologów w Międzyzdrojach, to znaczy, że Greenpeace spychał moją żonę do morza.
Nie da się ukryć, wyglądam jak wieloryb (w kropki), opcjonalnie transatlantyk (też w kropki).

Wakacje mieliśmy cudne, wracać było okropnie żal. Ja gdzieś od maja miałam schizę, że to już dośc późne tygodnie i co jakby co, więc bombardowałam niebiosa prośbą o wakacje. Potem miałam obawy o podróż, ale tylko ostatnie 80 km chciało mi się już płakać. I myślałam, że raczej będzie mi ciężko. Czerwiec był taki ciężki, tyle egzaminów, potem 10 prac, obrony, recenzje, wstępne egzaminy. Plus upał lub burze. No więc sił miałam tak średnio (opcja, że ich nie mam nie istnieje z wiadomych względów) i jakoś zakładałam, że raczej będę polegiwać, podjeżdżać autem itp., a tu ping i wszystko było super, a ja codziennie robiłam minimum 3 km (tyle jest od domku do centum M.) lub więc bo, ale o tym dalej.

Pogodę mieliśmy super, dużo plażowania i kąpania, ale nie tak jakoś bardzo strasznie upalnie, tylko w sam raz. Deszcz padał 2 razy, ciepłe ciuchy też przydały się raz, chyba że o wieczorach mówimy. Bo balowaliśmy codziennie do 21-21.30 poza domkiem.
Nakąpałam się bardzo, głównie z Franiem, Julcik szybko marznie i nie paliła się za często, a Ł. też za dużo zimnej wody nie kocha;). Ale syn doszedł do etapu mojego, zawsze byłam taka żaba ziemno-wodna, dla mnie rzadko jest za zimno, więc do wody pędziliśmy chętnie. Widać efekty pływania w ciągu roku, swoboda w wodzie, zrzucamy z kółeczka gonił mnie radośnia, razem też atakowaliśmy  fale. Płytko było bardzo długo, więc podchodzliśmy prawie pod Szwecję :))).

Popołudniami i wieczorami „miasto”, rybka, frytki, „przyjemności, plac zabaw oczywiście. Tu akurat powyżej molo, gdzie dobre gofry dawali. Dla ścisłości gofry je matka, czasem z ojcem dzieci na spółkę, dzieci to po gałeczce loda póki co tylko chcą. Franio zawsze cytrynowe, naprawdę kojarzę jeden raz, gdy chciał co innego, i to już było tu w BB, po powrocie. Julcia albo leci Franiem, albo jak ujrzy to chce tzw. smerfa vel azurro – brr, okropne to jest, a Jilcię trzeba wspomagać i to raczej tylko Ł. jest w stanie zdzierżyć, dla mnie ten smak to coś okropnego.
Co do rybek to zajadaliśmy się nimi do oporu plus fryteczki i sałatka, dzieciaki równo jak my, dopiero po 1,5 tyg. Franio ( a za nim Julcik) wyraził chęć zmiany i zjadł pierogi. Ja zresztą też.

Nasz ośrodek jest w lesie, 50 m od morza (= 1 wydma). Ten dystans Franciszek pokonywał niemal biegiem, a Lul zawsze u podnóża wydmy stawała i rozpoczynała akcję Gertruda (Trudka – Marudka, stąd Ł. ochrzcił ją Gertudą), ale ja ją informowałam, że jesteśmy świetne i damy radę. Albo Ł. brał ją na sposób – Rajdek as wśród aut i pędzili. Niemniej nasza kochana maruderka i tak nieźle deptała.
Domek jak widać, nieduży, ale w sam raz. Z racji pogody jadaliśmy śniadania (robimy tylko śniadania, potem jemy gdzieś) przy stoliku, tylko bardzo poranne kanapeczki przed jazdą do Stralsundu były w domku.

Mimo licznych sporów dzieciaki super bawiły się razem, dając – coś niebywałego – luz nam. Franio był obiektem westchnień pewnej Martyny i pewnej Asi. Asia posuwała się do tego, że jak na placyku była tylko Lu, to ją wypytywała i posyłała, żeby go namówiła na wyjście. Franciszek i Julcia mówili o niej zresztą konsekwentnie per „dziewczynka”, trudno zgadnąć czemu. Franio pozwalał się adorować, znalazł dziewczynce nawet też plastikowy widelec, taki jak najpierw sobie, a potem Julci. Julcia goniła za nimi, a dokładnie oczywiście za Franiem. Znikali za górką i migała nam tylko Julciowa „straszna czapka” (na zdjeciu powyżej, określenie właścicielki, zdobyta na pikniku tatusia firmy) migały wśród drzew.

Ponadto plaża rządziła oczywiście, zarówno przez dzień, jak wieczorami z okazji zachodu słońca, ewentualnie mew, karmionych suchym chlebem. Przy tej okazji była jedyna chyba duża scysja z Franciszkiem, który – sprowokowany zresztą przez Lulę – sypnął jej w twarz piaskiem. A jak mu potem było przykro. Poza tym jednak byli właśnie fajni, grzeczni, problemy raczej drobne, jedli jak marzenie i chętnie uczestniczyli. Julik miewał oczywiście zjazdy, bo jak się wraca do domu przed 22, to panna 2,5 roku może mieć dość, ja to rozumiem. No i ona to ona, swoje zdanie ma zawsze.

A i widać, że w tropikach byliśmy nie?

Do kolekcji dołączyliśmy latarnię w Świnoujściu, tylko, że tam poszli tylko Ł. i dzieciaki, bo jednak 300 schodów, to jakby nie dla mnie i Trójki.
My w tym czasie zamówiliśmy hot-dogi niemalże saute, bo tylko parówkę, bez keczupu, musztardy, tych okropnych zmaltretowanych ogórków i dziwnej posypki. Mama obierała je w częściach, biorąc drugą porcję poinformowała panienkę w okienku (i tak zszokowaną, że chcieliśmy 6 sztuk), że bardzo dobre i otrzymała w zamian spojrzenie pełne bezbrzeżnej litości:)).
Zbójnikom też smakowało, zresztą już się palili do fortu.
[Siedzimy i jemy i nagle mówię:
O wracają z fortu!
A skąd taka pewność?
Hmmm jeśli tych dwóch na oko 11-12latków na co dzień chodzi w hełmach, bluzach wojskowych i z karabinami to ok, może nie z fortu].

I przed fortem podczas, gdy prowadziłam negocjacje w sprawie kosztów biletów czyli przepustek.
A są ulgowe?
Dla emerytów, rencistów…
To jeden emerycki proszę. A jeszcze?
No dla tych, co sie jeszcze uczą lub jeszcze studiują…
A tacy, co się jeszcze NIE uczą? Bo mamy takich dwoje.
Chwila ciszy.
Niech idą za darmo :).

c.d.n., bo wyselekcjonowałam jakieś 98 zdjęć.

***
A bieżąco, to siedzimy sobie w ogrodzie. W piątek i sobotę byliśmy w Górkach się moczyć w wodzie, bo gorąco, a w sobotę po południu pojechaliśmy obejrzeć nowego obywatela (też Trzeciego). Miał się dobrze, najlepiej spał, gdy pozostałe 7 sztuk dzieci szalało obok. W sumie trzy rodziny, ale jedni mają Trzeciego już dwulatniego, ten jest świeżutki, a nasz w brzuchu. Nic dziwnego, że ten oddział firmy cieszy się opinią nader jurnego nie? Skoro w maju urodziła się Hania, w marcu Michalina, trzy dni temu Syn Pierwszy, a oprócz naszego Trójki będzie jeszcze jedno Trzecie (też syn) na przełomie grudnia i stycznia:)?


  • RSS