cypisek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2010

Krówka

1 komentarz

Rozwiązuję z Lu jakieś zadanie, którego cześcią jest pytanie:
Jk robi krówka?
Loża szyderców – mąż i ojciec, plus Franio – mąci dziecięciu w głowie suregując – miau, hau, bee itd.

W końcu Lu rzuca odpowiedź:

Krów, krów, krów

I tylko nie wiem – zmylili ją, czy dostosowała się do konwencji?

Domowo

1 komentarz

Dziękujemy serdecznie wszystkim za gratulacje.

(na zdjęciu prezent od brata)

Jak to jest z Trzecim? Szymuś ma 3 tygodnie, a nam się wydaje,
że jak to było bez niego, w ogóle było?  Jest jak prezencik, jak czekolada z bitą
śmietaną czy gofr z jagodami. Po prostu Dar. Doprawdy nie rozumiem, jak to, że
zajęło nam przecież trochę czasu podjęcie decyzji o zaproszeniu go do nas.

Czyli jak widać mam klasyczny budyń.

Jestem też oczywiście, jakby to powiedzieć, zmęczona.
Wszystko działa spokojnie, nawet wieczory opanowane. Generalnie wszystkie
dzieci mają potrzebę bycia koło 20 w łóżkach, więc trzeba było logistykę
dopracować. Np. już wiemy, że raczej należy najpierw Frania i Lu, a potem Szyma
(jak go określa Julinek), bo inaczej mamusia nie może przyjść na „kawę lattę”,
którą Łobuzy produkują w wannie. Ale np. pranie mi się szalenie rozrosło, ha.
Co za tym idzie prasowanie też.  I wieczorem
jestem jakby senna, bo nie ma zmiłuj się, 6.45 dzwoni budzik na robienie
śniadania dla przedszkolaków i któreś z nas wstaje. W szpitalu byłam w ostatnie
1,5 dnia z matką czworga. Jej budzik dzwonił o 6, bo do szkoły wcześniej niż do
przedszkola.

Z innej strony wejście Trzeciego to całkiem inaczej niż
Drugiego. Szymuś wszedł jak w masło. Julinek, która od wakacji stanowiła przedmiot
zmartwień, bo mamowa na maksa i płakała, jak tylko szłam gdziekolwiek, nawet do
ubikacji, bez niej – uspokoiła się. Chyba czekanie jej nie służyło, teraz już
wie, brat to brat, brata się lubi i walczy z nim (Frania czasem gryzie ta nasza
rozbójniczka, co do Szymcia to sugeruje np. danie go komuś innemu na ręce), ale
nie widać po niej żadnego poczucia ja wiem? opuszczenia czy coś, żadnej takiej
gryzącej zazdrości. Kamień z serca. Franiolek pomocny, czuły, chętnie bierze
Szymcia na kolana, prowadzi wózek (tu pierwszy spacer, ale wczoraj jechałam
autobusem z trójką, sama. Przetrwałam mimo bardzo pospiesznego kierowcy i
autobusu ze schodami).

Oboje latają mi po pieluchy, ubranka, ale wszystko tak dość
spokojnie. A, Małgosia odmłodniała, znowu nosi pampersy, puste pudełko po
sudocremie Franio wziął dla niej, ma cały „zestaw”, dwie paczki „pieluch”,
krem, teraz pragnie kocyka. Wczoraj wieczorem był dość wkurzony, bo Julcia
miała drobne z tatusiem (awanturowała się więc nieco) i musiał trzy razy
usypiać Małgosię! Franio ma milion myśli i planów,a natury wszelakiej. Ja tu oczy na zapałkach, a
on chce, żebym szybko dodała 49 + 36 np. Udało się nam go sprowadzić z poziomu
liczenia milionów i trylionów na niższe (wskazując większą praktycznie
użyteczność mniejszych liczb). Przynosi mi liście sezonowo i kamienie
całorocznie, Julcia go naśladuje, więc w każdej kieszeni mam coś. Część liści bukietuje
się, jak widać, część jako zielnik spoczywa pod grubą księgą, trzeba opisać.

(to z warsztatów w BWA, byli z przedszkola, Szymuś się w to wpatruje z fascynacją i zachytem, co z kolei uszczęśliwia autora).

Julcik też założyła pampersa lalce, ale nie wciąga jej to.
Też rzuca się do Szymcia, jak tylko wstanie/ wróci / mały się obudzi, całuje go
po rączkach… albo sugeruje mu wstanie (Dzidziuś
wstawaj!
 - orzekła jednego dnia i
zabrała mu poduchę). Trzeba jej pilnować, bo nie umie szacować siły. Generalnie
jest trochę z nią trudniej niż z Franiem, gdy ona się pojawiła, bo a) Franio to
Franio, trochę gapiowaty, spokojny marzyciel i b) da się go na chwilę wyłączyć –
bajka, książeczka. Julcia ogląda telewizję jakieś 3-5 minut, ciut dłużej, jeśli
ktoś z nią siedzi (zresztą zasadniczo tylko taką opcję akceptuje). Przedszkole
jak polubiła, to polubiła, teraz co chwilę serwuje nam nowe piosenki, zabawy
(dziś bawiłyśmy się w „Chodzi lisek..” i „Mam chusteczkę..”. O ile rozczula mnie,
że też w to się bawiłam, to akurat te zabawy we dwie tylko są wyzwaniem).

Poza tym życie i karuzela – w końcu nie po to ma się dzieci,
żeby mieć więcej wolnego, nie? Franio ma co poniedziałek religię, raz w tygodniu
rehabilitację, basen. Teraz w październiku różaniec (udało mi się raz z nim
pójść, wiwat), tu bardzo wciągam dziadka. Czytanie książek w bibliotece,
czytanie w domu, bo mamy tony zaplanowanej lektury. Od wakacji z przyjemnością
nurzamy się w Mikołajkach. Julcia oprócz dobieranych krótkich, głównie Franklinów,
zażyczyła sobie Uszatka w odcinkach.

 

To taka notka,…

Brak komentarzy

… z którą bujam się od marca i oczywiście
miałam być dawno przed porodem. Jak co poniektórzy wiedzą moja praca nie jest z
tych, co się dziećmi zachwyca. Ale też bez przesady w drugą stronę, wszystko
jakoś można ogarnąć. Wyjątkiem od ogarniania jest moja szefowa. Jak byłam w 10
tygodniu zarządziła zebranie, dotyczące zajęć na rok następny plus projektów
itd. No więc musiałam jej powiedzieć przed. Pechowo akurat gromiła mnie – moim
zdaniem w tym wypadku bez sensu, ale w tej dziedzinie jest coraz gorsza – za
szkic artykułu. Trudno. Więc robiła mi wykład: że ja muszę… koniecznie się
zabrać…, napisać o grant…, jechać na stypendium na dłużej (unavailable, ale ona
nie chce tego przyjąć do wiadomości), może mi się nie udać…, dzieci wiadomo, ale…
itd. w tym guście, znane mi od dawna. Zasadniczo chodzi o powielenie jej
modelu, niewątpliwie modelu sukcesu zawodowego w naszej branży, ale. Żeby też
nie wyjść na nie wiadomo kogo, to ja mam wyobraźnię i też się boję, co będzie
dalej ze mną, ale jednak ustawiłam te priorytety i teraz mi łatwiej, bo ich nie
ruszam.

No więc nawijała równo – dla uczciwości przyznaję, że jej
bardzo, ale to bardzo zależy na sukcesach jej podopiecznych, w tym moich tylko,
że nie daje rady przyjąć, że nie wszyscy przyjmą dany model. I że muszę, i że
powinnam wyjechać, bo cokolwiek zrobię, mogą mi ten brak wyjazdu (i oddychania
atmosferą chyba, bo co innego?) zarzucą. Niestety
na razie nigdzie nie wyjadę, bo jestem w ciąży­
oświadczyłam więc bez
owijania w bawełnę, bo jak to tu owijać. Ach – i tu wspomnienie, które teraz
już nie boli za bardzo, poza tym po Julci (określonej, jak niektórzy może
pamiętają „katastrofą”) czego się mogłam spodziewać? Trójka zyskał miano
„tragedii”, ona nie wie, jak ja będę pracować, mam brać minimum 2 lata urlopu,
fatalnie, fatalnie, ale oczywiście gratuluje. Ech. Na szczęście musiała iść.
Poszłam i ja do dyrektora, z którym byłam umówiona, żeby też mu powiedzieć. Ten
na szczęście wyraził gratulacje w bardziej konwencjonalny sposób.

Później moja szefowa trochę ochłonęła, ale wcale mi łatwo
nie było. A to troskliwie pytała, jak się czuję, a to opieprzała, że nie
przyszłam na konferencję, nieinteresującą mnie wcale plus musiałabym wtedy
pracować od 8 do 20. A to wpadała w dziwne załamki – Pani będzie teraz rodziną wielodzietną! (jest m. in. demografem, a
ostatnio zeszli w definiowaniu i od 3 już jest wielodzietna). Doprawdy co
różnica, jak mnie określą? Jak powiedziałam, że przez rok nie wracam, to się
znowu złościła, bo już sobie ułożyła, że pół roku (o tych 2 latach już
zapomniała).

To się ociera o
mobbing
– oświadczył nasz przyjaciel, a i też do niedawna szef Ł. Może. Na
szczęście jej nie widuję, a potem, cóż może trzeba będzie coś zmieniać?

Ostatnim osiągnięciem była krytyka, że nie pisałam grantu w
wakacje, a np. chodziłam z synem na rehabilitację, bo to mąż powinien.
Generalnie mój mąż powinien całą masę. I uprzejmie poinformowała jedną z
uczestniczek mojej grupy na zjeździe (dużym, ogólnopolskim), że może sama sobie
będzie musiała (ta uczestniczka) sesję prowadzić, bo ja mogę urodzić. Babka mi
to opowiedziała, no cóż.

 

Zasadniczo jakby coś jednak zwiastowało. Bo prałam jak
nakręcona, zapisałam wszystkie ćwiczenia Frania, zapisałam terminy na ten
tydzień i wszystko wszystkim wyjaśniłam, napisałam zaległe maile. Zrobiłam z
Franiem rysunek na religię i przypomnieliśmy sobie, co było. Tylko recenzji nie
zdążyłam, ale zaczęłam i w niedzielę powiesiłam ostatnie pranie, więc nie zdążyłam
wyprasować no.

W sobotę jednakowóż powiedziałam mamie, że jak o mnie
chodzi, to w weekend nie rodzę. Łukasz zajmował się dzieciakami, pojechali do
sklepu, na Błonia, czy duży bielski plac zabaw, więc się leniłam, nie musiałam
siedzieć na podłodze, to gdzie ja bym chciała coś innego robić.

W niedzielę pojechaliśmy na 35-lecie ślubu jego rodziców,
zjadłam rosół (i to byłoby na tyle, ale generalnie nie mogłam już wiele jeść).
Na placu zabaw nasze liczne dzieci szalały, ja miałam tez pewien udział, bo
musiałam podskoczyć do córki, co chciała spaść. Zdążyłam, co nieźle świadczy o
mojej gibkości nie? Potem Julcia była zmęczona, chciała do domu, ja też, to
Łukasz ją odwiózł. Jula pospała godzinę na kanapie, a potem na mnie i Szymusiu,
wtedy jeszcze Trójce w Brzuchu. Łukasz z Franiem mieli wrócić wcześniej, ale
przyjechali koło 20.30, aaaa, całe popołudnie bawiłam się sama z Lu, na
podłodze, zagrałam w prosiaczka, dom i domino, zbudowałam statek z Technika
(działał), wykąpałam ją, siebie też bo już ledwo żyłam. Nie mogłam Lu położyć,
bo trzeba było dać jej nowe prześcieradło, a tego akurat nie byłam w stanie
sama zrobić. Zjadł kolację i zleciłam jej oglądanie ze mną.

Potem włączyłam Taniec z Gwiazdami i wtedy właśnie przed 21,
Trójka zaczął takie podskoki, jakby przewrotki prawie, a wszystko w dół. W
połowie programu mogłam w sumie siedzieć tylko prosto, udałam się do rodziców i
bardzo zażądałam herbaty. Dobrej. Moja mama optowała za szpitalem, bo orzekła
(za każdym razem jakoś to wie), że jej wyglądam, że urodzę, ale jak już chcę tę
herbatę, to mi zrobi, i mogę sobie do końca pooglądać. Strasznie mi się nie
chciało jechać, byłam już w piżamie, ale Ł. zadzwonił do naszej kochanej
położnej i też zasugerowała przybycie. W samochodzie i na spacerze naokoło
szpitala ;) (bo wejście główne okazało się już zamknięte, więc przez izbę, a
sama odmówiłam wchodzenia, więc Ł. nie wwoził mnie na rampę, tylko sobie szłam)
całkiem straciłam serce do tej akcji, wszystko mi minęło. Ciesz, spokój,
skurcze lekkie, takie jak w ostatnich dniach, prawie bezbolesne. Generalnie nie
musiałam się spieszyć, ale moja schiza po porodzie Lu (bez regularnych skurczy,
wejście o 18 na izbę, niecały cm, a 19.30 córka na świecie) przekonała mnie, żeby
pojechać, a potem żeby jednak zostać. Chociaż tak miałam co chwilę myśl, że mogłam
się położyć z książką, jeszcze odwlec zmianę, której tak się bałam, jeszcze
potrwać tak, choć przeciez już tak się źle czułam popołudniami i wieczorami i
nocami, choć nie miałam już sił na nic, choć choć choć, milion argumentów.

 Beata orzekła, że
główka jeszcze balotuje, szyjka 0.5 cm,  ale akcja się rozkręca i przy moich
doświadczeniach i odczuciach niech zostanę, bo w domu będę się denerwować, a
przynajmniej wszystko zrobimy spokojnie. No więc lewatywa, kąpiel, papiery. Ktg
na spokojnie, ale widać, że kolejne skurcze jednak rosną. Położna druga
przebiła pęcherz i akcja sobie ruszyła. Zgodnie z moją ideą nie leżałam,
chodziłam, potem gdy skurcze coraz mocniejsze klękałam koło wanny. Różnica dla
mnie – ten sam skurcz na leżąco trwa 2 x dłużej i boli 2 x bardziej. To wiem,
bo kilka razy położyłam się na badanie. Więc dalej maszerować. Na chwilę do
wanny, żeby trochę zwolnić, bo pojawiły się parte, a było 9 cm i potem pierunem
wychodzić.  Tu już nie było fajnie
niestety. Rodzić jednak na kolanach nie chciałam, łóżko było, ale w pionie, a
opierałam się na własnych nogach, nie na tych takich podpórkach, bo lepiej mi
było czuć oparcie na stopach. Potem parte,  ale Beata prosiła, żebym oddychała, niech
dziecko samo schodzi, tak lepiej dla niego i bezpieczniej. Oczywiście
krzyczałam,, no sorry wobec 3 innych w sąsiednich pokojach, ale mi  zawsze łatwiej gdy krzyczę, wszystko szło lepiej,
(potem pięknie chrypiałam). Beata kazała chwilę czekać, mówi, że wie, że boli
jak przypiekanie żelazkiem, ale w ten sposób nie natniemy i nagle już – za każdym
razem mnie to zaskakiwało –  Szymuś się
urodził.

5 h w szpitalu, gdzieś 7 h samej świadomości, że chyba poród,
przy Franiu 4 w szpitalu, ale był klasyczniejszy, skurcze rosły od rana, Jula
szybciej, ale za to tak gwałtownie, że szok. Trójka urodził się po prostu
spokojnie. Po raz pierwszy udało się, że łożysko samo i całe wyszło. Lekarka
dała maleńkie szwy na rozwarstwioną śluzówkę, poza ukłuciami od szycia nie
czuję ich ani trochę, samopoczucie o niebo lepsze, 4 godziny po porodzie siedziałam,
jadłam śniadanie, siadłam po turecku.

Szymusia miałam całkiem długo na brzuchu, potem go zważyli i
zmierzyli, zawinęli i dali znowu. W pokoju oczywiście ze mną. Łukasz był ze mną
cały czas, bez niego nie dałabym rady, jak zawsze, pomagał, ale też nie robił
nic, gdy widział, że tego chcę, na koniec jak za każdym razem ratował mnie, gdy
oddech mi się gubił, i gdy mówiłam, że nie mogę, nie chcę, nie będę.

Nasze życie zmieniło się diametralnie, a równocześnie wszystko
jest jak najbardziej oczywiste i naturalne.

Wszystko udało się szczęśliwie, dziękuję Bogu z całego
serca. Całą ciążę Franio i Julcia codziennie, o ile z jakiś powodów nie padli
ekstra bez modlitwy wieczornej dodawali do swojej „litanii” za krewnych i
znajomych „i o dzidziusia w brzuszku, żeby zdrowo rósł i się dobrze urodził”.
Wyprosili.

A Franiowi urodziłam Braciszka na imienimy.

6.10 wróciliśmy do domu i zaczęła się rewolucja :).

Niedzielnie

Brak komentarzy

Tak miło dziś miałam. Siedziałam na kanapie, a światło
padało tak, że ostatnia plama słońca zmieniała jasne włosy mojej córki w złote.
Ona spała na mnie, obejmując rączkami mój brzuch. Trójka – jakby nie chcąc
przeszkadzać siostrze – kręcił się delikatnie, tak tylko, żebym wiedziała, że
też tu jest. A wcześniej oglądałam, jak mój ciemnowłosy i ciemnooki najstarszy
synek biegał z kuzynostwem po placu zabaw i skakał na linie (Ja Tarzan, ty
Jane). Mamusiu widziałaś? Widziałaś?
Musiałem przeprawić się przez rzekę, żeby do Ciebie dotrzeć.

Wrócili z Ł. do domu znacznie później niż Lu i ja. Mamusiu widziałem Wielki Wóz. Narysuję Ci.

Dajmy jej miesiąc
poprosił Ł. gdy Julcik po pierwszym dniu stwierdziła, że już nie idzie do
przedszkola. Daliśmy, bo jak. Po pierwsze poza jednym dniem totalnego buntu,
Julinka w przedszkolu się bawi, je, spaceruje chętnie i śpiewa super chętnie. W
ciągu tego miesiąca zaprezentowała nam już „Jestem sobie przedszkolaczek” – w całości,
„Chodzi lisek”, „Mam chusteczkę”, fragmenty „Poszła Ola na spacerek” i obecnie
też kawałki „…dziś z Agatką był w przedszkolu”.

Bunt był w zeszły piątek 
- bo trzy dni była w domu, z powodu przeziębienia i potem poszła w
czwartek i piątek. Postanowiła mianowicie nie jeść – panie to oczywiście
szalenie martwiło (nie dziwię się, bo ostatnio czekając na Frania, usłyszałam,
że kolejno przychodzący 4 rodzice i jedna niania chcieli tylko wiedzieć, czy i
ile jadło). Ale my machnęłyśmy ręką (ja i mama, bo w takim zestawie odebrałyśmy
buntowniczkę). Lul zaraz po wyjściu zapytała o obiad. Ano za 2 h. Jak później
młóciła ten kalafior z kartoflami. I jakoś jej przeszło. Postęp szedł od tyłu –
czyli w przedszkolu już było super, wychodziła do nas z uśmiechem i tańczyła na
chodniku, nawet nie miała nic przeciwko, żeby dokończyć podwieczorek, a nie
wiała od ręki. I pytała, czy Patryczek będzie w poniedziałek, że z Konradem
szła w parze itd. O samych chłopakach nota bene mówi. Ale w domu starała się na
mnie wymusić pozostanie. Co wynikało z innego problemu – otóż zawsze mamowa
Julinka w wakacje jakoś wpadła w tryb „tylko mama”. Plus używała „mamę chcę”, „moja
mamunia!” jako wytrychu przy każdej trudności. W efekcie dochodziło do
sytuacji, że mogła siedzieć i nic nie robić, nie chciała do zabawy, tylko
trzymać  się obok mnie. Mama przy jedzeniu,
spaniu, kąpaniu, do zabawy, wszędzie. Co jednak trzeba było skorygować, bo
Franio i Trójka też muszą mnie mieć, bo muszę czasem gdzieś wyjść sama (Cem z tobą do pracy, Cem z tobą do pani
dottor
), a dwa po prostu ona była przez too nader zestresowana i wcale jej
to nie służyło.

I wygląda, że się udało. Co do poranków, to po pierwsze jest
konkurs poranny na uśmiechnięte buźki dla niej i Frania, gdy wszystko jest ok.
A ponadto przypomniało mi się, jak to mała, tak do roku gdzieś, Julcia, nie
lubiła jeździć. I śpiewaliśmy jej, Franio i ja (A miało być po dobroci – komentuje mój tata). Więc teraz też
śpiewamy. Z Julcią zresztą. Oczywiście dalej jest mamowa, Franio też tak miał i
ma, choć oczywiście krok po kroku poszerza swój świat. Ale są przytulaki i
chcą, by z nimi spędzać czas. Niemniej Julinek się uspokoiła, a piątek, w
piątek 1.10, czyli po tym właśnie miesiącu – w szatni, jak usłyszała piosenkę o
pociągu (z którą chodzą myć ręce), to pomknęła jak strzała. Ł. specjalnie
wrócił (bo zapomniał telefonu i zadzwonić nie mógł), żeby mi to opowiedzieć
(plus zabrać telefon).

 

A ja? Czuję się jak bomba, wszyscy mnie pytają, co i kiedy,
obserwują podejrzliwie. Nocki są ciężkie, dziś to nawet koło 3 zaczęłam
rozważać, że może jednak, gdy przydreptała Lu, z owieczką i książką,
oświadczyła, że chce się przytulić i czy zgaszę światło. Ok., zgasiłam. I jakoś…
zasnęłam.

A z drugiej strony, to wciąż coś robię.

A z trzeciej, to lubię przesuwanie się Trójeczki pod moją skórą,
to czucie dziecka w sobie, ten cud.

Domowo

Brak komentarzy

Domowo, to najwięcej w ogrodzie. Coś rano, a potem np. siadaliśmy na huśtawce, czytaliśmy książki i gazety, jedliśmy drugie śniadanie. Żal mi tych cichych chwili, gdy najgłośniejsze jest buczenie pszczół w ogrodzie, a światło sączy się przez liście.
Oczywiście basenik, szachy wikingów, dzieci biegały pogadać z małym sąsiadem…

I malowanie np. Julcię dokończył kochany starszy brat, bo jak widać, ona wolała nieco inaczej.
Tak, ,myliśmy się długo :)))

oraz oczywiście owoce i ciasta:)

A tu jeszcze auto, które wygrało wyścig i dostało złoty medel (autorstwo pomysłu zabawy i medali – Franio, ponad godzinę bawił się z Lu, a mamusia czytała:)) oraz Franciszkowe zebrane, ususzone i schowane na zimę „przyprawy”.


  • RSS