cypisek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2011

Zimowo

1 komentarz

Od kilku dni znowu pięknie zimowo. Niezmiennie uwielbiam,
gdy snieg pada tak powoli, wielkimi płatami.

Dzieci się feriują, w zeszłym tygodniu wyartykuowały swoje
oczekiwanie ferii i cóż mi pozostało – w środę i w piątek wzięłam na zajęcia
feryjne w bibliotece.

A teraz mam ich od wtorku do piątku, bo w przedszkolu malują
i 4 grupy w 2 salach, więc kto może, to proszono, by zostawić. Nie mam uwag, i
tak sensownie ustalono malowanie, bo mało dzieci.  A dzisiaj, doprawdy wypas, Ł.  wydębił dzień urlopu, teściowa kochana przybyła
do Szymcia i Juli, która tym razem zechciała zostać w domu, a my z Franiem na
narty!!! Fajnie było.

Piszę o Juli, że tym razem, bo… w sobotę pierwszy raz
założyła narty. Podjeżdżała kawałkami do mnie, potem z tatusiem troszkę
pozjeżdżali, po kilka metrów. Julcia krzyczała – Z drogi śledzie, bo Julcia
jedzie. Przed wyjazdem poczyniliśmy ustalenie, że nie będzie marudzić (Julcik
miewa tak, że ledwo wyjdzie, to już chce wracać) i bardzo się starała.
Dodatkowo w czasie przerwy wspomogła się frytkami i było bdb. Ma potencjał
dziewczyna. Oczywiście niczego nie oczekujemy póki co, te narty to tylko
dlatego, że tak strasznie chciała, niech sobie postoi, porusza się, popróbuje.
Koszt wypożyczenia – 16 zł, radość córki – bezcenna, nie? Ale trzeba było
widzieć Lu, gdy dostrzegła Frania na stoku. Pełny zachwyt (i aprobata).

Franio sialeje!

[Teraz rozwija kombatanckie opowieści, jak to ona też sialała, mamusia uciekała, a ona jechała
oraz, że jak się nauczy, to będzie sialeć
z Franiem. Daj Ci Boże córko]

No i dziś też zamierzała jechać – bo dopiero raz byłam! – ale skoro przyszła babcia T. (mieszka dalej
niż babcia Lola, bo aż 15 minut piechotą od nas), to wybrała opcję gwiazdowania
 z babcią (Szymuś większość czasu i tak
spał).

Ale a propos oczekiwań, czy 
ich braku – na łyżwach ostatnio już pół godziny jeździła, trzyma się
coraz pewniej, a w niedzielę zaczęła sama dreptać po lodowisku, pomalutku, ale całkiem
żwawo. I wciąż się jej łyżwy podobają. Aczkolwiek gdyby tak Jula posłuchać
przed czymkolwiek… Otóż nader często plan, który jej przedstawiamy i który
nawet już zna, nagle jest be.

Jutro pojedziemy.

Nie idziemy niddzie

Zostajemy dziś w domku.

 

Odporni i
znający córę rodzice (czyli my) albo olewają sprawę, bo Julcia i tak będzie się
cieszyć potem albo (jeśli taka opcja jest możliwa) proponują, żeby została z
osobą, która zostaje. O, jak to z planem na jutro dziś było.

Jutro jedziemy do biblioteki na zajęcia.

Nieeee, jutro nie.

Ok., to zostaniesz z babcią i Szymciem,
pojadę z Franiem.

A nie, to ja też jadę.

Ot Julia,
przekora to jej drugie imię.

14 stycznia

3 komentarzy

Chudzinka
westchnęła moja mama, gdy podałam dane po dzisiejszym szczepieniu. 6190, 3
miesiące i tydzień. Fakt, Szymcio jest najlżejszy z moich dzieci, Franio
analogicznie – 7250.

Ale ten chudziutki Szymuś ma dołeczki w policzkach, pulchne
łapki i stópki i cały jest taką puchatą kulką. Do tulenia i całowania.
Dziecko-prezent.

Szymuś (tak z 1,5 miesiąca już minimum) nawija. Cały czas
coś nam opowiada. Jego małe, tłuściutkie ciałko aż pęka z nadmiaru słów, myśli
i emocji. Rączki kreślą łuki w powietrzu, nóżki zawzięcie kopią powietrze,
policzki się nadymają, a oczka otwierają szeroko… i wreszcie się udaje – ghhhhh, gu, gu.

 

I Julcia z Puchatkiem. Świeżo się urodził i wracają ze szpitala, to co dynda, to za długie nogawki pajacyka.

Adwentowo

Adwent nie jest łatwym czasem. W tak krótkim czasie zmieścić
tyle przygotowań i zachować spokój, nie zacząć gonić, jak chomik po klatce. Czy
się udało? Pewnej gonitwy oczywiście nie zdołaliśmy uniknąć, ale zasadniczo ok.
Były postanowienia adwentowe – Franio chodzić na roraty, a Julcia nie gryźć
(Frania). W sumie u Julii to 100% sukcesu, zmotywowana przestała i póki co nie
podjęła, ostatnio udaje się złościć przynajmniej bez ręko(zębo)czynów.

Franio z roratami starał się bardzo, był 11 razy, co uważam
za bardzo dobry wynik, zważywszy na chorobę. Ale on oczywiści żałował, że nie
na wszystkich i już ma plan na rok przyszły. Nie mógł dostać nagrody w kościele
a całość (raz wylosował dzienną i ma już trzeci różaniec), ale dostał od nas
książkę za dzielność. Ma teraz złoty czas, jest tak chętny, gorliwy,
zainteresowany wszystkim. Julcia była 3 razy, też dobrze. Wracając do Frania i
rorat, to tylko raz ja motywowałam jego, a tak to on prosił dziadka, czy mnie.
I musze przyznać, że ciężko było mi nieraz przezwyciężyć lenistwo, zmęczenie
czy po prostu wygodę (ubrać siebie i dzieci, odśnieżyć auto, zajechać, wypiąć,
uczestniczyć, Julcia na rękach, czapki, rękawiczki, zdjąć, założyć, siusiu,
klękać, śpiewać,  wpiąć dzieci,
przywieźć, rozebrać). Za to jestem mu wdzięczna. Udało się nam być na ostatnich,
23.12 i bardzo bym chciała utrzymać ten styl, bo tak dobrze było odstawić
odkurzacz i zatrzymać się.

Oczywiście były też dalsze przygotowania. Serduszko z
kwiatkami do naklejania, za dobre uczynki, w wigilię puchło już od dowodów
starań. Kleili na tym samym, bo nie chciałam rywalizacji. 

Zrobiliśmy też masę
ozdób, z papieru (genialny Mikołaj przyniósł świetne wycinanki) i masy solnej.

A Szymuś nam pięknie pomagał.

Jak
zawsze nabyliśmy na przedszkolnym kiermaszu, nasze panie robią piękne rzeczy.
Robią to same, a dochód jest na przedszkole, wiem ile i na co, bo na Radzie
Rodziców oglądamy sprawozdania finansowe. Oprócz ozdób każda grupa zrobiła dwa
rodzaje ciasteczek, Julcia chwaliła się wycinaniem księżyców makowych, a Franio
robił piernikowe choinki (naszą foremką, bo udostępniam nasze, jako że mamy
furę). Rzecz jasna nabyliśmy też paczkę ciastek potem, a jak (i w efekcie
wczoraj poprosiłam panią M. z grupy Juli o przepis na makowe).

Sami też piekliśmy, z ciocią-nianią robili choinki, które
potem w domu „ubieraliśmy”, dzięki czemu czekanie na prawdziwe ubieranie jakoś
się osłodziło. To robienie choinek sami u cioci wyprosili, więc jak Franio miał
ostatnią (przynajmniej na razie) rehabilitację, to zorganizowałam akcję: ja z
nim na salę, tatuś wiezie młodszych do cioci, potem ja tam z Franiem, zdałam
najstarszego, który już pędził, bo Julcia już w fartuszku, już wycinała,
pobrałam najmłodszego. I pojechałam z nim do sfery, na prezenty. Nabyłam
wszystko, co chciałam, z potem, dzieć się zbudził, przewinął, zjadł i POSZLIŚMY
RAZEM NA KAWĘ. Kawa z synem to było coś. Bo nie że leżał, ale bawił mnie
rozmową, rozsyłał uśmiechy aż mu oczk ginęły w pyzatych policzkach, za oknem
sypał  spokojnie śnieg, a z głośników
brzmiało Driving home for Christmas,
moje ulubione. Cudnie. Do zapamiętania.

Upiekliśmy ponadto makowiec (Franio sam robił farsz, potem
asystował przy zwijaniu i już wie, jak zrobić, żeby się potem nie odkleił mak –
aktualnie chce być kucharzem i mieć restaurację. Dobry plan), keks (zamówienie
Ł., tu robiła ze mną Lu – wielki skok w kwestii kuchennej, coraz dłużej i
mocniej się angażuje, odmierza, wsypuje, wlewa, miesza, podjada). I jeszcze,
23.12 machnęłam Lebkuchen i nagle w
całym domu zapachniało upojnie, były pyszne i szły jak woda, więc na Nowy Rok
robiłam ponownie. Polecam.

Świątecznie zaczęło się robić koło poniedziałku, bo w
przedszkolu było przedstawienie. Gdzie się podziała pierwsza gwiazdka? Po raz
kolejny cieszę się, że u nas w przedszkolu wciąż jest po prostu Boże
Narodzenie,  a nie jakieś dziwne hybrydy.
Franio był Frankiem, jednym z dzieci, które tej gwizdki szukały, bo znikła i nie
będzie Świąt. Pilnowały ich anioły, a na końcu się oczywiście wyjaśniło, co
jest potrzebne i ważne, zamiast gwiazdki na niebie. Świetne było też to, że
brały udział wszystkie grupy, wszystkie dzieci. Mama była w pracy, a tata
musiał jechać, więc zamotałam Szymcia i też zabrałam. I choć na początku nie
cieszył mnie ten pomysł, to potem byłam bardzo zadowolona. Na scenie moje
dzieci, przejęte tańczyły (Jul) i grały (Franio), oczywiście szukając nas
wzrokiem. Ł. robił zdjęcie i uśmiechał się do mnie przez salę. A malutki,
puchaty synek posapywał mi na brzuchu.

Ta kolęda od opłatka się zaczyna

Bo opłatkiem zawsze dzieli się
rodzina

Od opłatka i od życzen naszej
mamy

Od tych życzeń nad opłatkiem
wyszeptanych.

A ty nasza kolędo domowa

Słowa mamy w pamięci zachowaj.

Jula totalnie bez tremy, wręcz pozowała tacie :).

 

Obeszliśmy
też w dniu właściwym urodziny Franusia, tort tym razem by tata i ja.

Oraz – tadam
Małgosi i Lali. Małgosia, jak się niespodziewanie okazało, ma 4 lata (miała je
też rok temu), a Lala trzy.

No to
zapraszamy na tort i kawkę.

 

Wigilia i
Święta

Nie udało
się zrobić wszystkiego z listy „to do”. Trudno, zostanie na kiedyś. Ale sporo
się udało, dzieciaki ubrały choinki, które coraz bardziej tracą na stylu,  a zyskują na uroku. Miałam kiedyś stylowe i
pewnie będą znów, ale te są piękniejsze.

Szymcio był
dość oszołomiony dniem i zaczął się denerwować, więc znowu chusta – zawinęłam go
o 18 i tak sobie słodko zasnął i spał aż do 23.30, gdy go przełożyłam do
łóżeczka. I potem spał jeszcze do 3.30. Reszta działała na pełnych obrotach,
zjedli, a potem… potem przybyły aniołki, Julcia stanęła jak wmurowana, gdy
zobaczyła prezenty. Ale zaraz przystąpili do akcji, rozdawali, rozdzierali,
oglądali.

Druga tura prezentów
była w I dzień, a trzecia w II. No, wiadomo, mamy liczną rodzinę, to i aniołki
liczne. W pierwszy dzień świąt znowu zaczął padać śnieg, więc sanki. Niestety
nastąpił też koniec świątecznych przysmaków dla mnie, bo zaszkodziły Trzeciemu.

Więc
przeszło wszystko dobrze, brakuje mi tylko… pól godziny z książką i kubkiem
herbaty, ale nie późnym wieczorem haha.

I jeden z moich prezentów:)

 

Poświątecznie

a tu w wersji Obcy II i III

Ł. miał
wolne – hura, hura hura, więc było spokojnie (raz spaliśmy do 8.30!) i sportowo.
Dwa razy sanki – tylko za każdym razem trzeba ćwiczyć zachęcanie Julci.
Franciszek szaleje przeszczęśliwy, ale Jul po kilu razem Ce do domkuuuuu. Staramy się jak możemy oraz uświadamiamy
domatorkę, że i tak nie pozwolimy na wyłączne siedzenie w domu. Dwa razy było
lodowisko. Raz pojechałam sama z Franiem i – tadam! – założyłam łyżwy. A byłam
jak dotąd ze 3 czy 4 razy w życiu na łyżwach, w tym ostatni raz w maturalnej
klasie. Ale przetrwaliśmy. Zdjęć z tego wiekopomnego wydarzenia nie ma, bo żal
mi było aparatu. A stłuczone kolano bolało krótko. Ale w sylwestra już szło mi
nawet nieźle, a i Franio sobie wszystko przypomniał i pięknie śmigał. Była tez
Jula i jeździła ze mną za rękę i z Ł. (bez łyżew). I też było widać, że te 6
kółek, które wytrzymała, sprawiały jej frajdę. 

No i coś po
raz pierwszy – pojechaliśmy dwa razy z Franiem na narty. Do Brennej. Jeździł na
niebieskiej trasie, a na końcu oba razy zjechał czerwoną. Ja miałam serce w
skarpetce, a on spokojnie jechał za Ł. Za drugim wyjazdem (2.01) był śmielszy,
jeździł pierwszy, jak przypadała moja kolej na towarzyszenie (drugie z nas
pędziło w dół, swoim tempem i do kolejki), aż ciężko mi go było dogonić. Oczywiście
zwiększyło to ilość upadków, ale kontrolowanych. Bardzo, bardzo byliśmy z niego
dumni.

No i tradycyjnie poszliśmy na spacer szlekiem choinek i świateł. Szymcio ukryty  wózku, my poobwijani, bo mróz i potem pędem na gorącą czekoladę. Pięknie, prawda? 

Sylwester

W domu
oczywiście. Ale zrobiliśmy sernik, Lebkuchen, sałatkę owocową i parówki w
cieście francuskim. Były też tańce.

O 22
puściliśmy fajerwerki i Julik poszła spać. Ale żebyśmy nie byli stratni wstał
Szymuś. I patrzył z dużym zdziwieniem i jakby hmmmm politowaniem?, na to co
robimy. Po północy Franio obejrzał jeszcze fajerwerki, miał z balkonu dziadków widok
jak z loży, biegał tam i z powrotem, podskakiwał z radości. I powoli poszliśmy
spać.

A cykl
imprez i świąt zakończyliśmy moimi urodzinami. Ach, ile ja już mam lat, a zatrzymało
mi się gdzieś na 17…

A od Frania dostałam jako laukę piękny model skoczni narciarskiej, z wiatrami, progami i tak dalej. Nie każdy może mieć własną skocznię.


  • RSS