cypisek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2011

Wydarzenia zaległe

Walentynki rozpoczął z rana Franio. Dostaliśmy, o po takiej.
Zrobił ich – drobiazg – 29. Dla całej grupy w przedszkolu, dla pań i dla nas, z
sobą włącznie. Bo sobie też zrobił, a jakże.

Ja zrobiłam cynamonowe serca.

A Ł. zabrał mnie niespodziankowo do kina. Wszystko ustalił,
ja miałam tylko zadbać o mleko. I tak wyszłam z domu po raz pierwszy od
urodzenia Szymcia bez żadnego dziecięcia u boku i nie do dentysty / ginekologa
/ fryzjera (jako że nie przepadam, to nie traktuję takiego wyjścia jako jakiejś
ekstra rozrywki). Nie, nie jestem żadną domową męczennicą, wychodzimy w różne
miejsca, ale raczej wspólnie, albo ja z maluchami. Ot zeszły piątek
comiesięczne czytanie w bibliotece, sobota – narty, niedziela – łyżwy. Wtorek
też łyżwy, bo do miasta wróciła kuzynka Ł. i dzieciaki chciały z nią na lód.
Zaczęliśmy powolutku puszczać Julcię samą, pociągamy i jazda, z Franiem też tak
zaczynałam. No i zbójka, jak jedzie za rękę to sobie podnosi raz jedną nóżkę,
raz drugą i sunie.

W piątek zaczął znowu padać śnieg. Niestety do popołudnia
stopniał i dzieci były bardo rozczarowane. Za to w sobotę był uprzejmy wrócić,
już zdecydowanie i potomstwo moje z radością oznajmiło, że można w poniedziałek
wracać z przedszkola na sankach. I we wtorek. Dziś zresztą też, Jula chwilowo
zaspokojona, ale Frań nie. Ale co ciekawe – bo jak dotąd nie lubiła za bardzo
nóżek używać – to Julinka ostatnio domaga się wracania „nóżkami mamusiu”.
Najlepiej z zachustowanym Szymusiem. A droga do domu, zawiera w sobie ostatnio
elementy doświadczenia naukowego, bo badamy stopień zamrożenia strumyków (jeśli
do samochodu to to samo, tyle że mamy tylko 2 strumyki). Kamieniami badamy, a
jakże. Chwilowo wymaga to planowania strategicznego, bo śnieg nam część kamieni
przysypał i jeszcze są przymrożone. Więc gdzieniegdzie bierzemy na zapas. A
Julcia sobie wczoraj jednego wypatrzyła i zarządziła, że na „jutro”, czyli
dziś.

Lubię, gdy Julcia tak fajnie i absolutnie prawidłowo wtrąca
w zdanie „w międzyczasie”. Jako trzylatka ma ładnie rozwinięty język. I umysł
prawnika precedensowego.

Walentynki

Kot by Franio (jaki jest każdy widzi)

Dino wpadł do błota i wielkie pranie. Dodatkowo wyprano koszulki Misiunia i Małgosi

Czasami

1 komentarz

Czasem trzeba się spieszyć, ale czasem zdecydowanie
odpuścić.

Położysz się ze mną na
chwilkę mamusiu
– zapytał wczoraj Franio, któremu udało się przetrzymać
młodszych (rzadko mu się udaje). No więc położyłam się i posłuchałam 6 chyba
szant i poprzytulałam do oporu. Każdy przecież potrzebuje.

Jakże trudno zrobić fotkę całej trójce razem! Za każdym
razem ktoś robi głupią minę albo się poruszy albo odmówi pozowania. Niemniej po
ogromnych staraniach Ł. i moich jako asystentki fotografa (nie wiedziałam, że
to taka ciężka praca) kilka się udało. To zostało przygotowane na puzzle dla
babci i dziadka z okazji ich rocznicy ślub. 35 lat. Ta fotka jest całkiem całkiem,
w zasadzie odpowiada ich usposobieniom. Franio – marzyciel z głową pełną
projektów, Julcik – łobuziak i psotnik. O Szymusiu bardzo wiele jeszcze nie
można powiedzieć, ale dałabym określenie „pogodny”. Takie nasze słoneczko.

Weekendowo sportowo. Tydzień temu narty i łyżwy, dziś też
narty. W ramach niespodziewanego zwrotu akcji Julcia zdecydowała się w ostatniej
chwili, że zostaje z dziadkami. I została. A my… a my po raz pierwszy w tym
sezonie pojeździliśmy razem. Ale fajnie, aczkolwiek stok był dziś dla mnie dość
trudny. I obiektywnie była ciężka nawierzchnia i ja sama dość zmęczona. Tydzień
temu była piękna pogoda i mimo podobnego śniegu śmigało mi się lepiej. Ale
wiadomo jak to z hobbystami – możemy jeździć w każdej wersji. Franciszek
ćwiczył ładnie, poprawka dotyczy mocniejszego pochylenia, natomiast jak
zjeżdżał ostatni raz, to Ł. kazał mi przyjrzeć się, jak robi skręty, bo mi się
czasem zdarza skręcać całą sobą, a on super, tylko biodrami i kolanami.

Kontrolnie, co by sprawdzić przed ewentualnym basenem
poszłam (korzystając z faktu, że Ł. i starszaki pojechali do pradziadka na
urodziny, a my nie) z Szymulkiem do wanny. Pełny zachwyt, nóżki fikały tak, że
omal nie wywołały tsunami.

Poduszka

3 komentarzy

Julia z tatą poszli wybrać nową poszewkę na Szymciową
poduszkę. Jak się okazało Szymuś nie lubi różowej ze słoniami. Minutę później
Julik zobaczyła, że sama poduszka też jest różowa i tak jej estetycznie
zaskoczyło, że jednak się okazało, że Szymcio lubi.

Ale wczoraj znowu nie lubił, różową ze słoniami wzięła Jula.

Szymowi szukaliśmy innej. Bo nie lubił też z rybką, ani z
pociągami. Jak orzekła samowolna rzeczniczka Najmłodszego – Szymcio lubi tylko
z misiami. Lub białą. No to takie też dostał.

Głowa Franciszka puchnie od pomysłów, co chwilę zdradza nam
kolejne, albo uzupełnia poprzednie o szczegóły i szczególiki.

Mamusiu – zeznaje
przejęty, to doprawdy nic, że golusieńki, bo miał się ubierać, ale to taka
nudna czynność przecież – POSTANOWIŁEM (myślę,
że wielka litera unaoczni, jaką wagę ma to stwierdzenie).

Tak?

Postanowiłem, że
będziemy nadawać nazwy kolejnym układom słonecznym.

Ok synu, nadawajmy.

Julia z kolei czasami wrzuca nas w opary surrealizmu.

Bawimy się na basenie, Franio ma być tradycyjnie płetwalem,
ja orką.

Julcia kim jesteś?
Kaszalotem?

A ja wyłączam
telewizor!

 

Bal udał się nadzwyczajnie, 
Franio zadowolony szalenie, Julcia zeznaje, ze sialała. A i owszem, relacja Pani Magdy potwierdza, bawiła się bdb.
Ze starszakami się bawiła, nawet ze zdjęcia grupowego maluchów zwiała, ale
jednak ją przywrócili. W końcu tamtych zna niejako od lat 3, a tych od pół
roku… A i jej wytrwały wielbiciel Mateusz, najlepszy kolega Frania, z nią
tańczył. Legalnie mógł sobie ją potrzymać i nikt go nie gonił.

Bal!

5 komentarzy

Dziś w przedszkolu wielki bal!

Więc od dni kilku byłam w ciągu kończenia strojów. Franio -
kucharz,  jak sobie to rok temu
(dokładnie po poprzednim balu wymyśli, to się konsekwentnie trzymał. Spodnie –
by ciocia-sąsiadka, materiał od niej, miał lat mniej więcej 20, dała mi też na
czapę. Koszula Franiowa własna. Faruszek tata kupił świeżo wczoraj, bo domowe
poplamione (ciekawe czemu…), przy okazji kupił Julci różowy wnusi, więc mnóstwo
radości. Projekt czapy – babcia J. i mama, wykonanie mama. Czapa mi wyszła,
chociaż chwilę po skończeniu (godzina mniej więcej 23.50) miała mnóstwo
wątpliwości, które Ł. wyśmiał. Franciszek rano wpadł w zachwyt. Mam palce
pokłute, że hej! Łyżka drewniana – z szuflady.

Julcia ustaliła (ciekawe, że mnie to nie dziwi), że chce być
królewną. Ponieważ bal jest jej, to ok, tylko zmieniliśmy na królewnę-wróżkę,
bo raz, że chciałam trochę odmienić, a dwa, żeby mała nie miała przykrości, że
Franiowi zrobiłam, a jej nie. Sukienka – wypożyczalnia (MS – prowadzi znajoma,
tuż koło Ciebie, więc jakby co to polecam). Czapa wróżki – by mama. Musiałam
dzwonić do męża, bo nijak nie umiałam wymyślić z jakiego kształtu ma wyjść
stożek, normalnie klęska matematyczna, teściowa liczyła z wzorów długość
promienia, kilka kartek na brudno zużyłam. Ostatecznie Ł. podał (ćwiartka koła!),
zrobiłam ze starego wielkiego kalendarza (mamusiu,
prawda, że królewny-wróżki to mają takie sukienki, i takie czapki z kalendarza
z niebieskim i takie różdżki?)
. Różdżka – z rogolki obłożonej sreberkiem (ulubiony przykład na
regionalizmy ze studiów, połowa dziewczyn w grupie na niemieckim nie wiedziała
cóż zacz, część znała jako rogalka, mątewka lub firlejka).

Plus zrobiliśmy 2 maski na konkurs.

Moja mama mi powtarza, że nie może uwierzyć, przez pól
podstawówki pomagała mi z pracami na plastykę i ZPT (rok w rok „zdawałam” na 5,
w którymś z tych przedmiotów, tylko pół roku gotowania było moim wielkim
sukcesem).


  • RSS