cypisek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2011

Znacząco. Czasem nawet bardzo.

Relacja dziadka: Julcia
poinformowała mnie. Dziś jest czwartek, w czwartek się chodzi do przedszkola.

Miło. Bo czasem córka wpiera nam, że się nie chodzi.

Julcia
ogląda małą książeczkę „Elmo und Babysitterin”, którą przywiozłam im z
Darmstadt. Z tyłu są zapowiedzi innych. Julcia wskazuje na jedną z nich i
prosi, żeby kupić jej inne z tej serii.

Ale to w Niemczech kupiłam, to tam by trzeba
jechać…
– odpowiadam.

Ale my nie chcemy, żeby mamusia jechała do
Niemiec
– włącza się Franio.[To tak w kontekście tego pól roku:)]

 

Wręczyłam koledze Szyma do potrzymania, bo mieszałyśmy z Julcią budyń. K. podsuwa malucha ku Julci, dzieciaki się śmieją.

Fajny jest – mówi K. i rzuca w moją stronę-  może go wezmę? Nie bierz nam Szymcia! – błyskawicznie reaguje Julcia.

 

Idzie wiosna. Już się pogodziłam, że idzie, że zima się
skończyła (właśnie za oknem pada śnieg  z
deszczem). Schowamy narty i łyżwy, od kilku dni spędzamy znowu czas na polu,
ale Franio zawzięcie jeździ na czas na hulajnodze, a Julcik trenuje na
laufradzie. Fasolki dzieciaków pękły już i puściły pędy (po 3 dniach hodowli
zaledwie). Oczywiście każde ma swój słoik. Trwa Wielki Post, w piątki Droga
Krzyżowa. Jeździmy na taką, gdzie jest to faktycznie droga, dzieci idą, na
zmianę noszą krzyż. Franio też się zgłasza i nosi. 16 kwietnia ma pierwszą
spowiedź, wszyscy jesteśmy przejęci.

Tak wiosennie, to poranna zeszło-poniedziałkowa Julcia już
prawie przed wyjściem do przedszkola zaczyna oscylować w kierunku pogorszenia
humoru. Już dwa razy było „wolę mamę”, nosek się marszczy, widać, że szuka
tematu do doczepienia się.  Idzie wiosna? – marudzi – nie widać. Bo musi zjeść śniadanie, umyć ząbki, ubrać się odpowiednio… Niedługo
zobaczysz –
włącza się Ł. Zasłuchana Julcia milknie i zaczyna się
uśmiechać.

… mnie dopadł tradycyjnie. Temat z jednej strony standardowy
– bo koniec zimy. A ja – jakoś chyba w totalnej mniejszości będąc zimę kocham,
taka prawdziwą oczywiście. Uwielbiam śmiech dzieci na sankach, szusowanie na
nartach, płatki delikatnie wirujące w powietrzu. Ta zima dała mi jeszcze coś.
Po pierwsze przyjemność noszenia Szymcia, w chuście, pod kurtką. Zdziwione
niebieskie oczka, maluch kręcący głową, by ogarnąć tę biel. Po drugie narty z
Franiem, niesamowite, gdy ten mały jeszcze chłopczyk tak pięknie, miękko, ze
skupieniem, bierze zakręty, śmiga i cieszy się tą jazdą. I trzecie – łyżwy z
Franiem i Julcią. Syn, dwa lata temu trzymałam go za rękę prawie cały czas,
teraz zaczyna rundę ze mną, by po chwili puścić się i pędzić do przodu, śmiga,
próbuje kręcić piruety, wywraca się i wstaje i znowu pędzi. I Julcia – w grudniu
niestabilna, niepewna i łatwo się zniechęcająca, na ostatnich w tym sezonie
łyżwach jeździła ze mną za rękę, bez asekuracji drugiej osoby. Mała, ale jednak
śmiała, podnosi raz lewą, raz prawą nogę i balansuje. Czy można się dziwić, że
wiosna w wersji roztopy, szarość, czyli to, co oferuje nam marzec mnie nie
zachwyca?

Po drugie – zapisałam Frania do szkoły. No musiałam, wyjścia
już nie było, ale wcale mi nie lepiej. Idzie do naszej szkoły, uczyłam się tam
ja i Ł., a nawet tata Ł. Chciałam go posłać do katolickiej, ale… no cóż, trójka
dzieci nieco zmienia możliwości finansowe. Więc opcja lokalność, znajoma szkoła, pewnie będą koledzy z przedszkola, jeden na pewno, mieszka na sąsiadniej ulicy. To mnie cieszy, bo nie chcę, żeby moje dziecko miało kolegów gdzieś daleko. Ale zasadniczo, ech…Mama powiedziała, że mnie rozumie,
Ł. się śmiał, a ja naprawdę miałam łzy w oczach. Mój mały synek musi iść do
szkoły, a tam nie wiadomo, jak będzie. A w przedszkolu jest tak fajnie i jego
panie są naprawdę super. Jakaś tam racjonalna część mnie przypomina, że
podobnie bałam się przedszkola, ale co z tego.Przypomina mi się piosenka, której Franio uczył się na pożegnanie starszaków 2 lata temu. „Tu ławka, droga, brama. A w drzwiach stoi pani ukochana”. Ale wtedy on był dopiero w maluchach. A jeszcze bardziej dopiero co z maleńką Julą poszłam po kartę dla niego. A rok temu brałam kartę dla Julci! Dopiero co Franio miał pierwszą przedszkolną wigilię. No fatalnie to znoszę, fatalnie.

I jeszcze szefowa się odezwała, rzuciła hasłem konieczności
wyjechania na stypendium, na pól roku najlepiej. Mogę wziąć rodzinę. Kilka dni
później przysłała szerszego maila, z obszernymi radami w kwestiach, w których ją
pytałam, ale temat wyjazdu podtrzymała. Jasne, już lecę. Niestety świadomość,
że robię, jak należy, nie ułatwia tak do końca.

No więc tkwię w dołku i staram się wykaraskać.

5!

2 komentarzy

Szymcio ma już ponad 5 miesięcy! Doprawdy trudno mi w to
uwierzyć. Przecież dopiero co się urodził. A  z drugiej strony… nie było kiedyś? Jak to
było? Że baliśmy się, jak będzie z trójką? Bywa ciężko, ale już nie umiem sobie
wyobrazić inaczej. W poprzednią sobotę po nartach tylko z Franiem czekaliśmy na
resztę w Ustroniu. I nie wyobrażaliśmy sobie, jak to by było tylko z nim, takim
dużym.

Szymcio jak był tak jest uosobieniem pogody. Niekoniecznie
spokoju, aczkolwiek i to potrafi. Traci go tylko, gdy już szykuję go do
jedzenia. Podciąganie bluzki, odpinanie sprzączki? No doprawdy proszę Państwa,
kto to widział, tak opóźniać. Jedzenie mleka of kors, bo mi się nie spieszy do
dawania czegokolwiek innego.

Kopie nóżkami, ciągnie się do siadania, nie przekręca się
jeszcze. Uwielbia „Jedzie jedzie pan” i samolot na moich nogach. Zaczął
tolerować leżenie na brzuszku. Do czasu oczywiście. I oczywiści lubi w chuście
(Julcia też wymodziła, żeby i ją zawiązać, trenowałam na niej placek, ale i
podwójny x zaliczyła). Dal Szymcia od jakichkolwiek zabawek i tak ważniejszy
jest Jego Człowiek. Rozpromienia się i nawija jak nakręcony.

Sypia, jak sypiał, czyli w nocy średnio. Czasem budzi się o
północy, gada do funfli i albo zaśnie ponownie albo przenosi się do nas. Zje i
potem kręci głową w lewo i w prawo, taki zachwycony, że sobie leży między nami.
Tylko książki w łapce mu brak.

Jest stosunkowo drobny, 7220 na 5 miesięcy, ale cudnie
krąglutki, puchaty i niewątpliwie przytulaczek.

Wśród kolejnych wynalazków Frania znalazł się papier
twardo-techniczny. Będzie trwalszy.


Weekend sponsorowała literka S – super. Bo po pierwsze mąż
dostał dzień urlopu i w piątek wybraliśmy się ze starszakami na narty. Najpierw
ja z Franiem, a Ł. z Julcią, potem zmiana.


[Dialog z Lu przed wyjazdem:

Bo ja chcę, żebyś najpierw ty ze mną ćwiczyła, a potem tatuś.

Nie, najpierw ty z tatusiem, potem przerwa i potem ze mną.

Ale po przerwie już mi się nie będzie chciało!

Nie ukrywam, że miałam tego
świadomość. Niemniej chciało się jej i ze mną też poćwiczyła.]

 

Franio
jeździ coraz lepiej, pomiędzy tymi wspólnymi nartami ze stycznia, a tymi z
weekendu znowu się sporo nauczył. Lekko, spokojnie, miękkie skręty.  Ale i Julcia dostarczyła nam radości, stok
dla dzieci był nader łagodny i zjeżdżała „siama
z połowy górecki
”.


Narty
sobotnie znowu ze szkółką, więc bez wymian i machnęliśmy sobie po 15 zjazdów.
Pogoda w oba dni byłą cudna. Takie pożegnanie sezonu, niestety. U mnie
tradycyjny marcowy dół. Od x lat już co marzec pogrążam się w dołku. Oprócz
powodów specyficznych (będzie o tym też) stały jest koniec zimy. Przedwiośnia
nie lubię i już. Ale nie da się ukryć, że udało mi się w tym sezonie troszkę
pojeździć, no i osiągnięcia Frania (szczęściarz jeździł regularnie od końca
listopada!) i początki Juleczki…


A po nartach
sobotnich padła propozycja i wpadliśmy na naleśniki-wiadomo-gdzie oraz na basen.
Pierwszy basen Szymciowy. Na razie delikatnie (nauczona doświadczeniem po
Julci, która bardzo się początku bała szumu itd.), siedzieliśmy w małym,
troszkę „pływania”, Franio rozbawiał malucha podpływając tuż do niego. I
wszystko wskazuje na to, że będzie kolejna rybka.


A niedziela
łyżwowa, ha. A że Ł. nie pojechał, to zmuszona byłam cały czas jeździć z Lu ( a
dzieci zażyczyły sobie, żebym nie rezygnowała z zakładania łyżew na rzecz prowadzenia).
I poradziłyśmy sobie.



Dniokobietowo
dostałyśmy najpierw po tulipanie (babcia, ja i Jula) od mojego kolegi, ciastka
od dziadka, czekoladki od wuja oraz ja bukiet żelków-kwiatów, babcia agrest w
czekoladzie, a Julcia kotka od Ł. i Frania. Very very well…

Wczoraj pączki angielskie, dziś klasyczne, na weekend Julciazamówiła chruścik. Tłusty czwartek w końcu.

Chyba wiosna idzie jednak (ja jak wiadomo lubię zimę izimowe aktywności, więc przeżywam atak smuteczku), w ogrodzie przebiły sięprzebiśniegi (no, dwa tygodnie temu, ale przykryła je szczelnie pokrywa śnieguzaraz potem), wczoraj jeszcze ostry mroźny wiatr, ale dziś już cieplejsze powietrze.Nie, no w końcu do wiosny też się przekonam. Lubię widokowo oczywiście, alepreferuję mocne pory roku – lato i zimę.

Nawet ptakom na razie nie sypiemy (Kupiłeś sok na karmnik ?– moje pytanie do Ł., z listopada)

Tu wypychnę – mówiFranio, skorygowany poprawia, ale zaraz potem „i jest wpychnięte”. Język bezwyjątkowy, bezobocznościowy, marzeniedzieci, uczniów, nauczycieli języka i cudzoziemców?

Już zamilkam –zapewnia Julka czy też urażona (uwaga o brak kapci) tłumaczy – chciałam szybko dotarść do ciebie. Zachęcam buziakiem i na ręce i … po kapcie.

Mamusiuuuu, a co znaczy nie cudzołóż?

Wybrnęłam, chyba nawet nieźle,
jak dla sześciolatka.

 

I ekonomia:

Spóóóółkaaa z o, o, Mamusiu, a czy są jeszcze inne spółki?

Poddaję się – tak, akcyjna, partnerska, hadlowa, jawna

Jeszcze jakaś?

Cywilna…

Jabłkowa – dorzuca Julcia


  • RSS