cypisek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2011

Wielkanoc

4 komentarzy

Święta jak to święta u nas tkane dość gęsto. O tym że Droga
Krzyżowa już wspominałam. Od połowy Wielkiego Postu robiliśmy też z naszej
ukochanej „Wielkanocy w Kisielicach Małych” wybrane na ten rok rzeczy. O takie.

Kurczak naprawdę może być lila :).

Poza książkowymi jeszcze trochę pobocznych. 

Myślę, że jasne jest, który prosiaczek należy do Julii.

No i kiermasz,
nie zapominajmy o kiermaszu przedszkolnym, codziennie, dokładnie codziennie coś nabywaliśmy, na
szczęście takie za 1-2 zł. W ostatni dzień pani H. dała mi już nawet rabacik.

Ł. miał od Wielkiego Czwartku wolne, to jupiiii posprzątaliśmy całkiem sporo. W
Wielki Czwartek do kościoła poszli Ł., rodzice i po raz pierwszy czwartkowo
Franio. Co mu najbardziej podeszło? Bułki! Rozdane przez księdza na wieczerzę w
domu. Zjedliśmy, a jakże. W Wielki Piątek poszliśmy wszyscy, nawet Szymcio,
zawiązany solidnie w moim spełnionym marzeniu Girasolu (akurat dotarł w
czwartek).  Szymcio spał, Julcia trochę
się kręciła, ale było dużo rodzin, więc wszyscy przetrwali.

A potem Wielka Sobota i kuchnia, na co bardzo już czekałam.
Do roboty przystąpiliśmy w trójkę i jakoś (!!!!) koło 14 byliśmy w zasadzie
gotowi, szok, przed dziećmi nigdy tego nie osiągałam.

A tak… Franio ubił 2 babki (jedna w połowie pochłonięta już
przy kawie, bo z rana zaczął), marmurek z kawą i imbirową, w zasadzie sam,
niewiele trzeba mu pomagać. Julcik wybrała mazureczki-jajeczka. A jeszcze dla
dziadka (imieniny) machnęliśmy zajączki orkiszowo-żytnie plus baranek i
zjedliśmy to jako drugie śniadanie. A moja mama, której kiedyś pokazałam moje
wypieki to samo wymyśliła i upiekła, tylko że dla dzieci do koszyków haha. I
koszyczki dla każdego i na święcenie oczywiście. A i pascha. Na rezurekcję
poszli tylko Ł. i dziadek, mama chciała Frania wziąć na procesję, ale burza się
zrobiła, więc wrócili i czekaliśmy w kolacją uroczystą.

Historia chichoce, moja mama mówi, że ja też taka byłam (no byłam, sama wiem), owszem pilnie robiłam, a jak tylko przerwa to… do książki.

A potem już świętowanie. 

Zajączek

A w Lany Poniedziałek Franiowi udało się wstać szybciej niż
ja i polał Julcię i mnie. Jakiż był szczęśliwy.

 

Co do wczesnej Komunii św. to myśmy z Ł. też tak byli i nie
czułam się potem w II klasie jakoś gorzej, przeciwnie jak już to nobilitowana.
Miałam tylko taką ach ach myśl, że mogłam zamiast zegarka na wskazówki dostać elektroniczny,
bo te akurat w modę weszły. Tamte elektroniki dawno zniknęły, a moje cudne
zegareczki (bo dwa dostałam, takie samo, widocznie na całym Śląsku takie
rzucili, bo chrzestna i chrzestny w różnych miastach kupowali) jeszcze na
studiach nosiłam. Tak poważnie to komunia to strasznie ważna sprawa, a  po pierwsze w klasie, w szkole, temat prezentów
będzie na topie. A tu jesteśmy miesiąc przed i nikt nic nie porusza, dzieciaki
po prostu tego nie wiedzą. Poza tym sześciolatki są szczere, gorliwe, a takie
przygotowanie wymaga pracy w rodzinie. Ośmiolatki też takie są, ale wszystko
dzieje się już klasowo. Koleżanka, której synek (kl. II) idzie w tym roku
posłała go w Wielki Czwartek, bo i taka możliwość jest. Goście będą w terminie
ogólnym, teraz byli tylko najbliżsi. No i ostatnia sprawa. Niestety, jeśli syn
mój, a i kolejne dzieciaki też, nie odrzucą diametralnie naszych wartości i
wychowania, to i tak będą musieli być mniej lub bardziej wbrew.

 

Da się oczywiście, niektórzy mają więcej przecież…

Standardowy zestaw tygodniowy u nas obejmuje:

- przedszkole (zawozi tata), odbieram ja. Jeśli jest w domu
mój tata, to przychodzi do Szymcia, jeśli nie może Maluch wyrusza ze mną. Piechotą
to raczej w chuście (szczytowym osiągnięciem było w chuście i z sankami dla
starszych), bo z wózka muszę go wyjąć, a na razie nie siedzi, więc trudno mi
wtedy jakkolwiek Julci pomóc. A całą zimę tej pomocy wymagała – kombinezon,
bluza, kozaki, czapka, szalik, rękawice. Teraz od 2 chyba tygodni ma fioła na
punkcie ubierania się całkiem sama i jest w tym świetna. Nawet zapinanie zamków
jej często wychodzi. W ciuchy domowe umie się ubrać od dawna, w przedszkolu
jest samodzielna, ale jak ma mamę, to lubi być zaopiekowana. Nie odmawiam, bo
to część mojego podejścia do trójki, o czym zaraz. Jak jadę samochodem, to
tacham Małego w krzesełku. Zaleta – mogę postawić obok nas i pomóc. Reszta same
wady. Ciężkie, nieporęczne. Chyba więcej tak nie zrobię,  tylko też chustą. Bo np. w zeszły pt. miałam –
troje dzieci, jedno w tym cholernym foteliku, pościel Juli, worek ze strojem
Frania, dwa ręczniczki (do worka z nimi), rysunki Julci, książkę, którą Franio
wziął do przedszkola oraz Puchatka.

- w poniedziałki Franio ma religię. Ach właśnie, zapomniałam
zanotować takie ważne wydarzenie. 11.04 Franio miał pierwszą spowiedź. Na
religię jedzie z nim dziadek albo ja, Jak dziadek to ja z resztą w domu, jak ja
to często mam jeszcze Julę.

- we wtorki Franio ma rehabilitację. Była przerwa od połowy
grudnia do lutego, teraz znowu seria. Też nieoceniony dziadek pomaga, albo jak
go nie ma, to przyjdzie babcia T.

Czyli jak widać najlepiej mieć klan. Tak, doceniam rodzinę.
Oczywiście mogę ciągać wszystkich wszędzie, da się i czasem tak robię, ale
mając wsparcie – jest łatwiej.

- środy mamy luźne. Tzn, ostatnimi czasy regularnie przybywa
do nas kolega Frania się pobawić. A ostatnio biorę go po prostu od razu z
przedszkola i tak z trójeczką / czwóreczką wracam.

- w czwartki Franio ma basen, ale o 19, więc dociera już z
Ł. Oni jadą, a my z Julą gotujemy tradycyjny budyń, potem kładę Lu i Szyma i
jak wrócą chłopaki oglądamy razem „Ojca Mateusza”.

- w pt. miewamy czytanie książek w bibliotece oraz obecnie
Drogę Krzyżową.

To są standardy i jak widać niby niewiele, a jest. Ponadto
bywają okresy bardziej ciasne: w październiku różańce, w Adwencie roraty. I
czasem lekarz. Czego nie lubię, bo nie lubię mieć więcej dzieci niż
zainteresowany, ale nie zawsze wyjdzie.

Tyle logistyki wyjazdowej. Domowo organizujemy tak: albo w
ich pokoju, a Szymcio na macie obok, albo na dole, przy małym stoliku, Szymcio
na kanapie przy nas. Jak widać Trzeci jest po prostu stale z nami. Nie mam
kojca, nie daję go do łóżeczka za bardzo (raczej z rana, gdy np. ścielę i leży
póki się bawi). Jeśli robimy coś w kuchni – ostatnio były często pączki, muf
finy itd., to Szymuś albo na kanapie, albo w chuście/ pouchu. Na pole – obecnie
hulajnoga / laufra też maluszek w chuście, znacznie rzadziej w wózku.

Największym wyczynem logistycznym jest samotne wykąpanie i
położenie wszystkich. Bo z Ł., czy jak mama lub tata są to latwo. Kąpiemy po
kolei starsi / Szymuś lub równolegle, potem ja karmię, a Ł. czyta starszym. Ok.
20.20 wszyscy są w łóżkach i często słodko śpią, albo spokojnie leżą.

Jeśli jestem sama, to Maluszka pakuję do poucha (w sumie mam
go w celu łazienkowym i kuchennym zasadniczo na razie), starszych do wanny. Oni
się pluskają, a ja rozścielam, albo rozścielą Franio i Lu, jak wyjdą. Potem
wychodzą, myją zęby, jedzą lub nie – ale jak jestem sama, to wolę kolację
wcześniej, teraz zęby, modlitwa, leki Franiowi, i w zależności od formy
Szymcia:

a)     
kąpiemy Malutkiego i potem Franio czyta coś
(Franklina) Julci, a ja karmię Szymcia, a potem idę czytać im, potem już płyta
i zasypianie, ewentualnie chwilę mogą sobie pooglądać ksiązki,

b)     
Szymcio leży koło nas nałóż ku Julci i czytamy,
a potem biorę się za niego, a oni już leżą, jeszcze sobie oglądają i słuchają
płyty. Tę wersję robię zazwyczaj, gdy jestem tylko z Julą. Tak czy siak, nawet
sama, koło 20.30 mogę się brać do innej pracy.

Terminy lekarzy wszystkich i inne ważne daty zapisuję i
wieszam na tablicy korkowej koło biurka. Prania planuję na ogół 2 do przodu –
żeby np. wcelować się z jasnym na ręczniczki z przedszkola. Zakupy robi Ł. w
tygodniu część, a drugą część w sobotę – on lub ja. Pieczywo i targ – tata.
Gotuję w tygodniu ja dla wszystkich, w weekend albo coś robi moja mama, albo
ja, albo gdzieś jesteśmy, np. dziś na basenie i naleśnikach. Ł. załatwie wszystkie urzędowe niezbędności, pieluchy, apteki, samochody i co tam wypadnie. Wieczorem Ł. ogarnia dom (nie tylko wzrokiem), ja staram się w tygodniu łazienki i odkurzanie. Generalnie organizacyjnie nie jest to jakieś
strasznie ciężkie. Najgorsze to ta praca wieczorem, ech.

Tyle logistycznie. O potrzebach, problemach i uczuciach,
roztrajaniu się i przytulaniu, czytaniu i zabawach  w
następnym odcinku, postaram się jutro.

Sobota

1 komentarz

Wczoraj rano wstałam w wersji absolutna katastrofa. Szymuś
coś nie mógł spać w nocy, a na dodatek wszystko mnie bolało. Nawet stopy i
dłonie. Dzień przetrwałam na 3 efferalganach. Wieczorem mama, która bardzo
chciała mi pomóc postawiła hipotezę:

To od tego naciągania
się przy oknie
– i wskazała okno balkonowe. Dobry pomysł, tylko to okno akurat
myła teściowa moja kochana, no. Ale hipotezę podłapano, bo w środę myłam 4
dachowe, a nie dość, że ciężka to robota, to zimno już bardzo było. Ale zdążyłam,
zanim zaczął padać śnieg. Tak, jest kwiecień

Ale ostatnie 3 okna na dole umył dziś Ł. Wprawdzie nie ma
dowodów, że to okna mi tak zaszkodziły, ale mój mąż stwierdził, że wyraźnie nie
jestem do tego stworzona. A potem rozstawił deskę i prasował firanki. I oglądał
mecz Realu z Barceloną. Piwo też miał. Lubię nieschematyczne rozwiązania.

 

Jutro dawno zaplanowana notka o logistyce. Specjalnie dla
mamy Leona, o ile nie urodzi do jutra wieczora.

Pierwsza wiosenna burza u nas. Wielostopniowa, już chyba czwarta z kolei.
Cokolwiek robią Franio i Julcia interesuje Szymcia. Julcia miesza budyń w garnku – fascynujące. A jak wycierała się ręcznikiem i ubierała piżamę, to śmiał się w głos. Franio zbliża swoją twarz do jego i Szymuś aż piszczy z radości.

Julcia jest idealnym dziecięciem do cwiczenia konsekwentnego wychowania w wersji AP. Jeśli zachwam spokój, staram się ją zrozumieć i jestem konsekwentna, to  – po wielokrotnych nieraz negocjacjach, ale jednak – dochodzimy do porozumienia i uzgodnienia norm.

Pół roczku, więc i pół tortu, bo jak :):):)

Sześciomiesięczny Szymuś jest absolutnie czarujący. Ma
śliczną drobniutką buźkę, pulchne ciałko, tłuściutkie nóżki. Na nasz widok
zazwyczaj się cały rozpromienia i zaczyna jak szalony kopać nóżkami, aż cały
wibruje. Ma łaskotki, całowany w szyję zanosi się śmiechem. Umie przytrzymać
rączkami twarz osoby nachylającej się do niego i uwielbia „nosek-nosek”.
Zawinięty w chuście albo wesoło podskakuje, albo wtula się ufnie i w krótkim
czasie zasypia, taki mały ciepły tobołek.

Nie umie na razie przewrócić się na brzuszek, ale dopiero
tydzień temu odkrył, ze ma stopy i zaczął je łapać.

Uwielbia
swoje rodzeństwo, choć czasem aż dziw. Ot w sobotę poinformowaliśmy zbójników,
że jedziemy na basen do W. Kto chce, ręka
do góry
– powiedziałam i oczywiście wszyscy chcieli.

 Julcia aż skakała z
radości, pomagała w pakowaniu. Gdy Szymcio się zbudził, popędziła do niego,
wpadła do sypialni, złapała go za rączkę i…

Szymciu jedziemy…
zgłoś się!

Kwiecień

Brak komentarzy

Wychodząc dziś z przedszkola miałam: Frania, Julcię, Szymcia
w foteliku, pościel Julci, ręczniczki, worek ze strojem gimnastycznym, 2
rysunki Julci, Prosiaczka, grę narysowaną przez Frania, ulotki, bo dziś mieli
pogadankę z człowiekiem z elektrowni 9bezpieczne obchodzenie się z prądem),
wiatraczek (też gadżet od człowieka z prądem), 2 parasole i pelerynę.

A ciężarówkę miałaś?
– to moja mama.

Więc gdy na Drogę Krzyżową miałam tylko  wszystkie dzieci i małą torebkę (zresztą Julciową),
to był to pikuś. Szymciowi nabożeństwo podeszło, zaraz zasnął. Franio był
zachwycony, bo zrobili z Julcią łapki (dobry uczynek w ukryciu, łapka ma
wspomóc  Jezusa w niesieniu krzyża, krzyż
do Drogi dla dzieci jest cały już tymi łapkami pokryty) i gdy do niesienie
krzyża wezwano tych, co dziś łapki dali, podszedł i niósł aż 2 stacje (bo
końcowe), a zazwyczaj tylko po jednej. Julcia była dziś jak elektron – krążyła.

Po co są dorośli ?
– pyta ostatnimi czasy Julcia. Żeby się
opiekowali dziećmi, zajmowali się nimi i kochali je.

Dwie ciężkie noce i znienacka Szymuś ma ząbek. Julci
złożyliśmy kartę, żeby zapisać ją na kolejny rok do przedszkola. Franio już
zapisany do szkoły. Julcia śpiewa: Już
ozimina szumieć zaczyna, że nie powróci mróz. I po tym można od razu poznać, że
wiosna jest tuż tuż.
Dwa lata temu śpiewał mi to Franio. A mnóstwo lat temu
śpiewałam to ja. Upływ czasu przygnębia i rozczula, przecież dopiero to,
dopiero tamto. A równocześnie przecież musi być naprzód, wtedy jest sens.

Niedzielny poranek, po zmianie czasu, więc udało się wstac przed nimi.


  • RSS