cypisek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2011

Wszystko było dokładnie tak, jak miało być.

Po białym tygodniu myślałam, ze syn będzie nieco zmęczony, ale dalej chce chodzić na majowe / czerwcowe.
A z perspektywy matki to kurczę blade – jak te ubranka się brudzą! Na szczęście pogoda sprzyjała, więc schło pięknie.

Jutro Franio przystępuje do Pierwszej Komunii Świętej i
wszyscy są bardzo przejęci. Od tygodnia syn nasz kochany, najstarszy odlicza
dni, siostra mu sekunduje. Przygotowaliśmy się najlepiej, jak się dało i teraz
jesteśmy już głównie czekaniem.

Nasz klan bierze aktywny udział w przygotowaniu obiadu (bo
mamy tym razem ciut, ale tylko ciut więcej niż najbliższa rodzina, czyli będzie
30 osób). A ja? Ja byłam dziś prawie 4 h na pikniku naszej dzielnicy. Bo Frania
grupa starszaków występowała (ale nawet gdyby nie, to i tak bym próbowała
pojechać, uwielbiam takie imprezy). Zabrałam wszystkie dzieci, plus Oliwkę,
koleżankę Frani i z przedszkola, i z religii. Występowali pięknie, potem się
dobrze bawili, zjedli lody, pomalowano im twarze (czekaliśmy długo, ale
staliśmy ze szwagrem, co też był, a dzieci trochę stały, trochę biegały,
wreszcie się doczekały, Oliwka i Jula różowego kotka, Franio – smoooooka!),
Szmycio spał w chuście. Kupiliśmy helowe balony i potem 3 takie i 3 zwykłe
balony, dzieci, torbę, wózek i siebie wpakowałam do mojego autka. Było super.

Ścielę łożka, wyciągam: 2 książki z łóżka Julci plus dwie w
nogach, odłożone wieczorem. U Frania 3 obok poduszki, a stosik obok łóżka, na
skrzyni.

Koleżanka pyta od kiedy czytaliśmy dzieciom.

Szczerze mówiąc nie pamiętam, ale z półrocznym Franiem
jechaliśmy hen długo przez Słowację i dośc długo zajmowałam go Obrazkami dla
maluchów – Owoce.

Pierwszego Franklina kupiliśmy jak miał 1,5 roku, najpierw
czytaliśmy fragmentami, potem już całość. Wraz z kolejnymi latami Frania
odkrywał w nim nowe warstwy, powiedzonka, przysłowia, synonimy znanych już mu
słów. Serią czytamy też Tupcia Chrupcia i Puchatki, a oprócz tego mnóstwo
innych. Pamiętam małą póltoraroczną Julcię, której pani w księgarni próbowała
doradzić jakąś obrazkową twardą książeczkę, ale nie, skądże, ona Franklina, bo
Franio Franklina. Od jakiego czasu doszliśmy do świetnego etapu, że książki
czytane dzieciom są fajne i dla nas. Przypomniane zostały Mikołajki oraz Dzieci
z Bullerbyn. Odkryciem nas wszystkich był Emil (Do stolarni!), dziadek czytał
Franiowi, a jak umknął mi jakiś kawałek, to doczytywałam sama.

Poza beletrystyką Franio uwielbia atlasy, leksykony i
encyklopedie. Wczoraj u fryzjera uszczęśliwiał praktykantki szczegółami dotyczącymi
różnych gadów. Po informacji o dżdżownicach osiągających 10 m, żyjących w
Australii, nawet się ucieszyłam, że tam mnie nie ma. A tu syn podaje, że inne dżdżownice też mają do 10 m i są w
Europie.

Nie no coś ty, nie ma takich dżdżownic u
nas.

Zobacz, tu jest napisane – wszystkie kontynenty.

Syn dokonał
wyczynu i umieścił książkę przed moimi oczami (które wraz z resztą głowy były
trochę nie bardzo do czytania, bo właśnie myto mi głowę). Sprawdzam, a  tu…

Tasiemiec uzbrojony!

Czasem natomiast zdarzają się książki, do których mamy
niechęć, albo i coś więcej. Porażką są Przygody Mateuszka, które raz, że trzeba
czytać, jak list biskupów, bo nie podobają mi się tezy bohaterów, a dwa emanuje
jakimś – trudnym d opisania – uczuciem: pogardą, zblazowaniem, coś takiego.

I jeszcze jest Martynka…

Martynkę Julcia znalazła w bibliotece i polubiła, mamy już
jedną część w domu. I jest dziewczę doskonałe: gotuje, pierze, zmywa, opiekuje
się bratem.

Co dziś przerabialiście? – pytam Ł. ,
gdy już wyłoni się z sypialni.

Martynka i ogród.

I co? Pewnie pilnie pracuje? (to była
już któraś przygoda, więc wiedzieliśmy, czego się spodziewać).

A jak! Tak na oko to już z 2 ha obrobiła.

Wiesz mamusiu… – konfidecjonalnie szepce mi Julcia, zniża głos, pochyla głowę, mimowolnie nachylam się do nije, bo jakaś chyba tajemnica?

…Szymuś zainteresował się kaczorem…

Tadam.

Franiowi udało się przetrzymać młodszych i wykorzystał ten
fakt. Mamusiu chodź szybko jest ta
piosenka, co się umówiliśmy
– wypada z pokoju, godzina 21 z minutami,
normalnie wszyscy śpią, ale jest sobota, można sobie jeszcze pooglądać, porysować, jednym słowem nie
spać jeszcze, dzięki czemu siostra i młodszy brat padli i można mamę zagarnąć.
Zgadza się, wczoraj umówiliśmy się, że nie wysłuchałam i nie mogę się też
położyć, bo mam robotę, dziś wg ustaleń słucham…

Zrobiłem ci miejsce
– Franio pamięta całość ustaleń, więc kładę się, przytulam mojego ukochanego
najstarszego, on zamyka oczy (po tym jak najpierw omówił mi szczegółowo, co
narysował, zasypia, ale trzyma mnie mocno za ręce. W ciągu dnia milion razy
słyszę Mamusiu a, bo, czy…

Julia bezkompromisowo egzekwuje, co potrzebuje. Na rączki! Chcę mamę! Wolę mamę!
Wskakuje na kolana, opiera się o plecy, dowolny kawałek mamy, każdy dobry.

Wracam wczoraj z zajęć, wszyscy w ogrodzie, pełnia ludu,
nikt nie cierpi na samotność, Szymcio zadowolony siedzi w wózku i obserwuje,
jak tata gra ze starszymi. Widzi mnie i zaczyna podskakiwać, wiercić się,
popiskiwać. Aż wyciągnę, wezmę na ręce, pozwolę wtulić się w szyję. Wtedy znowu
– ale już z wysokości moich ramion – można zerkać na rodzeństwo.

Przytulić, ucałować, nakarmić, zagrać, wysłuchać, mieć czas
po prostu. Tego od nas potrzebują. I to jest priorytetem. Nie lubię siebie, gdy
tej gotowości i cierpliwości mi brakuje, staram się skupić na każdym, przykro
mi, gdy mi nie wychodzi. Moja filozofia jest prosta – mieć czas (motto na maj w
kalendarzu Pana Kuleczki jest idealne: Wielu ludzi ma zegar i kalendarz, ale niewielu
ma czas). By akceptowali, że czasem trzeba poczekać, bo inni mają potrzeby, ale
by wiedzieli, że są szalenie ważni, że nie są za kimś. Żeby nie budowali w
sobie poczucia krzywdy. Niech się kłócą i naparzają, ale niech się i nas
kochają, nie?

Gdy wychodzimy z przedszkola, ledwie przekroczymy próg
zaczynają mówić. Zawsze równocześnie i nie da się tego rozdzielić. Tak jest zawsze – mówi moja mama, też
tak mieliście. Słucham, ewentualnie proszę o powtórzenie, czy zadaję pytania
dodatkowe, by dojść do sedna. Ustalam kolejność śpiewania piosenek. Pytam, co
jedli (do dziś Julcia zapytuje Frania, czy też miał to co ona). Całuję
pyszczki, biorę za ręce, sadzam w samochodzie, na rowek, podaję hulajnogę,
laufra da. Najtrudniej jest zmieścić pracę. Reszta – no …lubię to.

(kwiatki u cioci, by Franio)

Fajny majowy weekend. Zaczęliśmy od wycieczki w góry (z
ucieczką przed burzą, ale burzę przeczekaliśmy w schronisku, a potem straszyło,
ale nie dolało). Dzieciaki poradziły sobie świetnie, Franio bez jakiekolwiek
problemu (góra umiarkowana na rozgrzewkę), Juli pomagały motywacyjne żelki, a
Szymcio to piechur pierwsza klasa no nie?

W niedzielę tradycyjny grill, trzy pary rodziców i 9 dzieci.
Dzieci występowały w wersji anioły, ze 3 drobne interwencje. Lało, toteż grill
we wnętrzach, ale tak też miewamy. Super fajnie.

A wczoraj wyciągałam z powrotem zimowe buty! Więc duuuuużo
gier było, generalnie mamy ostatnio salon gier, każdy wybiera co lubi i  po kolei lecimy. Franio raz nawet zarządził,
że mamy „Turniej Czterech Gier” (w chwili, gdy już miał 3 wygrane haha).

 

Co do świąt, to poza sprzątaniem ja uwielbiam rytm
świąteczny, a kuchennie to już całkiem, więc nie traktuję tego jako obowiązki
właściwie. Zapomniałam natomiast napisać o bardzo pięknej katastrofie. Były
cztery miseczki z barwnikami: czerwony, niebieski, żółty i zielony. Który
wyleciał Franiowi z rąk? Niebieski (niesiona jako druga). Kominek zyskał na
dole niepowtarzalny dizajn, ale poza tym szkody niewielkie (nauka w końcu
kosztuje nie?): kapcie do śmieci, spodnie się wyprały (zafarbowawszy wcześniej
sporo wody w wannie), z paneli zeszło. Pozostałe miseczki przeniósł bez
konsekwencji. Z porównań matki: znacznie łatwiej usunąć wylany barwnik niż sok
malinowy, gdy butelka wyleci dziecku z rąk. Wtedy miałam wrażenie, że w
półlitrowej butli było co najmniej 5 litrów soku.


  • RSS