cypisek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2011

na wakacje

Z racji nadreprezentacji dni deszczowych umilamy sobie życie zabawami w domu.
O poproszę

Wakacje pod namiotem (wyparły uwielbianą w pierwszych dniach zabawę w szkołę – a chodziło głównie, by sobie tornister ponosić.

Eksperymenty (mamy książkę 111 eksperymentów, więc na jakiś czas nam starczy…). Tajne pismo:

Samonadmuchiwanie się balona (w butelce woda z wapnem musującym)

I straszliwy eksperyment – ząb po tygodniu niemycia (moczony w soku z cytryny). Na zęba czekaliśmy długo (Franio ma na razie tylko stałe dolne jedynki, teraz wreszczie wypadła mu pierwsza górna). Trzeba przyznać, że stan zęba zrobił wrażenie, oryginalnie był zdrowy

Z „Oli i Jasia” – obrazki z ziarenek i traw

Zabawa w piratów. Franio był kapitanem, Julcia sternikiem, a Szymcio – majtkarzem (interpretacja Julci). Ja – kucharzem. Tu krwiożerczy piraci podczas obozowego posiłku.

Kucharzymy, pieczemy ciasta, ciasteczka na wyjazd, robimy obiady. Kluski na parze z jagodami były super

Można też się ustroić

A w środę byłam matką kreatywną roku – pozwoliłam otworzyć dwie wiklinowe skrzynie, gdzie wrzuciłam w zeszłym roku mniej używane zabawki. 2 godziny pełne odkryć!

Wiedeń

Brak komentarzy

9 lat temu byliśmy w Wiedniu tuż po slubie. Pływałam w basenie i oglądałam refleksy światła na obrączce.
Co jest jak było? Miłość rzecz jasna.
Ale teraz patrzyłam, jak Szymuś się kąpie. Byliśmy w Wiedniu 3 dni, zabraliśmy najmłodszego. Było cudnie. Szymuś czarował Wiedeńczyków pięknym u umlaut w tramwajach i metrze, księżyc świecił jak na zamówienie, w ogrodach pałacu aż chciało się czekać na jakąś damę czy dworzaniana. Kawa smakuje jak tu tylko. I wino, i piwo, choć tylko troszkę mogłam.

Szymuś zdecydowanie lubi typowe dania kuchni galicyjskiej.

Relaks…


Jak nie kochać tego miasta?

Gri
nzing

Riesenrad, wjechaliśmy. Zachciało mi się Prateru, sentymentalnie, 9 lat temu też tam byliśmy.

I moje ukochane Schoenbrunn (mocniej kocham tylko monachijski Nymphenburg)

Góry też były w międzyczasie. Zawsze lubię :).

W pierwszą niedzielę wakacji ksiądz G. ogłosił i zaprosił dzieciaki na 4 h zabawy na rozpoczęcie wakacji. Ot pod kościół i plebanię. Franciszek oczywiście usłyszał i koniecznie chciał, my też chętnie się wybraliśmy ciekawi, co to będzie.
I byłam pod ogromnym wrażeniem, ksiądz miał do dyspozycji: trochę muzyki (bo potem puszczający chłopak dołaczył do na dole do działań), 6 wiader, gumę i kolorową płachtę. Ale przede wszystkim miał chęć, plan i charyzmę. W efekcie dzieciaki bawiły się cudnie, starsi wspierali młodszych. Zresztą proszę bardzo:

Julia skacze!!!!

A Szym patrzył
patrzył

patrzył
patrzył
aż zasnął

Oni szaleli, on się wyspał. Same plusy. Niniejszym dziękujęmy Ksiedzu :).

Udany jak wszystkie dotąd. Dzieci poszalały i się wybiegały. Rodzice w sumie też sie wybiegali.

Mnóstwo czasu spedziliśmy w namiocie dla najmłodszych, bo ja poszłam tam z Szymciem, a starsze satelity nadciągnęły chwilę potem i pracowicie budowały.

Absolutnie wybawione dzieci padły jeszcze nim wyjechaliśmy z Krakowa.

Trochę mi narosło zaległości, więc krok po kroku muszę
poopisywać.

W tym roku Boże Ciało było wyjątkowe. Ostatnio tak wyjątkowe
było, gdy ja miałam lat 6, więc rozumiecie. Bo Franio szedł w stroju komunijnym
i dzwonił dzwoneczkiem. A Julcia, ach Julcia sypała kwiatki. Szczerze mówiąc
nie doceniłam jej – miał chęć, wiec przygotowałam koszyczek, sukienkę i płatki
kwiatów, ale sądziłam, że pójdzie jakiś tam kawałek. A ona całą, długą drogę
szła dzielnie i z wielkim przejęciem sypała. Na dywan dla Pana Jezusa.

Potem udało się nam jeszcze 5 razy być w oktawie. Muszę
przyznać, że robi to niesamowite wrażenie. Bo mamy dziewczynek, które, jak i
moja Jula, w skupieniu zagryzają wargi i delikatnie wyrzucają w powietrze dłoń
z płatkami róż, albo przeciwnie, rozproszone, roztargnione, kręcą się jak
frygi, a wraz z nimi wkoło lecą te kwiaty, te dziewczynki, to córki
dziewczynek, które sypały ze mną. Byłyśmy takie same?

Po każdej procesji w oktawie Julcia musiała przejść się
jeszcze raz kawałek i podziwiała kwiatowy wzór.

Cały tydzień pracowicie zbierałyśmy płatki, dziadkowi w ogrodzie,
na łące i od życzliwych przyszłych sąsiadów. A mama chłopca, który lata temu
szedł ze mną do komunii, pożyczyła Julci białą sukienkę swojej wnuczki. Wielkie
miasta mają swoje uroki, ale chyba wolę tę tutejszość i życzliwość.

Spa

Brak komentarzy

Spa domowe…

Bardzo się podobało, co nie przeszkodziło starszej dwójce pokłócić się za chwilę o skarby do łowienia:)

A tu spa zagraniczne – pierwsza legalna podróż Szymcia – Oravice

… się nie wyrabiamy :):)

Ale czy to w czymś przeszkadza?

No i jednak się skończyło. Ciężki dzień mieliśmy wczoraj.
Najpierw rano pożegnanie z panią Magdzią, kochaną panią z Julci grupy –
niestety była na zastępstwo i w przyszłym roku jej nie będzie. Jak już wróciłam
i wjechałam na plac, to po prostu się wzięłam i rozpłakałam. Naprawdę tak mi
źle z tą zmianą.

A potem po
południu. Franio niby był pogodny i uśmiechnięty, ale wyraźnie nie mógł się
rozstać. Najpierw jeszcze rysował flagi, rozmawiał z resztkami grupy, które
jeszcze były (kazał przyjść po siebie dopiero o 15), kładł się na dywanie,
oglądał wszystko, co jeszcze na ścianach wisiało. Wyściskał wszystkie panie,
włącznie z panią dyrektor, wielokrotnie wysłuchał zaproszenia, upewnił się, że
może i zapewnił, że przyjdzie. Pani Ola 
- pogodna i twardo stąpająca po ziemi, też miała łzy w oczach. Z całego
serca życzyła Franiowi, by miał swoją ukochaną dziedzinę i żeby miał w niej
sukcesy. Wreszcie udało się nam zejść (bo wszyscy szli na dół), po rzeczy
Julci. Franio wyściskał jeszcze panią Beatkę (ze średniaków, nigdy jego panią
nie była, ale no właśnie, nasze przedszkole jest takie rodzinne w wyrazie). Po
czym wparował do sali maluszków (żeby brać rzeczy Julci), ale jeszcze sobie  po niej pogonił, potem pobawił się kuchnią
(kuchnia jest wielka i zawsze była jedną z jego najukochańszych zabawek), potem
stwierdził, że posprząta i sprzątnął wszystkie zabawki, ustawił krzesła i
wózki. Patrzyłyśmy na niego, śmiejąc się, że może tak go zatrudnić, do pomocy,
ale tak naprawdę wiedziałam, że ten czas jest mu potrzebny, że też nie jest mu
łatwo. Jeszcze w szatni się ociągał, patrzył na puste już tablice na
prezentacje prac, na jadłospis, na szafeczki (w tym czasie Julcia upewniała się
u mnie, że niezależnie, którą szafeczkę dostanie w średniakach zabiorę jej
wtedy żółty wieszak, bo „on jest
najbardziej mój, mamusiu”
).

W końcu
wyszliśmy.

Smutno ci Franiu?

Trochę wesoło, trochę smutno.

Ano właśnie
tak. Wesoło, bo Franio jest gotowy na nową przygodę (dziś przeszedł tornister,
za parę dni będą książki – zamawiamy razem w parę mam przedszkolnych),
planujemy zakup innych potrzebnych rzeczy. Wesoło, bo wakacje, które
uwielbiamy. I smutno, bo zgodnie z piosenką „pierwszy większy zakręt w waszym
małym życiu”. I mi też – trochę wesoło, choć na razie wciąż bardziej smutno. I
wciąż żal, bo przywiązuję się mocno. Franio też. I trochę ciężko, bo już jedno
nie będzie przedszkolaczkiem, a moja mała Julcinka już nie będzie maluszkiem.

I znowu
Julcia starała się nas pocieszyć – Ale będzie
znowu wesoło, bo na jesieni ja pójdę do średniaczków!


  • RSS