cypisek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2011

Szkoła i okolice

1 komentarz

Franio poszedł do szkoły, cóż było robić. Nie, nie, nie, nie
ma problemu, tzn. on nie ma problemu, bo jest szkołą zachwycony. Bo to przecież
nas Franio, jakby miał się uczyć w kotłowni, to by się zachwycał układem rur.
Wszystko jest fajne, pani jest fajna, koledzy bdb, tylko drugiego śniadania
dawałam za mało – były dwie kanapki, jabłko i picie, teraz są 3. Na okres od 8
do 14. Ale od października wpiszę go na obiady (chce). Chodzi po lekcjach na
1,5 h (w czwartek na 2,5, w środę wcale) na świetlicę i odbieram ich razem z
Lu. Sam chciał na świetlicę, poprosił nas, więc się łaskawie zgodziłam. Zbiera
piąteczki garściami, we wtorek miał dzień, gdy zebrał wszystko: piątka za
zadanie (szlaczki) i za też same szlaczki punkt do przodu na mapie w wyprawie
po skarb, piątka z religii (za znak krzyża, o rany, Julcia w średniakach też ma
teraz znak krzyża), piątka z plusem z religii za zadanie, 2 pkt. do zachowania*
za zrobienie „rekwizytów” (obrazków z pogodą, wpadł na to, bo pani im
wyjaśniał, że dziś nie może zaznaczyć, bo zgubiła część oraz uśmiechnięta buźka
na świetlicy.

Oczywiście nie uczy się na razie niczego, ćwiczy rączki,
ćwiczy wypowiedzi. Mi się tam nie spieszy do ostrego galopu, w domu uczy się
dostatecznie dużo, zresztą, gdyby o samą naukę szło, to mogłabym go uczyć w
domu.

Franciszek sobie ślicznie rozgranicza, w szkole rysuje
szlaczek, liczy patyczkami, rysuje i wycina z przejęciem, a w domu otwiera
sobie którąś ze swoich ukochanych encyklopedii i strzela pytaniami, dwa z
wtorku to: a co to jest układ okresowy pierwiastków i a co to jest wybuch
jądrowy. A potem daje się nawet namówić na zabawę w przedszkole.

A cienie? Konieczność dużego tempa rano, niestety Franio
właściwie nie ma szans np. z nami zagrać. Hałaśliwość i rozbrykanie – jedno
wynika z poziomu decybeli w szkole, drugie z konieczności ruchu. Mimo w-f,
dodatkowego tańczenia i ćwiczenia na sali z panią, podwórka lub sali z panią w
świetlicy widać, ze organizm się tego domaga. Ponieważ pogoda ok., to jak tylko
się da, biorę laufrada i hulajnogę i wracamy pieszo. Kontrolerzy
sprawiedliwości bratersko-siostrzanej już ustalili, że raz jego najpierw, a raz
Julcię.  I tak zasuwamy z Szymem raz w
jedną stronę kółko, raz w drugą, wracając właściwie truchtam za nimi. Cykl
zajmuje nam 1,5 h. Może schudnę.

Cieniem bywa też rozdrażnienie Frania, choć na razie zadań
minimalnie, jeśli nie rozproszy go konieczność zerknięcia, co też robi siostra
i brat, to robi je 5-10 minut. Specjalnie staram się zająć maluchy, żeby mu nie
wchodziły w szkodę, ale w efekcie sam zainteresowany też zerka. I tak wczoraj
kolorował liście jesienne, a ja z Julą ułożyłam z kwadracików i prostokątów
(Franiowych, szkolnych zresztą) zamek i rozgrywałyśmy losy księżniczek Emilii i
Natalii (danonki z papugą, bo jak się okazało te księżniczki lubią zwierzęta),
do której z ratunkiem zmierzał książę danonek z mapą (żeby trafił, Julcia
chciała ze stoperem <czyli kompasem>, żeby mu czas mierzyć, ech biedni ci
książęta dziś). Oczywistym jest, że Franio nie pozostał obojętny na losy takiej
fabuły.

No i jeszcze ja i system. Mamy szansę się nie rozumieć.
Zostałam w tajnych (tak tak) wyborach przewodniczącą trójki (otrzymała 18
głosów na 26 haha, moim zdaniem dlatego, że byłam pierwsza wypisana, ach
jedynka na liście). Dlaczego się dałam wybrać?

a)     
Lubię być zaangażowana

b)     
Interesuje mnie wszystko, co ma związek z moimi
dziećmi

c)      
Nie ufam szkole do końca, a tak zawsze ciut
większa szansa na wiedzę, gdyby coś.

I w zasadzie jestem bardzo pozytywnie nastawiona póki co.
Raz był zgrzyt, gdy Franio (jak się potem okazało zatruty) skarżył się na
lekcjach, a na świetlicy płakał, a potem zasnął (!!!!) i pani ze świetlicy
zaczęła info, że „paluszek i główka”. W końcu to był trzeci dzień szkoły, to
już mieć zdanie, że symulował? ALE – Franio zapytany powiedział, że dla niego
panie były miłe, więc to co najważniejsze było. Pani fajna i sensowna, robi to,
co zapowiedziała pani dyrektor na początku – sprawia, by dzieci szkołę
polubiły.

*Nie podoba mi się za bardzo system punktów za zachowanie,
tzn,. w sumie może być, tylko, że raz np. Franio już policzył, że jakby tak się
spóźniał (-1) to trzeba szybko kwiaty (+5) i będzie +4. Kwiaty mnie w ogóle
denerwują –b o to niby ma być kształtowanie odpowiedzialności za wygląd klasy i
ok. jeśli chodzi o cel, ale nie przez kupowanie / ogałacanie ogródka przez
rodziców (Franio: Weronika ma 15 pkt., bo
dwa razy przyniosła kwiatki, a raz wazon)
. Franio się kwiatów nie domaga (i
dobrze, bo nie dam), ale wymyślił te obrazki z pogodą – sam wymyślił i zrobił,
wspierałam go. Dostał 2 pkt. (moim zdaniem powinno być cenniejsze niż kwiaty
rodzica, czy może się czepiam?).

Ach i jeszcze – bo ogłoszono zbiórkę baterii. No i pani im
opowiedziała (nie wiem, jako co, ale oni zobaczyli w tym rekomendację), że rok
temu dziewczynka przyniosła baterie, które wzięła z pojemnika na zużyte baterie
w Tesco. Ech, całą drogę na rehabilitację tłumaczyłam Franiowi, czemu jest to
bez sensu i nic do ochrony środowiska nie wnosi. Niby przyjął. A już zupełnym
hitem jest 10 grubych baterii, które babcia zdobyła w pracy.

Dodatkowo Franio zapragnął chodzić na jakieś zajęcia w domu
kultury. Najpierw była wizja tańca, bo w zeszłym roku koledzy chodzili (pani
nam coś o baletkach wspomniała, rany!), ale potem usłyszał o plastycznych i
chciał tam. Byliśmy w środę, było na razie 3 dzieci, ale Franio jest bardzo za.
Dobrze, ze to bliziutko, w domu kultury naszym. Starczy, ze basen na drugim
końcu miasta, ale tam to Ł. jeździ. A, a dziś Smoczki Literackie. Nie nudzimy
się doprawdy.

Zabawy

Brak komentarzy

Fajnie się przysłuchuje zabawom dzieci, są coraz bardziej
rozbudowane i – co bardzo, ale to bardzo lubię – mocno ubarwione przez
wyobraźnię.

Ja chcę, żeby Franio
zbudował mi zoo
– Julcia zawsze uderza w mocne tony, prosimy więc Frania
(robiąc najpierw prośbę właśnie). I za chwilę mamy zoo zbudowane z klocków, ale
też zorganizowany program zwiedzania, sklep z pamiątkami, karmę dla zwierząt.

Zamykam Egipt
rzuca Julcia i trzaska drzwiami do pokoju. Tak,
tak
– woła Franio – chodź tu, trzeba
Rzym zbudować
. Na wakacjach na plaży budowali sfinksa. Gdzieś tam w ich
głowach kłębią się nasze lektury, rozmowy, odpowiedzi na setki pytań. A potem
to wszystko wraca.

Pod tarasem na trawie rozbijamy namiot (z koca i krzeseł),
tworzymy statek pirackiSzymuś tradycyjnie jest majtkarzem, Julcia tym razem
zagarnia dla siebie rangę pirata, Franio w takim razie zostaje bosmanem. Przed
nami abordaż, bo zbliża się statek wojenny. Przydałaby
się armata
– to Franio, mam, mam
– krzyczy Julcia – przecież kupiłam sobie
różową armatę na Dzień Dziecka.
I pędzi po swoją – jeszcze wczoraj –
gitarę. Lądujemy na bezludnej wyspie i znajdujemy na niej (na dziadkowych
grządkach) poziomki i jeżyny. Ja jako kucharz podaję obiad (czasem nawet
prawdziwy). Majtkarz jednym ruchem pulchnej łapki wywraca zdawałoby się
szalenie stabilne i ciężkie krzesło, które stanowi element konstrukcyjny
namiotu. Szym wybucha płaczem, bo koc się na niego rzucił, pocieszamy, ratujemy
(w ratowaniu w wykonaniu Julci chyba większe skupienie na namiocie…). Wraca Ł.,
wszyscy rzucają się na niego i zasypują nowinami.

Wakacyjnie

1 komentarz

Wakacje były – jak można się było spodziewać – świetne. No i
czynne, bardzo nawet czynne. Było plażowo, ale leżenie, hmm, no tylko gdy
zabawiałam Szymcia na kocu. A tak to spełniałam się budując, skacząc  na falach, zbierając muszelki, robiąc kluski z
piasku, grając w piłkę na falach. Julcia się nam pięknie morsko ośmieliła i
skakała przez fale jak szalona.

Poza tym jedliśmy – rybkę (Szymcio „lubim to”), gofry, lody,
w Niemczech moja wytęskniona bułka z makrelą, były tradycyjne codzienne 2
przyjemności (lody i plac zabaw nie są przyjemnościami, to już wiemy, ale tym razem
Julcia poszła dalej i zaproponowała mi pewnego dnia: Mamusiu, czy możesz mi zmienić dziś kulki na nieprzyjemność? A
chodziło o to by oprócz odbytych już kulek i jeszcze czegoś, miała dodatkową).

Dzieciaki współpracowały ze sobą bardzo fajnie, z nami też,
tylko Julcia czasem wchodziła w opcję Jaka
ja jestem zmęczoooooooooona
i w ryk, ale jakoś z tym pracowaliśmy.

W dni mniej plażowe odbyliśmy wszystkie zaplanowane
wycieczki: rejs Adlerem do cesarskich kąpielisk (a tam zaplanowane przez
Julcię: fontanna z węgorzami, kamienny plac zabaw i skakanie – i tu różnica do
Polski, niby mieli 10 minut, ale gość mówi, gdy spytałam o godzinę: A niech sobie skaczą.), oczywiście
oceanarium (gdzie tata, dziadek i Franio szaleli z aparatami i kamerą) plus
nowe: Muzeum Wolińskiego Parku Narodowego, wsteczna delta Świny, Jezioro
Turkusowe i Termy w Heringsdorfie (świetny, klimatyczny basen, miła część dziecięca
 i… sporo Polaków w obsłudze, choć
ratownik, który poleciał do kas, sprawdzić ile mam jeszcze czasu do wyjścia,
był akurat Niemcem. A i latarnia w Niechorzu.

Co przeszkadzało? Ano komary, choć najbardziej cięły babcię
i Frania – Babcia i Franio są wybrańcami komarów (by Julia).

Fantastycznie się spaceruje plażą z Szymciem w chuście, Julą
w MT, a Franiem u boku.

Franciszek potrafi dostrzec i rozpoznać gatunki ptaków,
których nazw ja w ogóle nie znam… (z tego też powodu, grając w 20 pytań, nie
wybieram kategorii „zwierzęta” ).

Julcia zrzuciła bagaż lęków, który od zeszłego roku (gdy
ruszyła wyobraźnia) ograniczał jej śmiałość i teraz już wszędzie włazi.

Szymcio najpierw bał się piasku, ale gdy już go opanował,
przystąpił do standardowej czynności małych dzieci – wyrównywania porządku
wszechświata (przez przesypanie odpowiedniej (?) ilości piasku).

Nie było opcji romantycznych spacerów z mężem sam na sam.
Ale szanty pod pięknymi żaglowcami, plaża o zachodzie słońca, czy prześwietlony
sosnowy las i do tego nasze najukochańsze dzieci – było tak, jak miało być.

HMS Bounty

Wikongowie – chłopaki na bitwę, a my na sekcję przędzalniczo-tkacką. I filcującą.

A to Szymuś właśnie

No i poszliśmy… Franio wkroczył do naszej starej szkoły (ach
jak sentymentalnie nam z Ł. było), pasowano go na ucznia, dostał plan lekcji.

I jak mu się podobało?
– to pytanie zadali mi tata, mama, teściowa, ukochana ciocia-niania, pani Ola
(z przedszkola) i wujek.

No jak to Franio, znamy go przecież. Gdyby miał się uczyć w
kotłowni, to by się zachwycał układem rur pod sufitem. Wszystko mu się
podobało. Pasowanie, program artystyczny, pani, klasa, fakt, że jest ich
pięcioro z przedszkola.

Bo ja mamusiu to lubię
naukę…

Po południu wszystko opowiedział pani Oli bo pojechaliśmy po
Julcię. Julcia nie miewa aż takich zachwytów instytucjonalnych.  Dziś rano zmieniła front i oświadczyła, że
nie idzie, ale płacz był mini mini, a potem ok. Pojechałyśmy, świsnęłyśmy dla
niej niebieski wieszak, oddałyśmy pastę, kubek i szczoteczkę, smoka – maskotkę
wcisnęła do szafki (buch, buch, buch) i już koledzy wołali, żeby tu, tu, czy
też tu siadała. Doniesiono mi, że miała kryzys półgodzinny, ale jak po nią przyjechałam
było dobrze, tyle że wyskoczyła na mnie jak z procy. Jak to Julcia.

Szymo obejrzał rozpoczęcie i obszernie komentował program
artystyczny.

A po południu pojechaliśmy czcić. Bandą. Tyty zrobiliśmy i
dostali: Pierwszak jako pierwszak, a siostra jako Siostra Pierwszaka.

Lody zjedli…

…i się rozbiegli. A co!

A niektórzy tęsknie patrzyli

Fajnie było.


  • RSS