cypisek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2011

Dotrwali! Dzielni są niesłychanie. Gdy rok temu Franio
stwierdził, że chciałby w następnym  -
czyli tym – być na wszystkich roratach, przełknęłam ślinę i stwierdziłam
„Spróbujemy”. Prośbę powtórzył końcem listopada, więc matka ustaliła logistykę
pierwszego tygodnia. Julcia wybrała się z Franiem, w poniedziałek i wtorek. Po
wtorku wydawała się tak zmęczona, że założyliśmy, że już nie pójdzie, albo
przynajmniej zrobi przerwę. Do czego zresztą ją delikatnie namawialiśmy. I może
tu clou? Bo wręcz przeciwnie, poszła i chodziła wszystkie dni po kolei, łącznie
w dwiema rannymi sobotami (na 7!). Robili serduszka, odpowiadali na pytania,
zgłaszali się (też oboje) do mikrofonu. A my dzielnie im towarzyszyliśmy – Ł.,
ja, dziadek i raz nawet babcia. A ten, kto nie towarzyszył, to np. Szymcia
pilnował.

I jestem im bardzo wdzięczna za ten pracowity adwent. Mimo
zmęczenia, mimo konieczności pilnowania, by zrobić serduszka, odpowiednio
szybko odrobić lekcje, umówić kolegę / koleżankę w odpowiednich godzinach,
dopilnować szybkiego pójścia spać, bo organizm ma swoje prawa.

Ale potem wchodziłam z nimi do kościoła, siadałam spokojnie
w ławce, a wielka gromada dzieci z lampionami wchodziła procesją, dziecięce
buźki delikatnie oświetlone, maluchy i starszaki z przejęciem śpiewający
„Niebiosa rosę spuście nam z góry”. Nie udało mi się wpisać na rekolekcje
internetowe, ale wysłuchałam mądrych kazań na kanwie „Pamiętnika papieskiego
anioła”, mądrych, choć / bo (?) dla dzieci.

I oczywiście przeżywałam losowanie nagród. U św. Pawła,
gdzie głównie bywamy ksiądz jest  zawsze gotowy
chyba na 3-4 nagrody, ale koszyk jest dostępny i można nagrody dorzucać. I
dorzucali ludzie sporo, my też. Ksiądz nie oszczędzał, nie zostawiał na potem,
codziennie brał 8-9 osób, a koszyk codziennie się napełniał. Pod koniec III
tygodnia – w dniu, w którym szalejący wiatr łamał u nas gałęzie i nawet
przewracał drzewa, ale jednak dotarliśmy - 
Franio wreszcie wylosował, w ten sam dzień też Emilka i Tomek. Julcia
nie, więc płacz. Trochę łzy osuszył fakt, że Emilka jej oddała nagrodę –
czekoladę. I czekała, że będzie jej kolej. I faktycznie – następnego dnia była
pierwsza wyczytana! A po niej Franio. Potem w tygodniu Frańcio raz jeszcze, a
dziś ksiądz wykańczał koszyk i było dużo nagród byli całą czwórką. Cudnie.

A jutro dzień zakończenia i wielkie nagradzania.

 

Update: oczywiście dzień ostatni rorat już był, dzieciaki
dostały nagrody – książki (pełny zachwyt, zwłaszcza, że wybrać mogli).

Przygotowania do Świąt mimo ciężkich (dla mamusi) pierwszych
dni grudnia, udały się nam świetnie – mamy trzy rodzaje pierniczków,  zrobiliśmy dużo ozdób, szopki papierowe i
suszone pomarańcze.

Sprawdził się robiony kalendarz adwentowy – handmade mamusi –
z  pudełek od zapałek, do którego
wkładałam zadanka. I jeszcze oczywiście zaznaczanie obecności roratniej i serca
na dobre uczynki.

Najsłabiej ma się u nas sprzątanie. Sprzątanie nie ma
potrzeb emocjonalnych i wychowawczych, naprawdę cierpliwie czeka. I trochę się doczekało,
Ł. ogromnym wysiłkiem mnóstwo zrobił nocą, my troszkę w dzień. Za to lepiej nam
w kuchni, więc oprócz pierniczków, był makowiec, keks (dla tatusia), sałatka.
Resztę robili inni uczestnicy wigilii. Dzieciaki ubrały choinkę naszą i babciną
i Święta nadeszły.

Roraty

Kalendarz

Gotowość

Św. Mikołaj

Świąteczne przedstawienie lasy Frania. Łzy oczywiście były i tedy (pokaz dla rodizców) i w czwartek przed świętami, gdy byłam siłą teczniczną do przebierania dziewczynek)

A to zdjęcie daję, bo ten zachwyt na twarzy Frania…

Ozdoby

Szalny renifer

 

Stecówka

2 komentarzy

Listopad był absolutnie straszny i dlatego teraz będę
nadrabiać. Nadrabiam w wielu dziedzinach, bo w pewnym momencie trzymałam kurs
tylko na dzieci i to, co do pracy musiałam.

Listopadowy układ miał wpływ na wiele rzeczy, nie tylko na
ogromną górę prania, którą mi dzielnie pokonuje kochana teściowa, ani na zwały
kurzu, bo sprzątanie nie płacze i nie woła.

Także na podjęcie pewnych decyzji, decyzji strasznie
trudnych, zwłaszcza dla mnie, ale do tego jeszcze wrócę.

Na razie na start Stecówka. Planowaliśmy ją na ten sezon, a
bardzo piękna jesień nam umożliwiła jeszcze w ostatnich dniach października
zabrać trójkę w góry.

Na Stecówce nie byliśmy już dawno, ostatnio na ślubie
koleżanki, 9,5 roku temu, ale wcześniej bywałam tam wielokrotnie – przy okazji
rekolekcji, a jeszcze wcześniej byłam w gruźliczym sanatorium na Kubalonce i wszyscy
odwiedzający brali mnie na przepustkę przynajmniej raz tam. Była to prosta (w
sensie trudności i kierunku) leśna droga. Teraz niestety ją wyasfaltowali i to
od razu nas zdegustowało. Ale wytyczono nowy szlak, więc skręciliśmy z asfaltu.
Zrobiło się pięknie, malowniczo… tylko znacznie dłużej, bo szlak chyba górkę
obiegał. Ostatecznie na samą końcówkę wróciliśmy na asfalt, bo zaczęłam mieć
obawy, że szlak minął Stecówkę i wyjdziemy na Pietraszonce, albo i  (po kolejnej godzinie) pod Baranią Górą. A to
już nie lato.

Ale dotarliśmy i pyszny żurek zjedliśmy, i wróciliśmy już na
krótsze. Franio się nieco zadziwił,  jak
tym razem szybko poszło.

 


  • RSS