cypisek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2012

21.23

2 komentarzy

Jest coś niehumanitarnego w zabieraniu się do pracy
umysłowej, wymagającej skupienia i koncentracji o 21.23, czyż nie? A ja muszę.
A jak fajnie się zasypia nad laptopem.

Siedzę, a obok laptopa leży telefon. Śledzę, czy nie
pojawiają się kolejne smsy. Było już lotnisko w Barcelonie i Monachium. Czekam
na Katowice.

Nie lubię sama zamykać drzwi, gasić świateł, wyłączać lampki
w akwarium.

Pomódlcie się proszę ze mną o malutką dziewczynkę, która ma
się urodzić za 7 tygodni, a ma wadę serca, nie wiadomo, co będzie. Jej mama
czeka.

Julcia i Franio mieli po 4. Normalnie lepiej niż rodzice. Bo
my jeden tak dla nas, a tak to dla nich. Franio jak już wiadomo chciał być
strażakiem. I był. Hełm z masy papierowej to nasza duma. Julcia poprosiła o aniołka.
Sukienkę pożyczałyśmy, więc ręcznie zrobione skrzydła.

I tak Franiu bawił się na świetlicy i w szkole ogólnie,
Julcia w przedszkolu i na tańcach, razem byli na balu w bibliotece, na
zakończenie ferii w bibliotece, no i jeszcze był bal… w domu. Bal Misiunia i
Małgosi, na który też byliśmy zaproszenie (miód i wino…). Misiunio i Małgosia
wyrazili ustami swoich opiekunów życzenie, że chcą być też aniołkiem oraz
królową. No to byli. Misiunio jakoś w trakcie szycia utył i ostatecznie zszyłam
sukienkę na nim. Szyłam ją  domu kultury,
podczas tańców i panie tamtejsze wcale się tym nie dziwiły, przeciwnie uraczyły
mnie opowieścią o szwagrze jednej, któren to szwagier też szył ubranka.

Przygotowaliśmy też poczęstunek, dekoracje, muzykę, Franio
wymyślił i zorganizował z 8 konkursów (jeden nawet wygrałam, przy wsparciu
babci). 1,5 h jak z bicza strzelił.

Szymcio aktywnie uczestniczył na balach bibliotecznych i
domowych. Była muza i jedzenie, czyli wszystko, co mu potrzebne do szczęścia.
Jak tylko słyszy jakieś dźwięki to puszcza w ruch swoje bioderka i tlustą
pupcię i dalejże w tany. Stąd podarowane przez św. Mikołaja „kluczyki” z
melodyjkami rządzą. Ostatnio odkurzliśmy (Sz. na plecach moich) i cały czas
mnie raczył muzyczką – prosto do ucha.

W bibliotece też szalał i budził powszechny zachwyt. Co nas
zupełnie nie dziwi, prawda?

Ferie mamy, czyli jestem zajęta bardziej niż zazwyczaj.
Franciszek ma ferie legalne, Szymcia ma na razie ferie stałe, więc panna Julia
też sobie zażyczyła. A że przedszkole to nie kolonia karna, więc nie ma sprawa.
W poprzednim tygodniu biegaliśmy na sanki i łyżwy (informacja o tym budzi
seryjne zdziwienie, jakby wychodzenie na mróz było absolutnie niemożliwe. A
taki np. Frańcio to wracał spocony…). Na łyżwy podrzucił nas tata mój (bo moim
autem mąż zawiózł się na lotnisko, a jego nie lubi takiego zimna i się
zepsuło), ale wracaliśmy autobusem. No i weszłam do autobusu: dwójeczka plus
plecak duży (2 pary łyżew tam) z doczepionymi kaskami plus trzecia para łyżew
klasycznie zawieszona na ramieniu plus rulon brystolu (bo robimy skrzydła).
Rulon trzymał Franio. I zupełnie nie wiadomo dlaczego od razu podniosła się
starsza pani i zmusiła nas do siadania.

W tym tygodniu mam trzeci dzień szkolenie. Normalnie niemal
plaża: raz że po raz pierwszy od kilku lat jestem na jakimś szkoleniu takim
całościowym, dwa, że nie muszę natychmiast z tego czegoś zrobić (bo np. byłam
na kilku szkoleniach z Krajowych Ram i już mogłam robić efekty kierunkowe do
pracy, ale i tak miło zazwyczaj muszę się sama nauczyć wszystkiego), dwa –
siedziałam, ot tak siedziałam, trzy  -
nie musiałam się troszczyć o niczyje samopoczucie, cztery – nie rozstrzygałam
sporów, pięć – było ciekawe. Ale już starczy, trzy dni to zdecydowanie dość.
Maluchy w tym czasie zostały oddane babciom i dziadkowi, były z dziadkiem
dwukrotnie na feryjnych zajęciach o bohaterach Astrid Lingren w bibliotece.

Przy okazji zajęć Julcia wystąpiła jako to dziecię z
dowcipu, które nie mówiło, bo kompot zawsze był.

4 lata malowała głównie bazgroły, na palcach jednej ręki
mogę policzyć obrazki, w których Julcik zechciał i namalował coś z kształtem.
Owszem od jesieni polubiła kolorowanie.

No i tak było 4 lata, a sobotę dostała szary papier,
klękła i namalowała portret Idy i Emila. Ot tak. I daliśmy je na biblioteczny
konkurs.

… tak posłuchać pochwał (to z komentarzy), ale niestety nie bardzo na nie zasługuję. Ja po prostu to wszystko lubię. Chętnie wychodzę, jeżdżę na sanakch czy łyżwach itd. Taki duży dzieciak ze mnie. A na zebranie w pracy, to ech… Jakoś nie czuję bluesa długich dyskusji, z kótrych niewiel wynika.

Teraz czekam na wieść od Ł. Bo już wylądował (amplituda prawie 30 stopni, bo  w Barcelonie sobie był) i czy mu auto zapali?
Przez 3 dni oprócz rzeczy swoich robiłam te, co on – sprzatałam, paliłam w kominku. Tylko w drewutni byłam wyłącznie w poniedziałek, potem mi tata mój kochany przyniósł drewno. I choć sporotego, to najbardziej po prostu tęsknię za Ł. Za obecnością i przytuleniem. To chyba nieźle, jak na 9,5 roku małżeństwa?


  • RSS