cypisek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2012

Prezentacja Frania udała się wprost nadzwyczajnie ku naszej
ogromnej radości, dziękuję za zainteresowanie. Syn prawie tańczył na chodniku, gdy szliśmy ze szkoły (często
tak mi skacze, jak mały źrebak, gdy jak twierdzi – miał doskonały dzień),
wystąpił u siebie i w I c, a pani poprosiła o dokserowanie zadania dla dzieci,
żeby wystąpić też w I a, dostał max. 25 pkt. i 5 kroków w wyprawie po skarb, w
związku z czym znalazł się na Grenlandii. Po wystąpieniu (następnego dnia) w I
a pani planszę zostawiła w klasie. Nie ukrywam, jestem fanką pomysłu z
prezentacjami, możliwość zrobienia czegoś swojego, w całości, zaplanowania i
wykonania – dla mnie super, brałam udział z ochotę. Ciekawe jak inni rodzice, w
środę zebranie, może ktoś puści parę.

Odnośnie Frania i ptaków Małgorzto kochana – ja co prawda
wiem ciut więcej, bo mój tata jest przyrodnikiem pasjonatem, ale Franiowi do
pięt nie dorastam. Graliśmy w 20 pytań, on zgadywał, wymyśliłam jaskółkę. 9
pytanie było takie: czy to któraś z jaskółek? I był doprawdy oburzony, że ja
nie miałam konkretnej, jak to tak? Z dziadkiem zaginają się wzajemnie dziwnymi
ptaszyskami. Jedną z ukochanych lektur syna jest Atlas ptaków. Drugą grupą „jego”
zwierząt są ryby. We wspomnianej grze doszłam kiedyś do stanu, że wiedziałam,
jaka jest wielkość, gdzie żyje itd., ale jakim cudem miałam zgadnąć, skoro
nazwę „szkaradnica” usłyszałam po raz pierwszy, gdy już przegrałam? Jets
pasjonatem, lubię to.

Prezentacja Julci (przeznaczona do pokazania koleżance, a
dodatkowo szalenie ciesząca Szymcia) nosi tytuł „Jesień” z podtytułem „Zdjęcia
mamusi i tatusia” (czysta kurtuazja, moje są 2 na 25, bo chciałam Ł. też
sfotografować).

Oto prezentacja, a pod spodem kilka próbek:

Łabędź

Sikorka bogatka

Kos

Mewa śmieszka

Paw

Kwiczoł

Dzikie gęsi

No i nasze w liściach

D-Day

3 komentarzy

D-Day miał dziś Franio. Robił bowiem swoją pierwszą
prezentację. Pani zleciła (w I klasie na razie dobrowolnie), żeby przygotować
kilkominutową prezentację o czymś, co go interesuje. Franio wybrał ptaki i
mniej więcej 1,5 tygodnia mieliśmy świetne zajęcia z planowaniem. I zrobiliśmy
tak: na wielkim brystolu A1 (zrobiliśmy z Franiem wypad po rehabilitacji do
papierniczego plus  - skoro już byliśmy…
- na małych lodzikach na Rynku, korzystając z okazji, że sami można było nieco
więcej zadbać o najstarszego), niebieskim Frańcio nakleił swoje zdjęcia
(zdecydował, że wyłącznie swoje,  a żeby
mieć więcej dwa dni dodatkowo czaił się pod karmnikiem). Zrobił podpisy. I to
pokazał. Potem zaplanował omówienie kilku ciekawostek – wybraliśmy 4 ptaki:
zimorodka, żurawia, jemiołuszkę i krzyżodzioba. Na koniec znaleźliśmy w jego
kochanym „Przewodniku prawdziwych tropicieli” śmieszne zdjęcie z karmnikiem i
mówił o dokarmianiu. I jeszcze zrobił zadanko – taki kwadrat literowy z nazwami
ptaków (na wniosek cioci-niani postanowiliśmy jednak te nazwy ujawnić, w sumie
nie wiem, ile dzieci potrafiłoby znaleźć, w końcu Franio to hobbysta).

 

Czy kogoś dziwi, że Julcia też musiała zrobić prezentację?
Wybrała sobie zdjęcia, zażądała brystolu, nakleiła, udekorowała brokatem?

 

***

I nadrabiając zaległości – szopki w Strumieniu nie mogliśmy oczywiście opuścić!

 

Czy ktoś
odważy się zakwestionować, że to dobre, iż dzieci są kreatywne? No jakże,
przecież w tym celu dostają różne zabawki (albo same je sobie tworzą), chodzą
nawet czasem na różne zajęcia. Kreatywność wylewa się z każdego pisma. A potem…

Wstałam sobie z rana, ta miła 6.15 i ucieszona (nie porą,
ale tym że wstałam tylko ja, a nie Szymcio albo i Lula) udałam się robić
śniadanie. I nagle AAAAAAAAAAAAAAAA (ale po cichu, bo przecież śpią).
Poprzedniego dnia Syn mój najstarszy rzucił lekko w biegu (Pani F. prosiła,
żebym na jutro przygotował eksperyment). Pani F. prowadzi kółko przyrodnicze,
na które Frań chodzi i je uwielbia. Dzieci mogą same przygotowywać i prezentować
wszystkim eksperymenty. Dla mnie bomba, to jest właściwa forma edukacji. Chyba
że zapomni się zrobić to dnia poprzedniego, a jest 6.30, o 7 trzeba jeść, 7.35
opuszczać dom.  Ale nic to, pocwałowałam  po schodach (rzecz jasna po cichu) i obudziłam
Frania. Przygalopowaliśmy na dół i on studiował książkę, a ja biegałam między
śniadaniem a kanapą. Znaleźliśmy, akurat wrócił mąż (któren był na targu),
jeden dobrano, Franio przećwiczył go 3 x, młodsi dalej szczęśliwie spali, 7.10
obudziliśmy Lu, Franio zjadł, ja w tym czasie mu wszystko spakowałam i mąż
pojechać z nim do szkoły, a potem wrócił i zawiózł Julę (bo nie zdążyła się
zebrać na czas). Poranek wrócił do normy, nakarmiłam Syna Młodszego i życie się
potoczyło.


Następnego dnia Jula postanowiła, że ona też zrobi
eksperyment. Oki, wzięła garnek, zażądała wody, farby (do tkanin, jako
barwnika) i zamoczyła kartkę. Postanowiła czekać aż się zafarbuje. Ja tylko zażądałam
przejścia z paneli na płytki, więc przeniosła się do kuchni. Kartka nie chciała
się farbować, przyszła pora robienia budyniu (rytuał czwartkowy, Franio na
basenie, my gotujemy), więc mąż zaproponował odstawienie na bok, a podał Julci
pudło z budyniami i innymi galaretkami itp. oraz przyprawami typu „do słodkiego”
(cynamon itd.). Ponieważ piłam kawę (błąd błąd błąd) nie poszłam od razu do
budyniu. Jul wybrała i siadła koło mnie, Szymcio radośnie bawił się za
kominkiem , czyli w kuchni. On też lubi to pudło, szuka zawsze otwartej
torebki, sypie (bo lubi ten dźwięk), potem chwilę rysuje w wysypanym (pewnie
też lubi), po czym się martwi i leci do mnie ze zmiotką i łopatką. Ale tym
razem zero sypania, więc leniwie pomyślałam, że może nie było nic dość
otwartego. Julcią poszła do Szymcia, dalej pełny spokój, nagle słyszę CHLUPOT.


Zaglądam,  a tu w
eksperymencie Julci jeden budyń. Uff myślę, ale zaraz widzę obok górę mokrych
torebek. To Julcia już wyłowiła… Poratowała brata. Czemu mnie nie wołała? (może
jak u naszych znajomych, gdy młodsza zrobiła basen w łazience, tata spytał
starszą, czemu nie wołała – Żeby Cię nie denerwować).


No więc kreatywność rozwinięta. Plus cenne społecznie
wsparcie rodzeństwa.


  • RSS