cypisek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2012

Do północy

3 komentarzy

Czekam do północy, żeby podać drugą dawkę leku.
Blisko 40 stopni gorączki dziś.
Maluch uśmiecha się, gada, a na policzkach czerwone kółeczka od temperatury.
Ostra angina.
Antybiotyk.
Śpi niespokojnie, mokry, budzi się, płacze.
Julcia denerwuje się, gdy on płacze, mamusiu, nie mogę tego krzyczenia.
Przed Świętami tak samo chory był Franio, całkiem nagle, Mamo, zimno mi, mamusiu, boli mnie głowa, i za chwilę 39.
Próba bez antybiotyku, ostre uczulenie na lek.
Antybiotyk.
Po Świętach Ł., wziął antybiotyk, trochę poleżał i poleciał do Barcelony. Nie zawsze da się cos ominąć.
Mój szef zwolnił mnie dziś z części konferencji, żeby m już poszła z Szymciem do lekarza, czy to zaskakujące, że takie ludzkie odruchy czasem mnie zadziwiają? Reszta tygodnia w domu.
Bolą mnie czubeczki palców ze zmęczenia.
Podam ten lek i pójdę przytulić rozgorączkowane ciałko.

Marcowo

Brak komentarzy

Odbyliśmy pierwsze szkolne rekolekcje. Co prawda rozpoczęłam
od zgrzytu zębami, bo czemuż u licha najmłodsze dzieci miały dopiero o 15,
czemu to gimnazjaliści muszą mieć poranki? Ale same rekolekcje były świetne,
bardzo żywe, pół godziny śpiewania, fantastycznie dobrana treść i sposób
podania. Jak wyglądał Franio w środę wychodząc – otóż na głowie miał opaskę
motyla, na nogach spodnie taty. Julcia (która oczywiście też wybrała
opcję rekolekcje zamiast przedszkola) motyl + siatka na zakupy. Bo… mieli
zbierać kamienie na szatana. Bez obaw, ksiądz nie propagował przemocy, ale
punkt wyjścia był świetny, doprowadził do wiary, modlitwy, różańca. I tak mi
również po raz pierwszy od dość dawna udało się odbyć cały cykl nauk, co
prawda dziecięcych, ale źle mi to nie zrobiło. Ł. chodził na ranne nauki
ogólne, rodzicom udało się na stanowe. A gdy w środę dzieciaki miały Mszę
i  ściany kościoła drżały od głośnego
śpiewu, to normalnie śmiać się mi chciało z radości.

A po
środowych rekolekcjach poszliśmy z Franiem… do przedszkola.

Rok temu, też w marcu, moją tradycyjną chandrę marcową
zdominowała konieczność  zapisania Frania
do szkoły. Teraz szkołę już całkiem nieźle znamy i jak? No cóż, ja dalej
tęsknię za przedszkolem, bo jednak to był taki kochany świat, ale szkołę bardzo
polubiłam. Franciszkowa pani jest świetna, już na listopadowym zebraniu
zorientowaliśmy się, że świetnie poznała „swoje” dzieci. Na ostatnim zebraniu,
w połowie marca ucieszyła mnie planem wycieczki – na nogach! Od samej szkoły! W
góry! No, na Dębowiec, ale to też pod górkę. Nie autokarem, nie objazdówka, dla
mnie bomba, zważywszy gdzie mieszkamy i ile godzin spędzają w autach obecne
dzieci. Lubię jej metody pracy i otwartość. Podeszłam do niej przed feriami, bo
Franio planował zrobić walentynki dla wszystkich pań i dzieci, a myśmy trochę
się bali. Że nasze otwarte, ufne dziecko zostanie, no nie wiem, wyśmiane.
Zresztą, uczciwie mówiąc, to jest moja stała obawa niestety, chociaż na razie
na szczęście nie trafia się tak. Albo że panie się obruszą, że walentynki, no
nie wiem. Tata mi poradził, żebym po prostu do pani podeszła i z nią to
omówiła. Normalnie nie ma to czasem jak najprostsze rozwiązanie. Powiedziałam
jej, jak Franio podchodzi do walentynek (Franklin, Franklin) i ona się ucieszyła.
Powiedziała, że będą o tym mówić na lekcji też. I tak walentynki były miłe i
bez stresu, a Franio przyniósł do domu lizaka serduszko i serca ozdobione
kwiatkami od koleżanek.

(A następnego dnia musiałam zrobić nową porcję
walentyneczek, bo Julcia postanowiła obdarować swoją grupę).

Sam Franio szkołę uwielbia, chętnie do niej chodzi i ma się
tam świetnie. Byliśmy właśnie na tym spotkaniu, środowym…absolwentów. Panie
zaryzykowały i udało się rewelacyjnie, na 27 możliwych dzieci, przyszło 23. Pomysł
wziął się stąd, ze nasze panie były mocno zżyte z dziećmi, były też ciekawe, co
słychać o tych dzieci, które nie mając młodszego rodzeństwa, nie bywają w
przedszkolu. Ale choć Frańcio uwielbia do pań chodzić, i opowiada im bardzo
szczegółowo wszystko, na spotkaniu bawił się rewelacyjnie, to za przedszkolem
już nie tęskni. Woli szkołę, jak widać dorósł do niej i we właściwym czasie się
w niej pojawił. Oczywiście na jego odbiór wpływa fakt, że póki co radzi sobie
świetnie. Czytać już umiał, rączkę ma wyrobioną i pisanie też mu idzie bardzo
dobrze, w liczeniu program jest jeszcze daleko za nim w tyle, dobra pamięć
pozwala mu szybko zapamiętać angielskie słówka. Problemy – ku naszej radości,
bo przeżywa je mocno – ma rzadko, o, np. przewrót w przód był takim. Nie lubi
nie umieć, znosi to obecnie źle, aby mu pomóc trzeba najpierw przeczekać atak „nigdy
się nie nauczę, najszybciej za 100 lat, a może i 200”. Ciężko to czasem
wytrzymać.

Chodzi na kółko przyrodnicze (tak bardzo chciał, że
zmieniliśmy mu rehabilitację ze środy na wtorek), robią eksperymenty, sami też
mogą je przynosić i robić, więc żyjemy fizyką. Świetnie czuje się w klasie i na
świetlicy, tuż przed Świętami zrealizowali fajne przedstawienie wielkanocne.
Brawurowo wygłosił „Katar żyrafy” i wygrał w pierwszakach konkurs recytatorski,
po Świętach zaś pani katechetka bierze go na konkurs w Katolickim
Stowarzyszeniu Młodzieży. Pani wychowawczyni mówi i zawiera to też w ocenie
opisowej, że w klasie jest lubiany i poważany. Lekcji do odrabiania ma malutko,
więc odkąd zszedł z piętnastokrotnego  cyzelowania literek i odkąd mniej się
rozprasza, to zajmują mu niewiele. A więc start udany. Oby tak dalej, myśli
matka, która niestety miała różne okresy w tejże instytucji. Zwłaszcza
towarzysko.


  • RSS