cypisek blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2012

Dziękuję Wam wszystkim.

Byłam sobie w Niemczech, znowu w moim kochanym Darmstadt.
Fajna grupa studentów (ukraińskich), świetnie pracowali. Ciekawy projekt.
Fantastyczna kolacja pożegnalna w Bayerischer Biergarten – klimat idealnie
bawarski i przypomniało mi się moje fantastyczne stypendium i monachijskie
lato. A wraz z nim Nyphenburg, Englischer Garten czy bajkowy Neuschwanstein i
Alpy.

A w Darmstadt siedziałam jak zawsze w mojej ulubionej
kafejce, piłam kawę, patrzyłam na ludzi. Najbardziej lubię tam to uśmiechanie
się. Gdzie bym nie szła, uśmiechają się do mnie.

A tu z maila do koleżanki:

„Najgorszym wydarzeniem tygodnia weekendowego była niestety
śmierć Prababci.  Od 6 lat miała dializy
i powaliła ją właśnie ta krążąca ostatnio jelitówka.  Zmarła jak byłam jeszcze w Niemczech, więc
powiedziałam Ł. że ja powiem dzieciom, niech choć tego na siebie nie bierze,
skoro jemu ni miałam jak pomóc na odległość. Julcia przyjęła dziecięco, ale
Franiowi było ciężko i smutno. Dzieci siostry Ł. – Emilka zrobiła otwieraną
trumnę z babcią w środku, a Tomek precyzyjnie ustalił, że babcia umarła jakby
ciut nielegalnie, bo pradziadek jest starszy (tak tak, ma listę całej rodziny
wg
wieku) (tata teściowej, babcia to mama teścia). Nie przyjmujemy opcji, że pradziadek
żyje nielegalnie:).  Na pogrzebie Franio wypłakał paczkę chusteczek, ale
na spokojnie, stał ze mną, trzymał mnie za rękę i łzy mu ciekły po buzi. Mogłam
tylko z nim być, nic mu ująć nie mogłam. Generalnie Ci powiem, że pogrzeb był
smutny, ale pogodny, taki wiesz, z nadzieją. I tylu ludzi było. I tak dobrze ją
wspominali. A sama babcia miała do końca jasność umysłu, ale tylko ok. pół h
wiedzieli już i ona i inni, że to koniec. A obaj synowie z nią byli. Dużo łaski
więc, jak widać. Julcia przybyła potem na stypę i orzekła, że ustaliły z Sonią
(w średniakach w przedszkolu), że w niebie też żyją. I tego się trzymajmy.
Dalej jest nam smutno, ale spokojnie smutno – myślę, że rozumiesz, co mam na
myśli. Kontynuując złote myśli mojej córki – babcia teraz lata po niebie i
patrzy na nas.”

A na koniec weekendu, w niedzielę, przed pogrzebem, poszliśmy
znowu w góry. Tym razem na Czantorię.

Dziś w nocy zmarła babcia Ł., prababcia moich dzieci, miała
82 lata. Od tygodnia była w szpitalu, złapała jelitówkę, że od kilku lat była
dializowana, przechodziła ciężko. Wczoraj Ł. tam jeszcze był, całe szczęście,
bo choć była kiepska, to jednak nie całkiem się tego spodziewaliśmy. Niestety
dzieci już nie mogły być, w niedzielę przekazywały babci, żeby wracała, bo chcą
ją odwiedzić. Już się nie uda. Dodatkowo jestem na 4 dni w Niemczech, do jutra.
Wykład przy okazji projektu. Nic nie mogę im pomóc. Zaproponowałam tylko Ł., że
może im jeszcze nie mówić, powiemy im razem lub ja to zrobię. Tylko jak mówić dzieciom,
że już nie mają prababci na ziemi? Tu śliczna pogoda, miły pobyt, ale łzy płyną
po policzkach. Franio, Julcia i Szymcio byli szczęściarzami, mieli kilka lat
prababcię. I to taką, która się nimi żywo interesowała, podobnie jak i
pozostałą dwójką prawnuków. Mam wyrzuty sumienia, od dłuższego czasu regularnie
wywoływałam jej porcjami nasze aktualne zdjęcia, w tym roku było mi tak ciężko,
zaniedbałam to, wciąż chciałam zrobić. Też już się nie uda.

Obiecane jest ważne, czyż nie? A więc skoro obiecałam
dzieciakom wycieczkę w góry, skoro wybrały cel (Klimczok, przez wyjazd kolejką
na Szyndzielnię), skoro były nastawione entuzjastycznie, skoro wreszcie (po 4
tygodniach, chorobie Frania, Ł., Szymcia, Julci, jelitówce Frania, Szymcia i
mojej) wszyscy wyglądali na zdrowych, to fakt, że tatuś się zepsuł, a dokładnie
zafundował sobie ropę pod zębem, antybiotyk i fatalne samopoczucie, nie mógł
nam przeszkodzić. Poszliśmy, wspięliśmy się i wróciliśmy. Na prośbę Frania
obliczono – zrobiliśmy 7 km. Ja i dzieci. Teraz się tym bezwstydnie chwalę, zbieram
uznanie, że sama, że poszliśmy, że daliśmy radę. Na szlaku też na nas patrzono.
Ale tak naprawdę to z taką ekipą mogę wszędzie. Franio niósł plecak, Julcia
mały plecaczek (z winogronami), Szymcio sam był plecakiem. Pogoda była cudna,
szlak na jego możliwości bardzo niezaludniony, nigdzie kolejek. Nawet rany
(Julcia się wywróciła i stłukła trochę kolano, Franio pojechał na błocie i
odrapał nogę) oraz śnieg zalegający na sporej części szlaku nam w niczym nie przeszkodziły.
Było cudnie. Byłam padnięta, a równocześnie tak świetnie wypoczęta. Miśki,
które oczywista to oczywistość ledwo się do auta już czołgały w domu zaczęły
radośnie hasać po ogrodzie, z rowerem, hulajnogą , piłką.

 

A jeszcze poprzedniego wieczoru szłam spać tak zmęczona, że
POMYLIŁAM dzieci. Julcia przez kilka nocy wpadała w spiralę kaszel – płacz –
większy kaszel – większy płacz – ciągły kaszel, Szymcio też źle spał. No i w
nocy słyszę coś, wdrukowałam sobie, że Julcia i proszę ‘Ale nie płacz, będziesz
gorzej kaszleć, już spokojnie”. A tu nic – tylko płacz coraz większy. Aż Ł. się
zbudził, posłuchał, i mnie obudził: To Szymcio przecież. Ano ano.

Szyndzielnia

Widok w drodze na Kilmczok

Miejsce historyczne, 1,5 roczna Julcia robiłą tu aferę, że chce iść gdzien indzie j niż my – w końcu obrażona poszław  borówki na pienie. Tu na pięnku stoi, ale jak stwierdził Franio: „przecież nie chciałaś mieć pieńka na zdjęciu” (????)

Pod schroniskiem (Magura)

Droga powrotna

I śnieg


  • RSS