Skończyliśmy rok szkolno-przedszkolny. Julcinek dostała dyplomie
z angielskiego oraz pochwały pań – w końcu grała w tym roku dwie duże role w
przedstawieniach, w makulaturze zdobyła III miejsce (i natychmiast skarciła nas
za zbyt słaby wynik), w tańcach (o czym napiszę jeszcze) też była zadowolona.
Franciszek skończył I klasę summa cum
wszystkie możliwe laude
. W ostatnich dniach nie nadążałam, co przynosił –
obrazki za wygraną w konkursie na religii, książkę za wygraną w konkursie ekologicznym
na świetlicy, dyplom ze świetlicy, nagroda za Wyprawę po Skarb, a na koniec
dyplom wzorowego ucznia, świadectwo z samymi superlatywami. Rodzice też się
załapali – dostaliśmy list gratulacyjny, że mamy takiego Frania (pani była
szczerze wzruszona, powiedziała, że nie dają go często). Ogólnie Frańcio był
jednym z dwojga celujących dzieci w klasach I. Wręczała kwiaty pani swojej i
pani dyr.  i ku zgorszeniu jednej z mam
nie przećwiczyłam z nim żadnego na ten cel tekstu, przypomniałam tylko, że od
klasy. Dał sobie radę. Cały tydzień wręczaliśmy dziękowaliśmy. Pani G. z zajęć
plastycznych bardzo go zapraszała, panie ze świetlicy powiedziały mu, że
świetnie się z nim pracuje (role w dwóch przedstawieniach, a jakże). Ale
najfajniejsze było, że w piątek poszliśmy na mszę przed zakończeniem pieszo, bo
sobie wymyślił, że zbierze i da pani kwiatki polne, kolorowy bukiet. Tak też zrobił
i chociaż bukiet trochę od upału ucierpiał, to Pani była uradowana – Cały Franio, prosto z serca.

My oczywiście byliśmy szczęśliwi i puchliśmy z dumy, chociaż
mi także oczywiście towarzyszyły mieszane uczucia – już po I klasie? A dopiero…

Potem jeszcze dwie rundy na rowerze do przedszkola – pokazać
obu paniom świadectwo oraz za drugim razem zawieźć resztę kwiatów od Lu i ją
odebrać i już już mogliśmy zacząć wakacje. Lody uczczeniowe przełożyliśmy na
niedzielę i padliśmy na moment, by od soboty zacząć zupełnie inny tryb. O czym
będzie oczywiście zaraz zaraz.