cypisek blog

Twój nowy blog

Do północy

3 komentarzy

Czekam do północy, żeby podać drugą dawkę leku.
Blisko 40 stopni gorączki dziś.
Maluch uśmiecha się, gada, a na policzkach czerwone kółeczka od temperatury.
Ostra angina.
Antybiotyk.
Śpi niespokojnie, mokry, budzi się, płacze.
Julcia denerwuje się, gdy on płacze, mamusiu, nie mogę tego krzyczenia.
Przed Świętami tak samo chory był Franio, całkiem nagle, Mamo, zimno mi, mamusiu, boli mnie głowa, i za chwilę 39.
Próba bez antybiotyku, ostre uczulenie na lek.
Antybiotyk.
Po Świętach Ł., wziął antybiotyk, trochę poleżał i poleciał do Barcelony. Nie zawsze da się cos ominąć.
Mój szef zwolnił mnie dziś z części konferencji, żeby m już poszła z Szymciem do lekarza, czy to zaskakujące, że takie ludzkie odruchy czasem mnie zadziwiają? Reszta tygodnia w domu.
Bolą mnie czubeczki palców ze zmęczenia.
Podam ten lek i pójdę przytulić rozgorączkowane ciałko.

Marcowo

Brak komentarzy

Odbyliśmy pierwsze szkolne rekolekcje. Co prawda rozpoczęłam
od zgrzytu zębami, bo czemuż u licha najmłodsze dzieci miały dopiero o 15,
czemu to gimnazjaliści muszą mieć poranki? Ale same rekolekcje były świetne,
bardzo żywe, pół godziny śpiewania, fantastycznie dobrana treść i sposób
podania. Jak wyglądał Franio w środę wychodząc – otóż na głowie miał opaskę
motyla, na nogach spodnie taty. Julcia (która oczywiście też wybrała
opcję rekolekcje zamiast przedszkola) motyl + siatka na zakupy. Bo… mieli
zbierać kamienie na szatana. Bez obaw, ksiądz nie propagował przemocy, ale
punkt wyjścia był świetny, doprowadził do wiary, modlitwy, różańca. I tak mi
również po raz pierwszy od dość dawna udało się odbyć cały cykl nauk, co
prawda dziecięcych, ale źle mi to nie zrobiło. Ł. chodził na ranne nauki
ogólne, rodzicom udało się na stanowe. A gdy w środę dzieciaki miały Mszę
i  ściany kościoła drżały od głośnego
śpiewu, to normalnie śmiać się mi chciało z radości.

A po
środowych rekolekcjach poszliśmy z Franiem… do przedszkola.

Rok temu, też w marcu, moją tradycyjną chandrę marcową
zdominowała konieczność  zapisania Frania
do szkoły. Teraz szkołę już całkiem nieźle znamy i jak? No cóż, ja dalej
tęsknię za przedszkolem, bo jednak to był taki kochany świat, ale szkołę bardzo
polubiłam. Franciszkowa pani jest świetna, już na listopadowym zebraniu
zorientowaliśmy się, że świetnie poznała „swoje” dzieci. Na ostatnim zebraniu,
w połowie marca ucieszyła mnie planem wycieczki – na nogach! Od samej szkoły! W
góry! No, na Dębowiec, ale to też pod górkę. Nie autokarem, nie objazdówka, dla
mnie bomba, zważywszy gdzie mieszkamy i ile godzin spędzają w autach obecne
dzieci. Lubię jej metody pracy i otwartość. Podeszłam do niej przed feriami, bo
Franio planował zrobić walentynki dla wszystkich pań i dzieci, a myśmy trochę
się bali. Że nasze otwarte, ufne dziecko zostanie, no nie wiem, wyśmiane.
Zresztą, uczciwie mówiąc, to jest moja stała obawa niestety, chociaż na razie
na szczęście nie trafia się tak. Albo że panie się obruszą, że walentynki, no
nie wiem. Tata mi poradził, żebym po prostu do pani podeszła i z nią to
omówiła. Normalnie nie ma to czasem jak najprostsze rozwiązanie. Powiedziałam
jej, jak Franio podchodzi do walentynek (Franklin, Franklin) i ona się ucieszyła.
Powiedziała, że będą o tym mówić na lekcji też. I tak walentynki były miłe i
bez stresu, a Franio przyniósł do domu lizaka serduszko i serca ozdobione
kwiatkami od koleżanek.

(A następnego dnia musiałam zrobić nową porcję
walentyneczek, bo Julcia postanowiła obdarować swoją grupę).

Sam Franio szkołę uwielbia, chętnie do niej chodzi i ma się
tam świetnie. Byliśmy właśnie na tym spotkaniu, środowym…absolwentów. Panie
zaryzykowały i udało się rewelacyjnie, na 27 możliwych dzieci, przyszło 23. Pomysł
wziął się stąd, ze nasze panie były mocno zżyte z dziećmi, były też ciekawe, co
słychać o tych dzieci, które nie mając młodszego rodzeństwa, nie bywają w
przedszkolu. Ale choć Frańcio uwielbia do pań chodzić, i opowiada im bardzo
szczegółowo wszystko, na spotkaniu bawił się rewelacyjnie, to za przedszkolem
już nie tęskni. Woli szkołę, jak widać dorósł do niej i we właściwym czasie się
w niej pojawił. Oczywiście na jego odbiór wpływa fakt, że póki co radzi sobie
świetnie. Czytać już umiał, rączkę ma wyrobioną i pisanie też mu idzie bardzo
dobrze, w liczeniu program jest jeszcze daleko za nim w tyle, dobra pamięć
pozwala mu szybko zapamiętać angielskie słówka. Problemy – ku naszej radości,
bo przeżywa je mocno – ma rzadko, o, np. przewrót w przód był takim. Nie lubi
nie umieć, znosi to obecnie źle, aby mu pomóc trzeba najpierw przeczekać atak „nigdy
się nie nauczę, najszybciej za 100 lat, a może i 200”. Ciężko to czasem
wytrzymać.

Chodzi na kółko przyrodnicze (tak bardzo chciał, że
zmieniliśmy mu rehabilitację ze środy na wtorek), robią eksperymenty, sami też
mogą je przynosić i robić, więc żyjemy fizyką. Świetnie czuje się w klasie i na
świetlicy, tuż przed Świętami zrealizowali fajne przedstawienie wielkanocne.
Brawurowo wygłosił „Katar żyrafy” i wygrał w pierwszakach konkurs recytatorski,
po Świętach zaś pani katechetka bierze go na konkurs w Katolickim
Stowarzyszeniu Młodzieży. Pani wychowawczyni mówi i zawiera to też w ocenie
opisowej, że w klasie jest lubiany i poważany. Lekcji do odrabiania ma malutko,
więc odkąd zszedł z piętnastokrotnego  cyzelowania literek i odkąd mniej się
rozprasza, to zajmują mu niewiele. A więc start udany. Oby tak dalej, myśli
matka, która niestety miała różne okresy w tejże instytucji. Zwłaszcza
towarzysko.

Prezentacja Frania udała się wprost nadzwyczajnie ku naszej
ogromnej radości, dziękuję za zainteresowanie. Syn prawie tańczył na chodniku, gdy szliśmy ze szkoły (często
tak mi skacze, jak mały źrebak, gdy jak twierdzi – miał doskonały dzień),
wystąpił u siebie i w I c, a pani poprosiła o dokserowanie zadania dla dzieci,
żeby wystąpić też w I a, dostał max. 25 pkt. i 5 kroków w wyprawie po skarb, w
związku z czym znalazł się na Grenlandii. Po wystąpieniu (następnego dnia) w I
a pani planszę zostawiła w klasie. Nie ukrywam, jestem fanką pomysłu z
prezentacjami, możliwość zrobienia czegoś swojego, w całości, zaplanowania i
wykonania – dla mnie super, brałam udział z ochotę. Ciekawe jak inni rodzice, w
środę zebranie, może ktoś puści parę.

Odnośnie Frania i ptaków Małgorzto kochana – ja co prawda
wiem ciut więcej, bo mój tata jest przyrodnikiem pasjonatem, ale Franiowi do
pięt nie dorastam. Graliśmy w 20 pytań, on zgadywał, wymyśliłam jaskółkę. 9
pytanie było takie: czy to któraś z jaskółek? I był doprawdy oburzony, że ja
nie miałam konkretnej, jak to tak? Z dziadkiem zaginają się wzajemnie dziwnymi
ptaszyskami. Jedną z ukochanych lektur syna jest Atlas ptaków. Drugą grupą „jego”
zwierząt są ryby. We wspomnianej grze doszłam kiedyś do stanu, że wiedziałam,
jaka jest wielkość, gdzie żyje itd., ale jakim cudem miałam zgadnąć, skoro
nazwę „szkaradnica” usłyszałam po raz pierwszy, gdy już przegrałam? Jets
pasjonatem, lubię to.

Prezentacja Julci (przeznaczona do pokazania koleżance, a
dodatkowo szalenie ciesząca Szymcia) nosi tytuł „Jesień” z podtytułem „Zdjęcia
mamusi i tatusia” (czysta kurtuazja, moje są 2 na 25, bo chciałam Ł. też
sfotografować).

Oto prezentacja, a pod spodem kilka próbek:

Łabędź

Sikorka bogatka

Kos

Mewa śmieszka

Paw

Kwiczoł

Dzikie gęsi

No i nasze w liściach

D-Day

3 komentarzy

D-Day miał dziś Franio. Robił bowiem swoją pierwszą
prezentację. Pani zleciła (w I klasie na razie dobrowolnie), żeby przygotować
kilkominutową prezentację o czymś, co go interesuje. Franio wybrał ptaki i
mniej więcej 1,5 tygodnia mieliśmy świetne zajęcia z planowaniem. I zrobiliśmy
tak: na wielkim brystolu A1 (zrobiliśmy z Franiem wypad po rehabilitacji do
papierniczego plus  - skoro już byliśmy…
- na małych lodzikach na Rynku, korzystając z okazji, że sami można było nieco
więcej zadbać o najstarszego), niebieskim Frańcio nakleił swoje zdjęcia
(zdecydował, że wyłącznie swoje,  a żeby
mieć więcej dwa dni dodatkowo czaił się pod karmnikiem). Zrobił podpisy. I to
pokazał. Potem zaplanował omówienie kilku ciekawostek – wybraliśmy 4 ptaki:
zimorodka, żurawia, jemiołuszkę i krzyżodzioba. Na koniec znaleźliśmy w jego
kochanym „Przewodniku prawdziwych tropicieli” śmieszne zdjęcie z karmnikiem i
mówił o dokarmianiu. I jeszcze zrobił zadanko – taki kwadrat literowy z nazwami
ptaków (na wniosek cioci-niani postanowiliśmy jednak te nazwy ujawnić, w sumie
nie wiem, ile dzieci potrafiłoby znaleźć, w końcu Franio to hobbysta).

 

Czy kogoś dziwi, że Julcia też musiała zrobić prezentację?
Wybrała sobie zdjęcia, zażądała brystolu, nakleiła, udekorowała brokatem?

 

***

I nadrabiając zaległości – szopki w Strumieniu nie mogliśmy oczywiście opuścić!

 

Czy ktoś
odważy się zakwestionować, że to dobre, iż dzieci są kreatywne? No jakże,
przecież w tym celu dostają różne zabawki (albo same je sobie tworzą), chodzą
nawet czasem na różne zajęcia. Kreatywność wylewa się z każdego pisma. A potem…

Wstałam sobie z rana, ta miła 6.15 i ucieszona (nie porą,
ale tym że wstałam tylko ja, a nie Szymcio albo i Lula) udałam się robić
śniadanie. I nagle AAAAAAAAAAAAAAAA (ale po cichu, bo przecież śpią).
Poprzedniego dnia Syn mój najstarszy rzucił lekko w biegu (Pani F. prosiła,
żebym na jutro przygotował eksperyment). Pani F. prowadzi kółko przyrodnicze,
na które Frań chodzi i je uwielbia. Dzieci mogą same przygotowywać i prezentować
wszystkim eksperymenty. Dla mnie bomba, to jest właściwa forma edukacji. Chyba
że zapomni się zrobić to dnia poprzedniego, a jest 6.30, o 7 trzeba jeść, 7.35
opuszczać dom.  Ale nic to, pocwałowałam  po schodach (rzecz jasna po cichu) i obudziłam
Frania. Przygalopowaliśmy na dół i on studiował książkę, a ja biegałam między
śniadaniem a kanapą. Znaleźliśmy, akurat wrócił mąż (któren był na targu),
jeden dobrano, Franio przećwiczył go 3 x, młodsi dalej szczęśliwie spali, 7.10
obudziliśmy Lu, Franio zjadł, ja w tym czasie mu wszystko spakowałam i mąż
pojechać z nim do szkoły, a potem wrócił i zawiózł Julę (bo nie zdążyła się
zebrać na czas). Poranek wrócił do normy, nakarmiłam Syna Młodszego i życie się
potoczyło.


Następnego dnia Jula postanowiła, że ona też zrobi
eksperyment. Oki, wzięła garnek, zażądała wody, farby (do tkanin, jako
barwnika) i zamoczyła kartkę. Postanowiła czekać aż się zafarbuje. Ja tylko zażądałam
przejścia z paneli na płytki, więc przeniosła się do kuchni. Kartka nie chciała
się farbować, przyszła pora robienia budyniu (rytuał czwartkowy, Franio na
basenie, my gotujemy), więc mąż zaproponował odstawienie na bok, a podał Julci
pudło z budyniami i innymi galaretkami itp. oraz przyprawami typu „do słodkiego”
(cynamon itd.). Ponieważ piłam kawę (błąd błąd błąd) nie poszłam od razu do
budyniu. Jul wybrała i siadła koło mnie, Szymcio radośnie bawił się za
kominkiem , czyli w kuchni. On też lubi to pudło, szuka zawsze otwartej
torebki, sypie (bo lubi ten dźwięk), potem chwilę rysuje w wysypanym (pewnie
też lubi), po czym się martwi i leci do mnie ze zmiotką i łopatką. Ale tym
razem zero sypania, więc leniwie pomyślałam, że może nie było nic dość
otwartego. Julcią poszła do Szymcia, dalej pełny spokój, nagle słyszę CHLUPOT.


Zaglądam,  a tu w
eksperymencie Julci jeden budyń. Uff myślę, ale zaraz widzę obok górę mokrych
torebek. To Julcia już wyłowiła… Poratowała brata. Czemu mnie nie wołała? (może
jak u naszych znajomych, gdy młodsza zrobiła basen w łazience, tata spytał
starszą, czemu nie wołała – Żeby Cię nie denerwować).


No więc kreatywność rozwinięta. Plus cenne społecznie
wsparcie rodzeństwa.

21.23

2 komentarzy

Jest coś niehumanitarnego w zabieraniu się do pracy
umysłowej, wymagającej skupienia i koncentracji o 21.23, czyż nie? A ja muszę.
A jak fajnie się zasypia nad laptopem.

Siedzę, a obok laptopa leży telefon. Śledzę, czy nie
pojawiają się kolejne smsy. Było już lotnisko w Barcelonie i Monachium. Czekam
na Katowice.

Nie lubię sama zamykać drzwi, gasić świateł, wyłączać lampki
w akwarium.

Pomódlcie się proszę ze mną o malutką dziewczynkę, która ma
się urodzić za 7 tygodni, a ma wadę serca, nie wiadomo, co będzie. Jej mama
czeka.

Julcia i Franio mieli po 4. Normalnie lepiej niż rodzice. Bo
my jeden tak dla nas, a tak to dla nich. Franio jak już wiadomo chciał być
strażakiem. I był. Hełm z masy papierowej to nasza duma. Julcia poprosiła o aniołka.
Sukienkę pożyczałyśmy, więc ręcznie zrobione skrzydła.

I tak Franiu bawił się na świetlicy i w szkole ogólnie,
Julcia w przedszkolu i na tańcach, razem byli na balu w bibliotece, na
zakończenie ferii w bibliotece, no i jeszcze był bal… w domu. Bal Misiunia i
Małgosi, na który też byliśmy zaproszenie (miód i wino…). Misiunio i Małgosia
wyrazili ustami swoich opiekunów życzenie, że chcą być też aniołkiem oraz
królową. No to byli. Misiunio jakoś w trakcie szycia utył i ostatecznie zszyłam
sukienkę na nim. Szyłam ją  domu kultury,
podczas tańców i panie tamtejsze wcale się tym nie dziwiły, przeciwnie uraczyły
mnie opowieścią o szwagrze jednej, któren to szwagier też szył ubranka.

Przygotowaliśmy też poczęstunek, dekoracje, muzykę, Franio
wymyślił i zorganizował z 8 konkursów (jeden nawet wygrałam, przy wsparciu
babci). 1,5 h jak z bicza strzelił.

Szymcio aktywnie uczestniczył na balach bibliotecznych i
domowych. Była muza i jedzenie, czyli wszystko, co mu potrzebne do szczęścia.
Jak tylko słyszy jakieś dźwięki to puszcza w ruch swoje bioderka i tlustą
pupcię i dalejże w tany. Stąd podarowane przez św. Mikołaja „kluczyki” z
melodyjkami rządzą. Ostatnio odkurzliśmy (Sz. na plecach moich) i cały czas
mnie raczył muzyczką – prosto do ucha.

W bibliotece też szalał i budził powszechny zachwyt. Co nas
zupełnie nie dziwi, prawda?

Ferie mamy, czyli jestem zajęta bardziej niż zazwyczaj.
Franciszek ma ferie legalne, Szymcia ma na razie ferie stałe, więc panna Julia
też sobie zażyczyła. A że przedszkole to nie kolonia karna, więc nie ma sprawa.
W poprzednim tygodniu biegaliśmy na sanki i łyżwy (informacja o tym budzi
seryjne zdziwienie, jakby wychodzenie na mróz było absolutnie niemożliwe. A
taki np. Frańcio to wracał spocony…). Na łyżwy podrzucił nas tata mój (bo moim
autem mąż zawiózł się na lotnisko, a jego nie lubi takiego zimna i się
zepsuło), ale wracaliśmy autobusem. No i weszłam do autobusu: dwójeczka plus
plecak duży (2 pary łyżew tam) z doczepionymi kaskami plus trzecia para łyżew
klasycznie zawieszona na ramieniu plus rulon brystolu (bo robimy skrzydła).
Rulon trzymał Franio. I zupełnie nie wiadomo dlaczego od razu podniosła się
starsza pani i zmusiła nas do siadania.

W tym tygodniu mam trzeci dzień szkolenie. Normalnie niemal
plaża: raz że po raz pierwszy od kilku lat jestem na jakimś szkoleniu takim
całościowym, dwa, że nie muszę natychmiast z tego czegoś zrobić (bo np. byłam
na kilku szkoleniach z Krajowych Ram i już mogłam robić efekty kierunkowe do
pracy, ale i tak miło zazwyczaj muszę się sama nauczyć wszystkiego), dwa –
siedziałam, ot tak siedziałam, trzy  -
nie musiałam się troszczyć o niczyje samopoczucie, cztery – nie rozstrzygałam
sporów, pięć – było ciekawe. Ale już starczy, trzy dni to zdecydowanie dość.
Maluchy w tym czasie zostały oddane babciom i dziadkowi, były z dziadkiem
dwukrotnie na feryjnych zajęciach o bohaterach Astrid Lingren w bibliotece.

Przy okazji zajęć Julcia wystąpiła jako to dziecię z
dowcipu, które nie mówiło, bo kompot zawsze był.

4 lata malowała głównie bazgroły, na palcach jednej ręki
mogę policzyć obrazki, w których Julcik zechciał i namalował coś z kształtem.
Owszem od jesieni polubiła kolorowanie.

No i tak było 4 lata, a sobotę dostała szary papier,
klękła i namalowała portret Idy i Emila. Ot tak. I daliśmy je na biblioteczny
konkurs.

… tak posłuchać pochwał (to z komentarzy), ale niestety nie bardzo na nie zasługuję. Ja po prostu to wszystko lubię. Chętnie wychodzę, jeżdżę na sanakch czy łyżwach itd. Taki duży dzieciak ze mnie. A na zebranie w pracy, to ech… Jakoś nie czuję bluesa długich dyskusji, z kótrych niewiel wynika.

Teraz czekam na wieść od Ł. Bo już wylądował (amplituda prawie 30 stopni, bo  w Barcelonie sobie był) i czy mu auto zapali?
Przez 3 dni oprócz rzeczy swoich robiłam te, co on – sprzatałam, paliłam w kominku. Tylko w drewutni byłam wyłącznie w poniedziałek, potem mi tata mój kochany przyniósł drewno. I choć sporotego, to najbardziej po prostu tęsknię za Ł. Za obecnością i przytuleniem. To chyba nieźle, jak na 9,5 roku małżeństwa?

O np. z zeszłego czwartku – rano do Krakowa, zajęcia, potem do Bielska, potem na obrony i potem dom, rano znowu do Krakowa, potem do domu, Julcię i Szymcia do lekarza, z dziadkiem, bo ja muszę na ostatnie zajęcia, a oni do domu.

Ponadto w sumie ponad 50 prac do recenzji lub oceny.
Sesjo przybywaj – choć trochę zaliczeń jest. Ale widać światełka w tych tunelach.

A maratonik dnia bez pracy? Dziś: sanki z Szymciem i Lulą, położyć Szymcia, pojachać do pasmanterii (bal u Frania we wtorek!!!!!), po Frania, z nim pędem do domu (bo zapomniałam jego spodni ortalionowych), on się przebiera, na obiecaną Goruszkę na sanki, do domu, z Lula na bilnas, na wywiadówkę (z Julinką, bo raz że za wolno wracałyśmy, a dwa to chciała), po Frania do domu kultury i juuuuuuż w domu.

Ale nie zawsze poruszam się biegiem oczywiście. Przytulam się z Szymciem rankami, wożę dzieci na sankach korzystając ze śniegu. Byłliśmy z Ł. na nartach z Franiem w sobotę!!! A w zeszłą na balu!!!!! Co prawda dotarliśmy tam dopiero o 21 (Julcia zalała się łzami, że nie chce, żebym gdzieś szła, Szymuś zamiast zasnąć wpada w histerię). Więc w czarnej sukience do ziemi, z makijażem (naprawdę!) i biżuterią (też naprawdę) ukołysałam najmłodszego, średniej pokibicowałam, gdy robili z Franiem biathlon, wszyscy się uspokoili i pojechaliśmy. Ale potem przetanczyliśmy wszyściutko do 3.30 i wróciliśmy. Super było.
W niedzielę zaś wzięliśmy na łyżwy koleżankę Julci Paulinkę.

Zimowo

Pierwszy bałwan – dziewczynka, jak widać ma włosy

I dwaj z Trzech Królów (tak byliśmy na marszu)


  • RSS