cypisek blog

Twój nowy blog

Święta

2 komentarzy

Widziałam gdzieś taki temat – kto lubi Święta? Ano ja, bo mam naturę dziecka. Ponadto nie zaganiam się przesadnie, pracami kuchennymi się dzielimy, więc potem mamy się świetnie. I już jest choinka, Ewangelia czytana ze wzruszeniem – w tym roku tym większym, że po raz pierwszy czytał Franio, opłatek łamany z trzaskiem – Szymcio widział, że wszyscy się całują, więc i on całował, ale za każdym razem najpierw mnie, a potem osobę, która nam składała życzenia. Czego sobie życzę, to wiem i obym tylko mogła być pewna słuszności decyzji.
Kolędy – lubimy i się nie zmuszamy.
Jak zawsze pyszne uszka i grzybowy barszcz i najlepsze na świecie karpie mojej mamy. Dzieciaki calutki dzień pomagały mi w przygotowaniach, ubrały dwie choinki, zrobiły ze mną makowiec, keks i sałatkę – same kroiły warzywa. Byłam pod wrażeniem, bo Julcia stwierdziła „bardzo bolą mnie rączki, ale będę kroiła do końca”. Najmłodszy asystował w wersjach różnych, także z bliska, jak widać na zdjęciu.
Wielka obfitość prezentów, nie pakuję po kilka, każdą rzecz osobno, potem jest wielkie publiczne otwieranie i prezentowanie. Julcia posłusznie  – jak co roku – ruszyła z Franiem „pokazać cioci choinkę”, ale wychodząc stanowczo poprosiła dziadzia, żeby otworzył okno, bo wiadomo co, spryciara.
Franuś chciał iść na pasterkę, ale było tak paskudnie, z wiatrem, że udało się nam go jednak odwieść od tego zamiaru.
Franio z Julcią sami (bez jakiejkolwiek sugestii – jedyna to tuż przed dojrzałam, że biorą wielki szlafrok Ł., więc wyprosiłam zmianę na Franiowy) przygotowali (2 tygodnie) i zaprezentowali Ewangelię. Pudełka z klockami to drzwi, do których pukają Maryja i Józef. Proszę zwrócić uwagę, na awangardowy welon Maryi. Potem nastąpiło „rozwiązanie” (szlafroka)i Jezusek wylądował na sianku (ponieważ w II dzień Świąt, przy trzecim wykonaniu Szymcio się aktywnie włączył, to Jezusek wylądował nawet na podłodze, ale zaraz go Maria przytuliła). W drugim wykonaniu (u babci) zapomniałam niebieskich kapci Lu i byłaby tragedia, ale w skrzyni barciowej znalazłam jakieś niebieskie klapki r. 40 i tak Maria przyczłapała. Wyglądali uroczo i komicznie, ale byliśmy pod wrażeniem, że sami, że  w tajemnicy, że tak całościowo (dostaliśmy też symboliczną gwiazdę, by nas prowadziła, a  całość kończyła się „Bóg się rodzi”). Ponadto pięknie śpiewali, wszystko, co przez tygodnie rorat po Mszy z księdzem ćwiczyli, z pokazywaniem.
Tak, bardzo lubię Święta. Religijnie, tradycyjnie, jako okres sacrum w naturalnym cyklu roku, kulinarnie i prezentowo.

Julcia koło Frania i koniec, nic to, ze tam, nieco w kącie było nakrycie dla nieznajomego, Nieznajomy wylądował na środku, a Julek w kąciku

W warkoczach!

Dotrwali! Dzielni są niesłychanie. Gdy rok temu Franio
stwierdził, że chciałby w następnym  -
czyli tym – być na wszystkich roratach, przełknęłam ślinę i stwierdziłam
„Spróbujemy”. Prośbę powtórzył końcem listopada, więc matka ustaliła logistykę
pierwszego tygodnia. Julcia wybrała się z Franiem, w poniedziałek i wtorek. Po
wtorku wydawała się tak zmęczona, że założyliśmy, że już nie pójdzie, albo
przynajmniej zrobi przerwę. Do czego zresztą ją delikatnie namawialiśmy. I może
tu clou? Bo wręcz przeciwnie, poszła i chodziła wszystkie dni po kolei, łącznie
w dwiema rannymi sobotami (na 7!). Robili serduszka, odpowiadali na pytania,
zgłaszali się (też oboje) do mikrofonu. A my dzielnie im towarzyszyliśmy – Ł.,
ja, dziadek i raz nawet babcia. A ten, kto nie towarzyszył, to np. Szymcia
pilnował.

I jestem im bardzo wdzięczna za ten pracowity adwent. Mimo
zmęczenia, mimo konieczności pilnowania, by zrobić serduszka, odpowiednio
szybko odrobić lekcje, umówić kolegę / koleżankę w odpowiednich godzinach,
dopilnować szybkiego pójścia spać, bo organizm ma swoje prawa.

Ale potem wchodziłam z nimi do kościoła, siadałam spokojnie
w ławce, a wielka gromada dzieci z lampionami wchodziła procesją, dziecięce
buźki delikatnie oświetlone, maluchy i starszaki z przejęciem śpiewający
„Niebiosa rosę spuście nam z góry”. Nie udało mi się wpisać na rekolekcje
internetowe, ale wysłuchałam mądrych kazań na kanwie „Pamiętnika papieskiego
anioła”, mądrych, choć / bo (?) dla dzieci.

I oczywiście przeżywałam losowanie nagród. U św. Pawła,
gdzie głównie bywamy ksiądz jest  zawsze gotowy
chyba na 3-4 nagrody, ale koszyk jest dostępny i można nagrody dorzucać. I
dorzucali ludzie sporo, my też. Ksiądz nie oszczędzał, nie zostawiał na potem,
codziennie brał 8-9 osób, a koszyk codziennie się napełniał. Pod koniec III
tygodnia – w dniu, w którym szalejący wiatr łamał u nas gałęzie i nawet
przewracał drzewa, ale jednak dotarliśmy - 
Franio wreszcie wylosował, w ten sam dzień też Emilka i Tomek. Julcia
nie, więc płacz. Trochę łzy osuszył fakt, że Emilka jej oddała nagrodę –
czekoladę. I czekała, że będzie jej kolej. I faktycznie – następnego dnia była
pierwsza wyczytana! A po niej Franio. Potem w tygodniu Frańcio raz jeszcze, a
dziś ksiądz wykańczał koszyk i było dużo nagród byli całą czwórką. Cudnie.

A jutro dzień zakończenia i wielkie nagradzania.

 

Update: oczywiście dzień ostatni rorat już był, dzieciaki
dostały nagrody – książki (pełny zachwyt, zwłaszcza, że wybrać mogli).

Przygotowania do Świąt mimo ciężkich (dla mamusi) pierwszych
dni grudnia, udały się nam świetnie – mamy trzy rodzaje pierniczków,  zrobiliśmy dużo ozdób, szopki papierowe i
suszone pomarańcze.

Sprawdził się robiony kalendarz adwentowy – handmade mamusi –
z  pudełek od zapałek, do którego
wkładałam zadanka. I jeszcze oczywiście zaznaczanie obecności roratniej i serca
na dobre uczynki.

Najsłabiej ma się u nas sprzątanie. Sprzątanie nie ma
potrzeb emocjonalnych i wychowawczych, naprawdę cierpliwie czeka. I trochę się doczekało,
Ł. ogromnym wysiłkiem mnóstwo zrobił nocą, my troszkę w dzień. Za to lepiej nam
w kuchni, więc oprócz pierniczków, był makowiec, keks (dla tatusia), sałatka.
Resztę robili inni uczestnicy wigilii. Dzieciaki ubrały choinkę naszą i babciną
i Święta nadeszły.

Roraty

Kalendarz

Gotowość

Św. Mikołaj

Świąteczne przedstawienie lasy Frania. Łzy oczywiście były i tedy (pokaz dla rodizców) i w czwartek przed świętami, gdy byłam siłą teczniczną do przebierania dziewczynek)

A to zdjęcie daję, bo ten zachwyt na twarzy Frania…

Ozdoby

Szalny renifer

 

Stecówka

2 komentarzy

Listopad był absolutnie straszny i dlatego teraz będę
nadrabiać. Nadrabiam w wielu dziedzinach, bo w pewnym momencie trzymałam kurs
tylko na dzieci i to, co do pracy musiałam.

Listopadowy układ miał wpływ na wiele rzeczy, nie tylko na
ogromną górę prania, którą mi dzielnie pokonuje kochana teściowa, ani na zwały
kurzu, bo sprzątanie nie płacze i nie woła.

Także na podjęcie pewnych decyzji, decyzji strasznie
trudnych, zwłaszcza dla mnie, ale do tego jeszcze wrócę.

Na razie na start Stecówka. Planowaliśmy ją na ten sezon, a
bardzo piękna jesień nam umożliwiła jeszcze w ostatnich dniach października
zabrać trójkę w góry.

Na Stecówce nie byliśmy już dawno, ostatnio na ślubie
koleżanki, 9,5 roku temu, ale wcześniej bywałam tam wielokrotnie – przy okazji
rekolekcji, a jeszcze wcześniej byłam w gruźliczym sanatorium na Kubalonce i wszyscy
odwiedzający brali mnie na przepustkę przynajmniej raz tam. Była to prosta (w
sensie trudności i kierunku) leśna droga. Teraz niestety ją wyasfaltowali i to
od razu nas zdegustowało. Ale wytyczono nowy szlak, więc skręciliśmy z asfaltu.
Zrobiło się pięknie, malowniczo… tylko znacznie dłużej, bo szlak chyba górkę
obiegał. Ostatecznie na samą końcówkę wróciliśmy na asfalt, bo zaczęłam mieć
obawy, że szlak minął Stecówkę i wyjdziemy na Pietraszonce, albo i  (po kolejnej godzinie) pod Baranią Górą. A to
już nie lato.

Ale dotarliśmy i pyszny żurek zjedliśmy, i wróciliśmy już na
krótsze. Franio się nieco zadziwił,  jak
tym razem szybko poszło.

 

Leśniów

Brak komentarzy

Piąta z kolei pielgrzymka rodzinna krewnych i znajomych była w Leśniowie. Tak na oko – bo nie policzyliśmy – było chyba gdzieś z 70 osób, w tym całkiem sporo dzieci. Najmłodszy był nasz Szymuś, ale w blokach startowych była już malutka dziewczynka, która – jak Szymuś rok temu – czekała na swój czas. Urodziła się tydzień później. Pogoda byłą cudna, jak marzenie. Bo i sam Leśniów jest jak marzenie – Sanktuarium Rodzinnych Błogosławieństw.
Szymcio nie miał żadnego szacunku dla miejsca, przez całą mszę wojował ze wszystkim, najbardziej podobało mu się walenie rączkami w małą drewnianę trumienkę z figurką jakiejś świętej. Ale że msza była dla nas, to wszyscy przyjęli to spokojnie. Był jeszcze dwuletni Łukasz, który sprintem pędził przez kościół i bardzo godna póltoraroczna Hania, która chodziła nader dostojnie.
A potem deser w kafejce, dzieci chciały „coś” – i  – jakże to dziwne – były to książki.

Październik

1 komentarz

Zapomniałam
wpisać w początkach października gdzieś, że Franio dostał małą nagrodę w
konkursie Przyjaciel foki. Za rysunek. Franio w siódmym niebie, nie dość, że
wygrana, to w temacie przyrodniczym, a przyroda, to coś, co Franie lubią.

A kończył to
o 21, bo lekcje, basen i zabawa z siostrą i się mu rozeszło, więc dostał
super-wyjątkowe-pozwolenie i mógł po basenie skończyć. Do 21 właśnie.

Po czym
poszedł spać… i po 10 minutach wstał i łzy lecą jak groch, bo on spać nie
może, bo poprzedniego dnia zapomniał kawałka zadania i pani kazała mu uzupełnić
i podpisać zdanko w zeszycie korespondencji (że zapomniał), a on znowu
zapomniał. I tak poszedł spać o 21.30.. :D. Ale wyszedł na prostą z zadaniem.

A uwagę
mu podpisaliśmy na luzie, bo w sumie to nie tylko jego wina (czego
zainteresowany nie wie). Mnie nie było, a sprawdzanie tatusia i dwóch babć dało
nadmiar skutkujący niedopilnowaniem. Dziś przedstawiłam rodzinie Plan
Odrabiania i Kto Może Się Mieszać. :):):).

 

A ogólnie
październikowo, to w poniedziałek zakończyliśmy różańce. Byli całkiem sporo
razy, ale prawdziwa mobilizacja czeka nas w grudniu – Franio chciałby WSZYSTKIE
roraty. Ach…

Co do
różańca to nie tylko Franio w tym roku modlił się do mikrofonu, ale i Julcia.
Nie miałam takiego planu, ale bardzo chciała. Pierwszy raz był full stres (dla
mnie, córa na luzie), bo:

- przed
różańcem zapytała, czy to ma być Zdrowaś Mario, czy Aniele Boży i ciekawa
byłam, co zapoda,

- nie
zgodziła się, abym ja lub Franio jej przytrzymał mikrofon.

Ale udało
się jej. Może ciut za głośno, ale w ciągu kolejnych różańców wyrobiła się. I
nauczyła się obniżać mikrofon, gdy już trzymała, a jeszcze się poprzednia
zdrowaśka kończyła. I nawet nauczyła się dać ludziom skończyć poprzednią
zdrowaśkę.

I zostało
nam tylko zerkać, czy nie skacze, nie zakłada różańca na szyję, nie kręci nim
młynka. Zwykłe kręcenie się jest oczywiste, w końcu ona nie ma jeszcze 4 lat.
Straszy brat – oraz jego koledzy lub koleżanka z klasy czuwali nad Julinką. I
już proszę – znowu taka chwila, łzy w oczach, gdy taki malutki szkrab (wszyscy
byli od niej minimum o połowę wyżsi) z przejęciem recytuje:

Zdrowaś Mario, łaskiś pełna, Pan z Tobą

Błogosławiona jesteś między niewiastami i błogosławiony

OWOC żywota twojego Jezus.

 

Owoc
akcentowała z rozmachem. Poza tym absolutnie nie speszona swoją młodszością
porównywała swój różaniec z różańcami Franiowych kolegów. I wymieniała się – ze
mną i Franiem. Pod koniec miesiąca miałam więc do modlitwy mój najpierwszy
dziecięcy „kryształowy” różaniec. I tak zatoczyliśmy koło.

W
poniedziałek 31/10 Julcia z godnością zainkasowała nagrodę od ks. Proboszcza –
czekoladę.

Ech, szybko
to zleciało, ale był to piękny rok. Nasz roczny Szymuś jest absolutnie słodki.
Uwielbia się śmiać i fajnie marszczy nosek. Jest zasadniczo spokojny i – jak to
Trzeci – bardzo elastyczny. Nie ma specjalnego problemu z przesunięciem pór
spania czy jedzenia, świetnie czuje się w szkole brata czy przedszkolu siostry,
w sali zabaw bez wahania rzuca się w zabawki, pędzi za starszakami, wspina się na
betoniarkę, rzuca kuleczkami. Opanował już całkiem sporo zabaw, chowanie się,
zabawę piłką. Wyciągnęliśmy znowu starą plastikową wieżę z misiem i ilekroć
Szym ją widzi musi, po prostu musi ją rozbić i dopiero, gdy kawałki są osobno,
to porządek Wszechświata jest przywrócony. To samo zresztą miał z piaskiem,
zawsze, gdy się do niego dorwie, to koniecznie musi trochę przesypać z prawa na
lewo, trochę za siebie i już – równowaga w przyrodzie jest zapewniona. Z kolei,
gdy zbudujemy mu wieżę z klocków, to zazwyczaj nie rozwala jej, tylko bardzo
precyzyjnie zdejmuje po klocuszku. I lubi sprzątać, co budzi zdziwienie Ł. –
reszta, z mamusią na czele preferuje kreowanie bałaganu.

Gdy się
cieszy, to merda Szymusiem, kręci pupą i cały podryguje. A jak się złości, to
klęka, wyciąga rączki w górę, strzela pomidorka i głośno krzyczy AAAAAA. Bo
owszem potrafi się złościć. Tudzież bywa zazdrosny, spychają się z Julcią z
moich kolan, albo Szym delikatnie i podstępnie tak manewruje, że wsuwa się
przed nią.

Na razie nie
odkrył jeszcze, że umie chodzić, ale pewnie niedługo się mu uda. Od dwóch dni
za to wie, że potrafi wstać bez trzymania się kogoś, czegoś lub chociażby
ołówka lub klocka.

Ale raczkuje
bardzo szybko, bardzo chętnie również chciałby wspiąć się po jakiś schodach,
ale okropna rodzina mu nie daje. I otwierać klapki do sadzy też nie pozwalamy,
oj ciężkie jest życie malucha.

I co
jeszcze? Ano Szymuś to zdecydowanie dziecko z mchu i paproci. Wszędzie włazi.
Wydawało się nam, że zawsze byliśmy dość na luzie, ale jednak starsze dzieci
nie były puszczane na takich podłożach. Np. w Ogrodzie Doświadczeń łaził po
każdym, ale to każdym podłożu. Najlepsze były takie czarne, jakby marmurowe
owale, pomiędzy którymi były małe kamyczki. Zgłosił straszny protest, gdy
chcieliśmy przejść dalej.

A, i cudnie
się przytula, cudnie. Cały się wtula, wciska głowę w zagłębienie między szyją i
obojczykiem i posapuje. Albo stara się dać buziaka i przyciska pyszczek z
rozmachem i entuzjazmem.

Bardzo,
bardzo go kochamy.

A wzorek na
torcik, to starsze rodzeństwo mu zaplanowało!

I we współpracy z kuzynką i kuzynem entuzjastycznie rozpakowali jego prezenty.

No nie można byo nie wykorzystać takiej cudnej pogody. Niestety Ł. się rozchorował, więc planowana Stecówka została przesunięta, a my namówiliśmy dziadka i pojechaliśmy na Szyndzielnię (kolejką). Potem się wdrapaliśmy do schroniska, zjedliśmy zapasy, wcześniej zjedliśmy oscypka – to Szymcio też lubi. Zjechaliśmy, a następnie wykonaliśmy w ramach niespodzianki dla dzieci skok w bok na tor saneczkowy, ależ było radochy. I jeszcze schronisko na Dębowcu, po pieczątki i domu. Gdzie czekał już na ognisku wcześniej naszykowany przez Julcię z mamą :) gar z duszonkami. Noooo, wyszły nam pyszne.

*
Czy pisałam już, że brakuje mi Frania w przedszkolu?
*
Do pracy wracamy rodacy, ciężko oj ciężko i straszno też.
*
Wysiadamy z Julcią na parkingu w celu udania się do przedszkola. Parking jest przy domu katechetycznym, koło torów, gdzie na słupie tradycyjnie kleją plakaty wyborcze (bo dużo ludzi tędy chadza). Najpierw wisiał jeden, potem pojawiały się kolejne. W opisywanym dniu były już 4. Julcia stanęła, zmarszczyła brwi, popatrzyła chwilę i:
Strasznie dużo tu tych proboszczów!

Szkoła i okolice

1 komentarz

Franio poszedł do szkoły, cóż było robić. Nie, nie, nie, nie
ma problemu, tzn. on nie ma problemu, bo jest szkołą zachwycony. Bo to przecież
nas Franio, jakby miał się uczyć w kotłowni, to by się zachwycał układem rur.
Wszystko jest fajne, pani jest fajna, koledzy bdb, tylko drugiego śniadania
dawałam za mało – były dwie kanapki, jabłko i picie, teraz są 3. Na okres od 8
do 14. Ale od października wpiszę go na obiady (chce). Chodzi po lekcjach na
1,5 h (w czwartek na 2,5, w środę wcale) na świetlicę i odbieram ich razem z
Lu. Sam chciał na świetlicę, poprosił nas, więc się łaskawie zgodziłam. Zbiera
piąteczki garściami, we wtorek miał dzień, gdy zebrał wszystko: piątka za
zadanie (szlaczki) i za też same szlaczki punkt do przodu na mapie w wyprawie
po skarb, piątka z religii (za znak krzyża, o rany, Julcia w średniakach też ma
teraz znak krzyża), piątka z plusem z religii za zadanie, 2 pkt. do zachowania*
za zrobienie „rekwizytów” (obrazków z pogodą, wpadł na to, bo pani im
wyjaśniał, że dziś nie może zaznaczyć, bo zgubiła część oraz uśmiechnięta buźka
na świetlicy.

Oczywiście nie uczy się na razie niczego, ćwiczy rączki,
ćwiczy wypowiedzi. Mi się tam nie spieszy do ostrego galopu, w domu uczy się
dostatecznie dużo, zresztą, gdyby o samą naukę szło, to mogłabym go uczyć w
domu.

Franciszek sobie ślicznie rozgranicza, w szkole rysuje
szlaczek, liczy patyczkami, rysuje i wycina z przejęciem, a w domu otwiera
sobie którąś ze swoich ukochanych encyklopedii i strzela pytaniami, dwa z
wtorku to: a co to jest układ okresowy pierwiastków i a co to jest wybuch
jądrowy. A potem daje się nawet namówić na zabawę w przedszkole.

A cienie? Konieczność dużego tempa rano, niestety Franio
właściwie nie ma szans np. z nami zagrać. Hałaśliwość i rozbrykanie – jedno
wynika z poziomu decybeli w szkole, drugie z konieczności ruchu. Mimo w-f,
dodatkowego tańczenia i ćwiczenia na sali z panią, podwórka lub sali z panią w
świetlicy widać, ze organizm się tego domaga. Ponieważ pogoda ok., to jak tylko
się da, biorę laufrada i hulajnogę i wracamy pieszo. Kontrolerzy
sprawiedliwości bratersko-siostrzanej już ustalili, że raz jego najpierw, a raz
Julcię.  I tak zasuwamy z Szymem raz w
jedną stronę kółko, raz w drugą, wracając właściwie truchtam za nimi. Cykl
zajmuje nam 1,5 h. Może schudnę.

Cieniem bywa też rozdrażnienie Frania, choć na razie zadań
minimalnie, jeśli nie rozproszy go konieczność zerknięcia, co też robi siostra
i brat, to robi je 5-10 minut. Specjalnie staram się zająć maluchy, żeby mu nie
wchodziły w szkodę, ale w efekcie sam zainteresowany też zerka. I tak wczoraj
kolorował liście jesienne, a ja z Julą ułożyłam z kwadracików i prostokątów
(Franiowych, szkolnych zresztą) zamek i rozgrywałyśmy losy księżniczek Emilii i
Natalii (danonki z papugą, bo jak się okazało te księżniczki lubią zwierzęta),
do której z ratunkiem zmierzał książę danonek z mapą (żeby trafił, Julcia
chciała ze stoperem <czyli kompasem>, żeby mu czas mierzyć, ech biedni ci
książęta dziś). Oczywistym jest, że Franio nie pozostał obojętny na losy takiej
fabuły.

No i jeszcze ja i system. Mamy szansę się nie rozumieć.
Zostałam w tajnych (tak tak) wyborach przewodniczącą trójki (otrzymała 18
głosów na 26 haha, moim zdaniem dlatego, że byłam pierwsza wypisana, ach
jedynka na liście). Dlaczego się dałam wybrać?

a)     
Lubię być zaangażowana

b)     
Interesuje mnie wszystko, co ma związek z moimi
dziećmi

c)      
Nie ufam szkole do końca, a tak zawsze ciut
większa szansa na wiedzę, gdyby coś.

I w zasadzie jestem bardzo pozytywnie nastawiona póki co.
Raz był zgrzyt, gdy Franio (jak się potem okazało zatruty) skarżył się na
lekcjach, a na świetlicy płakał, a potem zasnął (!!!!) i pani ze świetlicy
zaczęła info, że „paluszek i główka”. W końcu to był trzeci dzień szkoły, to
już mieć zdanie, że symulował? ALE – Franio zapytany powiedział, że dla niego
panie były miłe, więc to co najważniejsze było. Pani fajna i sensowna, robi to,
co zapowiedziała pani dyrektor na początku – sprawia, by dzieci szkołę
polubiły.

*Nie podoba mi się za bardzo system punktów za zachowanie,
tzn,. w sumie może być, tylko, że raz np. Franio już policzył, że jakby tak się
spóźniał (-1) to trzeba szybko kwiaty (+5) i będzie +4. Kwiaty mnie w ogóle
denerwują –b o to niby ma być kształtowanie odpowiedzialności za wygląd klasy i
ok. jeśli chodzi o cel, ale nie przez kupowanie / ogałacanie ogródka przez
rodziców (Franio: Weronika ma 15 pkt., bo
dwa razy przyniosła kwiatki, a raz wazon)
. Franio się kwiatów nie domaga (i
dobrze, bo nie dam), ale wymyślił te obrazki z pogodą – sam wymyślił i zrobił,
wspierałam go. Dostał 2 pkt. (moim zdaniem powinno być cenniejsze niż kwiaty
rodzica, czy może się czepiam?).

Ach i jeszcze – bo ogłoszono zbiórkę baterii. No i pani im
opowiedziała (nie wiem, jako co, ale oni zobaczyli w tym rekomendację), że rok
temu dziewczynka przyniosła baterie, które wzięła z pojemnika na zużyte baterie
w Tesco. Ech, całą drogę na rehabilitację tłumaczyłam Franiowi, czemu jest to
bez sensu i nic do ochrony środowiska nie wnosi. Niby przyjął. A już zupełnym
hitem jest 10 grubych baterii, które babcia zdobyła w pracy.

Dodatkowo Franio zapragnął chodzić na jakieś zajęcia w domu
kultury. Najpierw była wizja tańca, bo w zeszłym roku koledzy chodzili (pani
nam coś o baletkach wspomniała, rany!), ale potem usłyszał o plastycznych i
chciał tam. Byliśmy w środę, było na razie 3 dzieci, ale Franio jest bardzo za.
Dobrze, ze to bliziutko, w domu kultury naszym. Starczy, ze basen na drugim
końcu miasta, ale tam to Ł. jeździ. A, a dziś Smoczki Literackie. Nie nudzimy
się doprawdy.

Zabawy

Brak komentarzy

Fajnie się przysłuchuje zabawom dzieci, są coraz bardziej
rozbudowane i – co bardzo, ale to bardzo lubię – mocno ubarwione przez
wyobraźnię.

Ja chcę, żeby Franio
zbudował mi zoo
– Julcia zawsze uderza w mocne tony, prosimy więc Frania
(robiąc najpierw prośbę właśnie). I za chwilę mamy zoo zbudowane z klocków, ale
też zorganizowany program zwiedzania, sklep z pamiątkami, karmę dla zwierząt.

Zamykam Egipt
rzuca Julcia i trzaska drzwiami do pokoju. Tak,
tak
– woła Franio – chodź tu, trzeba
Rzym zbudować
. Na wakacjach na plaży budowali sfinksa. Gdzieś tam w ich
głowach kłębią się nasze lektury, rozmowy, odpowiedzi na setki pytań. A potem
to wszystko wraca.

Pod tarasem na trawie rozbijamy namiot (z koca i krzeseł),
tworzymy statek pirackiSzymuś tradycyjnie jest majtkarzem, Julcia tym razem
zagarnia dla siebie rangę pirata, Franio w takim razie zostaje bosmanem. Przed
nami abordaż, bo zbliża się statek wojenny. Przydałaby
się armata
– to Franio, mam, mam
– krzyczy Julcia – przecież kupiłam sobie
różową armatę na Dzień Dziecka.
I pędzi po swoją – jeszcze wczoraj –
gitarę. Lądujemy na bezludnej wyspie i znajdujemy na niej (na dziadkowych
grządkach) poziomki i jeżyny. Ja jako kucharz podaję obiad (czasem nawet
prawdziwy). Majtkarz jednym ruchem pulchnej łapki wywraca zdawałoby się
szalenie stabilne i ciężkie krzesło, które stanowi element konstrukcyjny
namiotu. Szym wybucha płaczem, bo koc się na niego rzucił, pocieszamy, ratujemy
(w ratowaniu w wykonaniu Julci chyba większe skupienie na namiocie…). Wraca Ł.,
wszyscy rzucają się na niego i zasypują nowinami.

Wakacyjnie

1 komentarz

Wakacje były – jak można się było spodziewać – świetne. No i
czynne, bardzo nawet czynne. Było plażowo, ale leżenie, hmm, no tylko gdy
zabawiałam Szymcia na kocu. A tak to spełniałam się budując, skacząc  na falach, zbierając muszelki, robiąc kluski z
piasku, grając w piłkę na falach. Julcia się nam pięknie morsko ośmieliła i
skakała przez fale jak szalona.

Poza tym jedliśmy – rybkę (Szymcio „lubim to”), gofry, lody,
w Niemczech moja wytęskniona bułka z makrelą, były tradycyjne codzienne 2
przyjemności (lody i plac zabaw nie są przyjemnościami, to już wiemy, ale tym razem
Julcia poszła dalej i zaproponowała mi pewnego dnia: Mamusiu, czy możesz mi zmienić dziś kulki na nieprzyjemność? A
chodziło o to by oprócz odbytych już kulek i jeszcze czegoś, miała dodatkową).

Dzieciaki współpracowały ze sobą bardzo fajnie, z nami też,
tylko Julcia czasem wchodziła w opcję Jaka
ja jestem zmęczoooooooooona
i w ryk, ale jakoś z tym pracowaliśmy.

W dni mniej plażowe odbyliśmy wszystkie zaplanowane
wycieczki: rejs Adlerem do cesarskich kąpielisk (a tam zaplanowane przez
Julcię: fontanna z węgorzami, kamienny plac zabaw i skakanie – i tu różnica do
Polski, niby mieli 10 minut, ale gość mówi, gdy spytałam o godzinę: A niech sobie skaczą.), oczywiście
oceanarium (gdzie tata, dziadek i Franio szaleli z aparatami i kamerą) plus
nowe: Muzeum Wolińskiego Parku Narodowego, wsteczna delta Świny, Jezioro
Turkusowe i Termy w Heringsdorfie (świetny, klimatyczny basen, miła część dziecięca
 i… sporo Polaków w obsłudze, choć
ratownik, który poleciał do kas, sprawdzić ile mam jeszcze czasu do wyjścia,
był akurat Niemcem. A i latarnia w Niechorzu.

Co przeszkadzało? Ano komary, choć najbardziej cięły babcię
i Frania – Babcia i Franio są wybrańcami komarów (by Julia).

Fantastycznie się spaceruje plażą z Szymciem w chuście, Julą
w MT, a Franiem u boku.

Franciszek potrafi dostrzec i rozpoznać gatunki ptaków,
których nazw ja w ogóle nie znam… (z tego też powodu, grając w 20 pytań, nie
wybieram kategorii „zwierzęta” ).

Julcia zrzuciła bagaż lęków, który od zeszłego roku (gdy
ruszyła wyobraźnia) ograniczał jej śmiałość i teraz już wszędzie włazi.

Szymcio najpierw bał się piasku, ale gdy już go opanował,
przystąpił do standardowej czynności małych dzieci – wyrównywania porządku
wszechświata (przez przesypanie odpowiedniej (?) ilości piasku).

Nie było opcji romantycznych spacerów z mężem sam na sam.
Ale szanty pod pięknymi żaglowcami, plaża o zachodzie słońca, czy prześwietlony
sosnowy las i do tego nasze najukochańsze dzieci – było tak, jak miało być.

HMS Bounty

Wikongowie – chłopaki na bitwę, a my na sekcję przędzalniczo-tkacką. I filcującą.

A to Szymuś właśnie


  • RSS